Adolf wylazł na światło dzienne z rezygnacją. Nie było mu specjalnie w smak spuszczanie Zosi z miłujących oczu, ale czuł respekt przed Adamem. Zdjął kurtkę z wieszaka i włożył buty (cała sień zastawiona teraz była butami, trzeba jak najszybciej zlecić panu Joskowi sporządzenie jakiejś odpowiednio dużej szafki na obuwie). Wyszedł, powłócząc nogami i niechętnie zgłosił Darkowi gotowość do pomocy.
– A coś ty taki zdechły? – zapytał go Darek, patrząc na niego z góry. – Wcale ci się nie chce robić tak naprawdę, co?
– A bo nie wiem, cy potrafię – zaskomlał Adolfik. Wprawdzie Darek nic złego mu jeszcze nie zrobił, ale swoją posturą niepokojąco przypominał upiornego Maślankę. Wcale nie wiadomo, czy w pewnym momencie nie zechce mu zdrowo dołożyć.
Na razie jakby nie chciał.
– No to bierz miotłę i zmiataj. Trochę ruchu dobrze ci zrobi. Tam zgarniaj śnieg, na tamtą stronę. No, czego jesteś taki wystraszony?
– Nie, ja nie…
– Nie przejmuj się. Dobrze jest, mały. Dasz radę z tą miotłą?
– No.
Adolfik westchnął, ujął miotłę w dłonie i zmierzył się z naturą. Zmiatanie śniegu wydało mu się początkowo po prostu niemożliwie ciężkie, ale po trzech machnięciach miotłą zmienił zdanie. Nie było tak źle. Po jedenastym machnięciu został przez naturę nagrodzony. Coś kazało mu podnieść głowę. Podniósł ją więc i zobaczył sarnę na skraju lasu. Nie więcej niż sto metrów od miejsca, gdzie sam stał. Ona też stała jak przymurowana, nawet uszami nie zastrzygła. Była nieprawdopodobnie piękna. Adofik stał i podziwiał, i zastanawiał się, dość mętnie, jak to on, czy przypadkiem sarna nie pokazała się pod lasem po to, żeby mu coś ważnego powiedzieć. Ostatecznie nic nie powiedziała, tylko odwróciła się spokojnie i odeszła.
– Fajna, nie? – Okazało się, że Darek też ją widział. – Ona tu chyba mieszka w tym lesie. Wcale się nas nie bała.
Tak, Adolfowi też się wydawało, że ona się nie boi.
Może w takim razie on też mógłby ostatecznie przestać się bać?
Podczas kiedy Adolf przyglądał się sarnie, Zosia i Adam zastanawiali się, skąd, do licha, wziąć dla wszystkich prezenty pod choinkę. W szale załatwiania spraw związanych z powstaniem domu, zapomnieli zupełnie o tym szczególe. Przed chwilą właśnie uznali, że to ważny szczegół. Pod pierwszą choinką rodzinną powinny się znaleźć prezenty.
– Boże, a choinka?
– Choinka będzie, przywiezie pan Josek i oprawi – wtrąciła Lena, która właśnie weszła do salonu. – A po prezenty musicie jechać do miasta. Do Wolina albo do Świnoujścia. Chłopcy chyba mogą zostać ze mną na parę godzin? Ja z Julką i Januszkiem zrobimy im jakiś obiad, a wy jedźcie. I tak trzeba kupić trochę talerzy. Patrzcie, że też ja nie pomyślałam o talerzach!
– Ja nie wiem, czy oni mogą zostać tylko z ciocią… Adam, jak to właściwie jest? Czy któreś z nas musi zawsze być w domu?
– Bez przesady. To nie są niemowlęta. Kurczę, tak naprawdę sam nie wiem. A w ogóle to gdzie się kupuje talerze?
– W Świnoujściu i Wolinie nie mam pojęcia. W Szczecinie prędzej. Ty, słuchaj, jak wczoraj wyjeżdżaliśmy, to widziałam taki wielki billboard o świątecznej przecenie i chyba tam były namalowane jakieś talerze. Artykuły gospodarstwa domowego. Za grosze. Tylko czy to nie za długo potrwa?
– Parę godzin. Nie, Zośka, nie możemy dać się zwariować. Tatuś i mamusia wyjeżdżają na zakupy, a dzieci starsze opiekują się dziećmi młodszymi. Wołam wszystkich, robimy odprawę i spadamy. Gdzie Darek?
