– A otóż jest pani w mylnym błędzie, madam. Sąd zabrał prawa, ale nie mnie, tylko mojej byłej żonie, z którą od dawna nie mam nic wspólnego. Ja przecież utrzymuję więź z synem, nieprawdaż? Głęboką, że tak powiem. Nie trzeba się codziennie widywać, żeby mieć więź. Zwłaszcza duchową.
Zamieszał hałaśliwie w kawie i upił łyk, wytwornie odstawiając mały palec.
– Namówiłem natomiast Arletkę, żeby się zrzekła Cyryla i Metodego – kontynuował konwersację, dobierając się do ciastek. – Mnie się teraz diametralnie poprawiło i warto zacząć, że tak powiem, nowe życie. Bez starych grzechów. To znaczy, hehe, z jednym grzechem na dwoje. Trójka to by było za dużo. To zabawne, swoją drogą, że się tak na progu tego nowego życia, że tak powiem, spotykamy z pozostałościami ze starego.
– Pan Adam nawet wziął ode mnie oświadczenie – poinformowała go Arleta. – Teraz już wszystko będzie inaczej.
– Jakie oświadczenie? – Dionizy Seta zbystrzał nagle. – Arletko, ja ci nie mówiłem, bo nie zdążyłem cię jeszcze wszystkiego nauczyć, ale nie wolno podpisywać pochopnie żadnych oświadczeń. Co ty państwu podpisałaś?
– To samo, co wczoraj pani Hajnrychowej, mój drogi. Nie denerwuj się niepotrzebnie.
– Arletko, Arletko. – Dionizy Seta przybrał ton pouczający. – Co innego pani Hajnrych – Zombiszewska, która jest dyrektorem państwowej placówki opiekuńczej, a co innego prywatny pan Grzybowski. I po co drugie oświadczenie w ogóle, skoro już jedno jest? Co to było za oświadczenie? Bo wie pan, panie Grzybowski, wszystkie oświadczenia można wycofać jako podpisane pod presją na ten przykład.
– Nie wywierałem presji na panią Arletę.
– Tak to zawsze można powiedzieć. Ale możemy przecież porozmawiać jak przyjaciele. Państwu zależy na przejęciu Cyryla i Metodego, Arletka mi mówiła. A jak państwu zależy, to znaczy, że może państwo będą skłonni… państwo rozumieją, do czego zmierzam?
– Chyba rozumiemy. A ile by pan chciał?
– No, ja nie wiem, ile może być warte odstępne za dwójkę dzieci i do tego bliźniaków…
Zosia już była bliska wybuchu i Adam znowu kopnął ją w kostkę.
– Powiedzmy, że byłbym skłonny z panem rozmawiać na ten temat. Ile?
Dionizy Seta uśmiechnął się chytrze.
– Po dwa tysiące od twarzyczki?
– Powiedzmy, że dam panu teraz po dwa tysiące od twarzyczki. A za miesiąc pan do mnie przyjdzie i powie, że zmienił pan zdanie i chciałby, żeby chłopcy wrócili do mamusi.
– No co też pan, nie wierzy pan słowu uczciwego człowieka?
– Uczciwego tak, ale pan nie jest uczciwym człowiekiem, tylko kawałem gnoja. Albo może nawet całym gnojem. Niech pan słucha uważnie. Jeśli przyjdzie panu albo pańskiej Arlecie do głowy, żeby wywinąć jakiś taki numer pod tytułem troskliwa mamuśka, to ja zainwestuję te dwa tysiące w dwóch kolegów z Ukrainy. I niech pan sobie wyobrazi, jak potem będzie wyglądała pańska morda. Oraz twarzyczka pani Arletki. Radzę życzliwie, niech pan zaczyna to swoje nowe życie tak, jak pan je chciał zaczynać, bez powrotów do przeszłości. I wszystko będzie cacy. Rozumiemy się dobrze, mam nadzieję?
Dionizy Seta zmienił wyraz twarzy z chytrego na przymilny.
– Ale pan nerwowy jest, panie Grzybowski! A co to, to już pożartować nie można? Patrz, Arletko, jak to pan wszystko od razu wziął na poważnie!
