Выбрать главу

– Beznadziejna obsługa, nie? – zagaiła uprzejmie. – Za co im się płaci tyle pieniędzy, to ja nie wiem. A tam jeszcze dwie są, tylko takie same ślamazary. – Tu wskazała na uwijające się jak w ukropie kelnerki. – Ja to nie wiem, skąd takie marże. Bezczelność. O, pani Czerwonka!

Wymęczona Zosia podniosła oczy i ujrzała przed sobą Arletę Płaskojć w całej krasie. Arleta miała świeżutko zrobiony balejaż, rzęsy wytuszowane, niebotyczne i tylko trochę posklejane, usta w kolorze soczystego karminu. Zgrabną sylwetkę okrywało długie futro ze sztucznej pantery.

– Dzień dobry. – Zosi nawet nie chciało się warczeć, tak jak warczała jej dusza na widok matki Cycka i Mycka. – Dwie kawy prosimy i dwa razy tiramisu. Kawy zwykłe, czarne, dobre. Adam, może być?

– A to pewnie mąż? – Arleta obrzuciła Adama błyskawicznym spojrzeniem, takim od stóp do czubka głowy. Chyba zyskał jej uznanie, bo pokazała w uśmiechu wszystkie zęby razem z dziąsłami. – Arleta Płaskojć, pan pozwoli. Rozmawialiśmy przez telefon, wtedy nie wiedziałam, że pan jest taki przystojny – zachichotała zabójczo.

Adam z lekkim obrzydzeniem uścisnął omdlewającą łapkę. Obrzydzenie do Arlety nie dotarło, poza tym najwyraźniej nie miało dla niej znaczenia, o czym i w jaki sposób rozmawiali przez ten telefon.

– Państwo przyjechali po chłopców?

– Chłopcy od wczoraj są już w Lubinie – powiedział Adam sucho. – Siądźmy tutaj, Zosiu, stolik się zwolnił.

– Kawę zaraz koleżanka poda – zawiadomiła ich panienka za ladą. – Już robimy.

– Dla mnie do tego samego stolika – zadysponowała Arleta, nie zwracając uwagi na wyraz twarzy obojga państwa Grzybowskich. Adam wyraźnie jej się podobał i zamierzała troszkę z nim pokonwersować, i niech się głupia Czerwonka wypcha czym chce. – Zaraz dojdzie do nas mój pan. – Zatrzepotała rzęsami.

Siadając, zrzuciła z siebie panterze futro i roztoczyła wokół zmysłowy zapach. Adam skrzywił się lekko, ale podniósł futro i umieścił je na sąsiednim fotelu. Oboje z Zosią nie mieli tego problemu, bo kurtki zostawili w samochodzie.

Długonoga kelnerka przyniosła im kawę i ciastka.

– No, ja panią bardzo przepraszam – oburzyła się Arleta. – Państwo byli dopiero za mną. Dlaczego państwo już dostali, a ja jeszcze nie?

– Myślałam, że pani czeka na towarzysza – wyjaśniła niewzruszona kelnerka.

– Pani nie jest od myślenia, tylko od podawania, a towarzysze to byli w Związku Radzieckim – syknęła Arleta. – Ja poproszę o moje zamówienie i to w podskokach, tak?

– Tak jest, proszę pani, w podskokach – potwierdziła kelnerka i uśmiechnęła się niewinnie do Zosi i Adama. – Już lecę.

– Boże, ta obsługa – westchnęła Arleta. – To mówi pan, że chłopcy już są w Lubinie?

– Od wczoraj – uciął Adam. – Nie rozumiem, dlaczego to panią interesuje.

– Chyba wolno mi zainteresować się, gdzie są moje dzieci, prawda? To znaczy, ja podpisałam zrzeczenie, oczywiście, ale przez to oni wcale nie przestali być moimi synami biologicznymi, tak? Co pan taki nieżyczliwy, panie Czerwonka? Ja do pana mówię uprzejmie.

– Nazywam się Grzybowski, nie Czerwonka. Zosia też nazywa się Grzybowska. O jakim zrzeczeniu pani mówi? Zosiu, ty nie słuchasz?

– Nie. To znaczy słucham muzyczki. Nie mam ochoty słuchać pani Płaskojć. Wiem, co może mieć do powiedzenia.