– No przecież odśnieżają. On i Adolfik!
– Racja. Pójdę po nich, a ty wołaj resztę.
Po trzech minutach w salonie zebrała się cała liczna gromadka.
– Słuchajcie mnie uważnie, chłopcy i ty, dziewczynko – zaczął Adam. – Okazuje się, że z panią Zosią… kurczaki, chyba z ciocią Zosią? Zośka, zanim pojedziemy, musimy ustalić, jak właściwie teraz się do siebie zwracamy!
– Ciekawa jestem, o czym jeszcze zapomnieliśmy – zaśmiała się Zosia. – Może niech oni sami zdecydują, co? Kto tam pierwszy z brzegu, Alan? Jak chcesz do nas mówić?
– A jak mogę? – spytał ostrożnie Alan.
– Możemy być dla ciebie ciocią i wujkiem, możemy panią i panem, tylko to chyba bez sensu, bo przecież zawsze mówiłeś do mnie ciociu… a jeśli chcesz, możesz do nas mówić mamo i tato.
– Wy nie jesteście naszymi prawdziwymi rodzicami – wtrącił chmurny Darek.
– Prawdziwymi nie. Ale możemy być kimś w rodzaju rodziców. Rodzicami numer dwa.
– Wiecie, co. – Adam podrapał się w głowę. – O tym też nie powinno się pochopnie decydować. Proponuję, żebyście się zastanowili do jutra, pogadamy o tym pod choinką. My z Zosią musimy jechać po zakupy do Szczecina, bo zapomnieliśmy o paru rzeczach. To pewnie dlatego, że chcieliśmy jak najszybciej tu przyjechać. Czy waszym zdaniem możemy oddalić się spokojnie?
– A dlaczego nie – burknął Darek, wzruszając ramionami. – Co się ma stać?
– Dobrze, to ja was tylko proszę, żebyście nie wychodzili dalej niż na skraj lasu i do drogi. I nie podchodźcie na krawędź łąki, tam jest urwisko. Darek, możesz tego popilnować? Z Markiem na spółkę? Za jakąś godzinę pan Josek przywiezie choinkę, jak ją oprawi, możecie ją ubierać. I nie siedźcie cały dzień w domu, zróbcie jakiegoś bałwana, większego niż w zeszłym roku, śniegu macie pod dostatkiem. My wrócimy wieczorem. Ciocia Lena wykombinuje jakiś obiad. W porządku?
Zbiorowy pomruk poświadczył, że w porządku. Adolfik nie brał udziału w pomruku, bo mu trochę dech zaparło z mimowolnego przerażenia, że oto pani Zosia odjeżdża gdzieś bez niego, ale zebrał się w sobie i przemówił sam sobie do rozsądku, a poza tym przypomniała mu się tamta nadzwyczaj spokojna sarna. To przypomnienie też mu dobrze zrobiło. Jego wewnętrzna trzęsionka ustąpiła miejsca względnemu opanowaniu.
– Pamiętasz, gdzie są te przecenione gary?
– Nie, ale powinno być na billboardach. Jakaś wielka przecena świąteczna. Chyba w Realu… a może w Geancie? Albo w Carrefourze? Nie mam pojęcia. A co kupimy chłopakom?
– I dziewczynkom. Nie mam pojęcia. To razem nie mamy dwóch pojęć. Zastanówmy się lepiej, o czym jeszcze mogliśmy zapomnieć.
– Wyjdzie w praniu. Najważniejsze teraz są święta. Praktycznie całe możemy zrobić z mrożonek. Lena też robiła jakieś zakupy. Będzie dobrze. A jak się poszwendamy po jakimś hipermarkecie, to dla każdego coś się znajdzie.
Kolosalny billboard z przecenionymi talerzami zasłaniał częściowo widoczność kierowcom wjeżdżającym do miasta. Adam skierował więc starą vectrę w kierunku Geanta. Panowało tam apogeum gwiazdkowego szaleństwa. Potwornej wielkości choinka stała na środku pasażu, wokół niej pląsał zespół gigantycznych krasnali śpiewających z playbacku kolędy. Czerwono – biali Mikołaje przechadzali się gromadnie wśród tłumu kupujących. Dziki jazgot był wszechobecny, ale zdawał się w ogóle nie przeszkadzać nikomu z wyjątkiem Adama i Zosi.