– A skąd, na jakie poważnie. – Adam wstał od stolika, a Zosia za nim. – My, ludzie kulturalni lubimy sobie pożartować. Ja też tylko tak mówiłem, nie na poważnie. No to wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia.
Zignorowali wyciągnięte dłonie Sety i jego Arletki i odeszli, pchając wyładowany wózek.
– Ty, Adam – spytała Zosia, kiedy pakowali wszystko do bagażnika. – Naprawdę wynająłbyś Ukraińców?
– Dziękuję za zaufanie – zaśmiał się. – Raczej wojowałbym sądownie, nie mam znajomości mafijnych. Ale ten ćwok o tym nie wiedział i nie chciał ryzykować. Oczywiście jedziemy natychmiast po bliźniaków?
– Natychmiast!
Aldona Hajnrych – Zombiszewska w towarzystwie Stasia Jończyka przystępowała właśnie do spędzania przyjemniejszej, poobiedniej części dnia. Pieczę nad grupą powierzyła swojemu ulubionemu wychowankowi Remigiuszowi Maślance, darząc go pełnym zaufaniem. W istocie, kiedy Maślanko trzymał straż, żaden chłopiec w grupie nie miał prawa pisnąć. Aldona nie widziała więc powodu, żeby psuć sobie popołudnie. Zresztą część chłopców wyjechała na święta i można było spokojnie zająć się herbatą z wkładem, którą to herbatę Stasiu przyrządzał z dużą wprawą. Należało jeszcze tylko spławić panią Helenkę Rembiszewska, która od rana mędziła, że ma jakąś pilną sprawę do omówienia.
Aldona, acz niechętnie, zostawiła Stasia sam na sam z dzbankiem i filiżankami, i udała się do grupy pani Rembiszewskiej.
– No co się stało takiego, pani Helenko? Co takiego, że sama pani nie może dać rady? Ktoś podpalił pokój? Chłopcy się pobili ze skutkiem śmiertelnym?
– Nie musi pani być złośliwa, pani dyrektor. Nie ze wszystkim człowiek może sobie sam poradzić.
Boże, jeszcze i Rembiszewska się odszczekuje! Czerwonka była zaraźliwa?
Hy, ciekawe, czy czerwonka naprawdę jest zaraźliwa… pani Hajnrych – Zombiszewska o mało nie parsknęła śmiechem z własnego konceptu. Rembiszewska natomiast kontynuowała narzekania:
– Te małe Płaskojcie. Ja myślę, że trzeba będzie sprowadzić psychologa… albo ich zacząć karmić przez rurkę, albo już nie wiem co. Nie jedzą, nie mówią, ruszają się jak automaty. Odkąd są u mnie, tak się zachowują. Chyba by lepiej było, gdyby płakali, ale nie płaczą. Nie wiem, dlaczego tacy są, bo nikt im nic złego nie robi.
– To rozpuszczeni smarkacze, chcieli wyjechać z grupą pani Czerwonki, a jak się okazało, że nic z tego, to próbują się postawić. Pani Rembiszewska, niech pani nie będzie taka miękka. Popłaczą i przestaną.
– Przecież mówię, że nie płaczą!
– Chyba pani trochę przesadza, pani Rembiszewska.
– No i jeszcze mam wrażenie, że mają gorączkę. Jeszcze im nie mierzyłam, ale tak wyglądają…
– No i dobrze, że pani im nie mierzyła, tylko tego brakowało, żeby im pani pomagała wpaść w histerię. Nich ich pani traktuje jakby nigdy nic i wszystko będzie w porządku.
– Pani dyrektor…
Pani Rembiszewska trochę się zacukała.
– Śmiało, niech pani mówi.
– Ta ich matka… była wczoraj u pani dyrektor, prawda? Bo coś nu się o uszy obiło…
– Była. – Pani dyrektor przeklęła gadatliwość sekretarki Ireny Lepczyk. – I co z tego?
– A nic, ale Irenka mówiła, że ona się ich zrzekła.
– No to co, że się zrzekła? No to co?
– No, może Zosia z tym swoim mężem by ich zabrała i mielibyśmy spokój. Jakby to była jaka choroba, nie daj Boże, zakaźna, to już oni by się martwili, a nie my.