– A otóż jest pani jak najbardziej w mylnym błędzie, bo ja ostatnio zmieniłam światopogląd w całości. I mogłaby pani mieć trochę szacunku dla mnie jako dla matki Cyryla i Metodego, których pani chyba chce adoptować, nie?

– Nic nie rozumiem z tego całego bełkotu – zwróciła się Zosia do Adama. – Wytłumaczysz mi, dlaczego powinnam pani słuchać, skoro i tak nie rozumiem, o co chodzi?

– Ja też jeszcze nie do końca rozumiem, ale zaraz pani nam wszystko powie po kolei…

– A co ja mam mówić po kolei – zniecierpliwiła się pani Płaskojć. – Przecież to pan mówi, żeście chłopaków już zabrali!

– Chwila. Jakich chłopaków?

– Jak to jakich? Moich!

– Nie zabraliśmy pani chłopaków, bo pani się przecież nie zgodziła! – Zosia zgrzytnęła zębami i z furią zaatakowała widelczykiem ciastko.

Arleta Płaskojć zaśmiała się perliście.

– Już rozumiem! Ależ to zabawna fopa! Ja wczoraj byłam w domu, znaczy w „Magnoliach” i zostawiłam pani Hajnrychowej oficjalne zrzeczenie. To było jakoś tak wcześnie po południu, a kiedy państwo wyjechali?

– O dziesiątej trzydzieści rano.

– No tak, a ja byłam koło pierwszej, trochę po… jakoś tak po obiedzie zaraz. No więc, żeby państwo mieli już pełną jasność, to ja podpisałam zrzeczenie. Że się zrzekam do nich prawa. Może pani ich sobie zabrać, gdzie pani chce, pani Czerwonka.

Zosia niemal zachłysnęła się kawą. Adam położył dłoń na jej ramieniu.

– Pani Arleto, a proszę mi powiedzieć, skąd taka zmiana frontu? Bo miała pani bardzo zdecydowane zdanie w tej sprawie.

– Ach, to przez mojego pana, to znaczy dzięki niemu ja się przewartościowałam totalnie. On mnie przekonał, że takie niechciane dzieci to tylko kula u nogi, a na przyszłość żadne zabezpieczenie, bo zawsze mogą się wypiąć, jak dorosną, i chociaż niby przepis jest, to kto w naszym kraju przepisów przestrzega, nie? Więc mnie już oni nie interesują, a wcale nie wykluczam, że będę miała inne dzieci, w końcu młoda jestem jeszcze…

– Patrz, Adam, ta cholerna Zombie mnie nie zawiadomiła! Ja ją przecież zabiję!

– Spokojnie Zośka. Poczekaj. Wypij kawę. Zaraz będziemy działać. Pani Arleto, jest pani pewna, że nie zmieni zdania?

– No pewnie, że jestem pewna. Zwłaszcza, jeśli pan mnie poprosi, bo pan jest sympatycznym człowiekiem, panie Czerw… panie Grzybowski, tak? A pani Grzybowska to mnie nie lubi. Ale ja nie wiem czemu. Ja tylko pilnuję swoich spraw i egzekwuję swoje prawa, tak?

– Pani Arleto, niech pani się nie gniewa na moją żonę, ona jest ostatnio taka nerwowa, rozumie pani, te wszystkie zmiany, przeprowadzki. Zosiu, kochanie. – Dłoń Adama ponownie spoczęła łagodząco na Zosinym ramieniu, ale noga mało delikatnie kopnęła Zosina łydkę, na szczęście w wysokim kozaku. – Może w tym układzie pani Arleta podpisałaby też dla nas zgodę na zabranie chłopców do Lubina? Pani Arletko?

– Pewnie, że bym podpisała, dlaczego nie?

Arleta wydęła karminowe usteczka i znowu zatrzepotała rzęsami w stronę Adama.