Zaopatrzyli się na parkingu w wózek wielkości stosownej na zakupy dla wielodzietnej rodziny, weszli do środka i aż ich cofnęło. Spojrzeli na siebie z przerażeniem i niesmakiem.
– Jezus Maria – powiedział nabożnie Adam. – Ja się nie nadaję do rozbuchanej cywilizacji konsumpcyjnej. Wychodzę. Ty jak chcesz.
– Ja też się nie nadaję – jęknęła Zosia. – Nie zostawiaj mnie tutaj! Idę z tobą!
– A talerze? Ktoś musi kupić talerze. I całą resztę!
– Ale ja sama tu nie zostanę!
– Nie będziesz sama – bąknął Adam, po czym skapitulował. – Gdzie są te gary?
– Jezu, nie wiem, trzeba kogoś zapytać. Gary i te różne zabawki dla małych. Książki. Słodycze. Może po prostu przejdźmy po całości. Nienawidzę takich wielkich sklepów. Duże mogą być, ale takie wielkie to już przesada.
Podszedł do nich uśmiechnięty Mikołaj z odstającymi białymi wąsami i obdarował ich ulotką z najlepszymi życzeniami od kilkunastu firm wynajmujących tu powierzchnię sklepową. Towarzyszący mu aniołek dołożył lekką ręką po batoniku owiniętym w papierki z reniferami. Podbiegły trzy śnieżynki i zapiszczały melodyjnie: Uiuiszjuemerykrismas, uiuiszjuemerykrismas, uiuiszjuemerykrismas, ENHEPINIUJEEEEER!
Zosia wzdrygnęła się, a całe towarzystwo pobiegło uszczęśliwiać innych klientów. Adam pokręcił głową.
– Swoją drogą jesteś jakaś dziwna. Wszystkie kobiety, które znam, kochają sklepy.
– Sklepy. Nie młyny kulowe w pełni rozruchu! Chodźmy prędzej, bo ten jazgot doprowadza mnie do szaleństwa!
Z rosnącą furią popchnęła wózek przed sobą. Adam złapał ją za ramię i nieoczekiwanie się roześmiał.
– Hej, ty. Nie możemy dać się zwariować. Piętnaście minut nas nie zbawi. Stawiam ci kawę. Tu jest jakiś taki sklepik, widzę, kawa i te rzeczy. Musimy się przyzwyczaić do atmosfery, inaczej dostanie my szoku. A poza tym skąd wiesz, jak wyglądają młyny kulowe w pełni rozruchu?
Zosia też się roześmiała i gniew jej nagle przeszedł.
– Byłam kiedyś z wycieczką w cementowni. To może najpierw kupmy, co trzeba, a potem się napijemy kawy, dobrze? Od razu zrobimy remanent i sprawdzimy, o czym znowu zapomnieliśmy. A swoją drogą jako dom dziecka jesteśmy firmą, nie? Nie pomyśleliśmy o tym, ale przecież możemy sobie wyrobić jakieś karty do tych hurtowni typu Makro albo Selgros; tam jest chyba taniej…
– Proszę cię bardzo. A teraz najważniejsze, żebyś się nie złościła. Bierz przykład ze mnie. Ja już się uspokoiłem. Jestem po prostu oazą spokoju. Ty też bądź.
– Masz to u mnie. Też jestem oazą. Chodź, widzę drogowskaz do garów.
Kupowanie talerzy, tanich sztućców, kolorowych kubków, zestawów Lego dla najmłodszych chłopców, książek, barwnych drobiazgów do szkoły, kolorowych szalików i ciepłych rękawiczek, czekoladowych Mikołajów i jakiegoś tysiąca innych rzeczy zajęło im pełne dwie godziny. Do sklepu kolonialnego dotarli zmordowani jak dwójka katorżników. Postawili wypchany wózek w kąciku i poszli zamawiać kawę. Przed nimi stała dama i też zamawiała. Kawę w dwóch różnych smakach i ciasteczka różne na dwóch talerzykach. Panienka za ladą, najwyraźniej wykończona staniem od rana w dzikim jazgocie, z obłędem w oczach usiłowała przyporządkować właściwej kawie właściwe ciastka. Udało jej się wreszcie i zabrała się do realizacji skomplikowanego zamówienia, dama tymczasem odwróciła się do nich z zamiarem pogadania.