– No i co pani sobie wyobraża, że ja teraz będę po nich wydzwaniać? Że mają przyjechać i sobie zabrać dzieciaki? A oni tak od razu przylecą i zabiorą, prawda? Oni teraz mają co robić, dom się dopiero organizuje, święta na głowie i jeszcze będą jeździć do Szczecina…
Pani dyrektor jeszcze mówiła, kiedy drzwi do pokoju wychowawców otworzyły się gwałtownie i stanęła w nich obrzydliwa Czerwonka, purpurowa na twarzy. A za nią stanął ten jej glancusiowaty mąż z wytrzeszczem. Co za cholera ich tu przyniosła właśnie w tym momencie!
– Przyjechaliśmy po dzieci! – huknęła bez wstępów Czerwonka. – Dlaczego pani do nas nie zadzwoniła wczoraj? Dwie godziny po naszym wyjeździe pani Płaskojć się ich wyrzekła. Dlaczego pani nas natychmiast nie zawiadomiła?
Tu Czerwonka się zapowietrzyła, ale że pani dyrektor nie miała pomysłu na natychmiastową ripostę, wtrącił się przemądrzały Grzybowski. Dla odmiany cichym głosem powiedział spokojnie:
– Pani dyrektor, my rzeczywiście przyjechaliśmy po Cycka i Mycka. Spotkaliśmy panią Płaskojć i uzyskaliśmy od niej wręcz zrzeczenie się praw rodzicielskich na naszą korzyść. Proszę mnie dobrze zrozumieć, my nie wiemy w tej chwili, ile takie zrzeczenie jest warte pod względem prawnym, ale prawników zatrudnimy do tej sprawy dopiero po świętach. Mam jednak nadzieję, że nie będzie nam pani utrudniała zabrania chłopców już teraz. Na pewno nie czują się dobrze bez swojej grupy.
– To jest święta prawda – wtrąciła się kompletnie bez sensu głupia Rembiszewska. – Właśnie mówiłam pani dyrektor, że oni jakby chorzy nawet…
Aldona odniosła wrażenie, że Czerwonka zaraz pęknie.
Podczas kiedy Adam mówił, ona myślała intensywnie. Chętnie by zagrała na nosie obrzydliwej Czerwonce, jednak czuła pewien respekt przed tym całym Grzybowskim. Poza tym nie chciało jej się wdawać w żadne więcej awantury przed świętami. Po świętach prawdopodobnie też nie będzie się w nic wdawać, chcą dostać bliźniaki, niech je sobie biorą i idą z nimi do ciężkiej cholery. Trzeba pamiętać, że ten przystojniaczek pracował w telewizji, ma tam pełno kolesi, a na dodatek Arleta się zrzekła… Taki zasadniczek gotów na nią napuścić telewizję, ciągać ją po sądach… niewarta skórka za wyprawkę. Trochę im zepsuła krwi i to wystarczy.
– Skoro pan nalega – odezwała się wyniosłym tonem – to ja na tę chwilę nie widzę przeciwwskazań. Formalności możemy dopełnić po świętach. Tylko mi państwo pokwitują odbiór dzieci. Poproszę ze mną do sekretariatu.
– Adam, idź z panią – powiedziała Czerwonka przez zaciśnięte zęby. – Jedno z nas wystarczy, prawda? Ja zabiorę chłopców, niech już nie czekają na nas ani minuty.
– Dobrze, żeście przyjechali – mówiła pani Rembiszewska, maszerując obok Zosi przez korytarz. – Oni nie są w dobrej formie, a Zombie nie miała w ogóle zamiaru was zawiadamiać, takie odniosłam wrażenie. W ogóle nie chciała ze mną gadać. Niech ich pani zabiera jak najdalej stąd, pani Zosiu. Jak najdalej i jak najszybciej.
Bracia Płascy siedzieli w swoim dawnym pokoju na kanapie, światła nie zapalili, więc dookoła panował półmrok. Kiedy Zosia uchyliła drzwi, nawet w ich kierunku nie spojrzeli. Ścisnęło jej się serce, kiedy zobaczyła dwie nieruchome figurki jak dwie kupki nieszczęścia.
– Hej – powiedziała najnormalniej jak potrafiła. – Cześć, chłopaki.
Figurki uniosły głowy, ale nie ruszyły się z miejsca. Podeszła do nich.