– O, widzę, że kawa dla pani przyszła. Proszę pozwolić, że poustawiam te talerzyki, ciasno tutaj trochę, więc żeby to wszystko się ładnie pomieściło… już! Pani mąż pewnie zaakceptuje pani decyzję? Bo nie jestem pewien, czy on też nie powinien podpisać takiego dokumentu…

– Ach, z tym nie będzie problemu – zaśmiała się rozkosznie Arleta. – Bo to jeszcze nie jest mój mąż, może pan zauważył, że ja nie mówię mąż, tylko mój pan. Pani go może nawet zna, pani Czerwonka. To znaczy, pani Grzybowska. Postanowiliśmy oboje zacząć razem nowe życie, oboje jesteśmy po przejściach i to nawet po ciężkich przejściach, bym powiedziała. Mój pan jest doprawdy fascynującym człowiekiem, wielkich i szerokich horyzontów, teraz ostatnio udało mu się dostać pracę u jednego takiego biznesmena, on mi wszystkiego nie mówi, a ja też nie pytam, ale nam się poprawiło znacznie finansowo. No i chcemy zacząć to nowe życie całkowicie bez obciążeń. Nic z dawnego życia sobie nie pozostawiamy. Całkowite katar… katarsys.

Adam przysunął do siebie wyładowany zakupami wózek i grzebał w nim zawzięcie. Zosia już chciała zapytać zgryźliwie, czego tam szuka, gdy wyjął świeżo nabyty blok rysunkowy, wyrwał z niego jedną kartę i podsunął Arlecie.

– Zechce pani nam to wszystko napisać? Już daję długopis.

– Co niby mam napisać? – nie zrozumiała Arleta.

– Że zrzeka się pani praw rodzicielskich do swoich synów, Cyryla i Metodego Płaskojciów na rzecz Zofii i Adama Grzybowskich, których upoważnia pani do odbioru dzieci z Państwowego Domu Dziecka „Magnolie” w Szczecinie. Z dzisiejszą datą. Ja pani podyktuję, jeśli pani woli.

– Wolę chyba. U góry moje nazwisko, prawda? I adres?

Adam podyktował Arlecie akt zrzeczenia się praw do własnych dzieci; nie bardzo był pewien, czy pisemko będzie miało jakąkolwiek moc prawną, ale dla pani Hajnrych – Zombiszewskiej doraźnie powinno wystarczyć, a potem się zagoni do roboty jakiegoś znajomego prawnika i ostatecznie wyrwie Cycka i Mycka z okowów dawnego życia.

Może z oków?

Mniejsza z tym.

– Zosia, mówi się z oków czy z okowów?

– Z oczu, panie Adamie, z oczu – roześmiała się srebrzyście Arleta, rozbawiona niewiedzą Adama w takiej prostej sprawie. – Podpisać? Proszę, podpisuję. No to ich pan ma, ale ja się wstrzymam od gratulacji. Życzę szczęścia. Moim zdaniem nie warto ich brać sobie na kark…

– Zaryzykujemy – mruknął Adam, pospiesznie wchłaniając resztkę swojego tiramisu. – Chyba będziemy już się zbierać, prawda, Zosiu?

– Chwila, musicie państwo jeszcze poznać mojego pana, to znaczy, jak mówiłam, pani Czerwonka chyba go nawet zna… Już idzie do nas. Tutaj, tutaj – zamachała wdzięcznie rączką z karminowymi paznokciami.

Zosia podniosła oczy i ku swemu zdumieniu zobaczyła zmierzającego ku nim krokiem energicznym Dionizego Setę. Wyglądał dużo lepiej niż kiedyś, może zaczął się jednak hamować w piciu, chociaż oczka miał mocno czerwone i ruchy nieco chwiejne.

– O, kogo ja widzę – powiedział, siadając. – Pani Zosia we własnej osobie. Nie spodziewałem się zastać pań w takiej komitywie. Arletka nie wyrażała się o pani entuzjastycznie. Cieszę się, że panie się pogodziły. A pan?

– Pozwól, Dion, to jest pan Grzybowski, mąż pani Czerwonki. A tu jest kawa dla ciebie i ciasteczka. Kawa ci trochę wystygła, ale myślałam, że szybciej przyjdziesz…

– Przyszedłem, jak mogłem najszybciej. Trzeba było poczekać z tą kawą. Mimo to cieszę się, że państwa widzę. Jak leci? Słyszałem, że mój Adolf już na nowym miejscu?

– A to jest na pewno pana Adolf? – Zosia skrzywiła się, jakby zjadła cytrynę. – Dawno sąd panu zabrał prawa rodzicielskie.