Adam patrzył na to z rozbawieniem i nawet z przyjemnością – coś z jej entuzjazmu, choć w znacznie skromniejszym zakresie, udzielało się również jemu.
Nigdy przedtem nie posądzałby siebie o podobny sentymentalizm.
Pani starosta Marzena Ropuszek znowu miała powody do niezadowolenia. Ta cała jakaś Grzybowska wdarła się do niej, strasznie czerwona na gębie i widać było doskonale, że zaraz zrobi awanturę. To absolutnie niedopuszczalne. Są ustalone godziny przyjęć starosty dla społeczeństwa i powinny wszystkich obowiązywać.
– Nasze dzieci też mają ustalone godziny, pani starosto! Godziny posiłków! I wygląda na to, że za chwilę będziemy sobie mogli te godziny o kant piłki rozbić! Bo za chwilę będziemy mieli zero forsy na jedzenie!
– Niech się pani nie gorączkuje, pani Grzybowska, dobrze? Pani powinna zrozumieć, że jest początek roku i że mogą być różne opóźnienia.
– Z powodu początku roku? A co to jest początek roku, klęska żywiołowa? Niespodziewany atak zimy? Od trzech tygodni żyjemy z pieniędzy pożyczonych od prywatnych osób!
– A wcale niepotrzebnie. Ja uprzedzałam państwa od razu, że na grudzień pieniędzy dla was nie mam i nie będę miała, ale państwo się uparli, żeby dzieciom zrobić prezent pod choinkę. To teraz macie prezent. Sami jesteście sobie winni.
– Pani starosto, niech mnie pani nie denerwuje! My doskonale wiemy, że grudzień jest naszą sprawą, ale styczeń już nie! Jest połowa stycznia! Szesnasty! Kiedy dostaniemy pieniądze?
– Postaram się w ciągu tygodnia, ale nie obiecuję…
– Pani żartuje, prawda? Mam nadzieję, że pani żartuje, bo jeśli nie dostaniemy pieniędzy jutro na konto, to pojutrze będą u pani telewizja, radio, prasa i wszystkie nasze dzieci!
– Niech mnie pani prasą nie straszy, pani Grzybowska. Ja sama doskonale rozumiem, że dzieci muszą jeść. Jutro dostanie pani pieniądze, tylko niech pani sobie nie wyobraża, że się wystraszyłam!
Adolf Seta wszedł w konflikt ze swoją nową wychowawczynią. Poszło o to, że sepleni. I że nie odpowiada. Oraz o imię.
– Adolf – powiedziała pani Aurelia Solec, w pokoju nauczycielskim zwana panią Relą. – Adolf. Ci rodzice czasami nie myślą, jak można człowieka nazywać Adolf. Seta, masz jakieś drugie imię?
Adolf Seta nic nie wiedział na temat swojego drugiego imienia, więc zmilczał. Pani Rela nie była z tego powodu kontenta.
– Seta, pytałam cię o coś, prawda? Na ogół mamy drugie imię. Ty masz jakie?
Adolf nie mógł jej tego powiedzieć, więc znowu nic nie powiedział.
– Seta, czy ty jesteś niemową?
W tym względzie Adolfik posiadał stosowną wiedzę i mógł odpowiedzieć zgodnie z prawdą.
– Nie.
Kompletnie wbrew logice ta odpowiedź – zwięzła, prawdziwa i na temat – rozsierdziła panią Relę.
– Nie bądź bezczelny, Seta – podniosła na niego głos, który w wyższych rejestrach przypominał gdakanie kury. Adolfik, jak już wiemy, miał dobry słuch i poczuł się tym brzmieniem rozśmieszony (aczkolwiek żywej kury na oczy dotąd nie widział). Rozśmieszony wewnętrznie, ale pani Rela, bystra obserwatorka dziecięcych emocji, dostrzegła niepożądaną zmianę wyrazu tępawej twarzyczki. – Ty naprawdę jesteś bezczelny. To niesłychane. Śmiejesz się z nauczyciela?
– Nie.
– Po co kłamać? Po co kłamać, Seta? Przecież widzę. Śmiałeś się.
– Nie.
– Seta! Czy ty potrafisz coś powiedzieć pełnym zdaniem?
– Tak.
Klasa piąta „a”, obecna przy tej, jakże twórczej, wymianie zdań, zaczynała już powoli dusić się z tłumionej wesołości. Pani Rela nie zauważyła tego, skoncentrowana na swoim nowym wrogu.
– Dobrze, Seta. Jeśli umiesz powiedzieć coś pełnym zdaniem, to powiedz.
– Ale co?
– Cokolwiek – zagotowała się pani Rela.
– Nie jestem bezcelny i nie śmieję się z naucyciela – powiedział Adolfik bez mała z rozpaczą. – Z naucycielki – poprawił się.
Tego już dla pani Reli było o wiele za wiele.
– Seta, wyjdź z klasy – ryknęła. – I nie wracaj mi bez rodziców!
– Ja nie mam rodziców – zeznał kłamliwie Adolfik, który doskonale wiedział, że ma, tylko nie zamierzał się do nich pani Reli przyznawać, zresztą uważał, że jego rodzice już stracili jakiekolwiek znaczenie dla niego i świata, a poza tym nie widział możliwości przyprowadzenia ich przed oblicze wychowawczyni.
– Jak to, nie masz? Ach prawda – zreflektowała się pani Rela. – Ty jesteś z domu dziecka. No tak, to nam wiele tłumaczy. Możesz zostać. Sama zadzwonię do twoich opiekunów i sobie z nimi porozmawiam. Powinieneś przynajmniej mnie przeprosić!
Adolfik nie widział powodów, dla których powinien przepraszać kogokolwiek, ale skoro pani chciała…
– Pseprasam.
Miał nadzieję, że pani Rela odczepi się od niego definitywnie i klasa zdejmie z niego zachwycony zbiorowy wzrok, ale pani zwróciła teraz uwagę na jego nieszczęsną wymowę.
– Ty seplenisz, Seta – powiedziała z zadowoleniem. – Czy ty nigdy nie byłeś u logopedy?
Adolfik nie wiedział, kto to jest logopeda, więc znowu nic nie powiedział. Pani Reli znudziło się jednak pastwienie nad nim i przeszła nad jego wymową do porządku dziennego, obiecując sobie tylko, że już ona uświadomi tym nieodpowiedzialnym opiekunom, na jaki stres narazili chłopca, nie posyłając go w porę do logopedy.
– Otwórzcie książki na stronie sto jedenastej – poleciła. – Zawadzka, przeczytaj głośno opowiadanie. Z nazwiskiem autora, pamiętaj!
– Czy was kompletnie pogięło?
Zdrowy trzon grupy, a obecnie rodziny domowodzieckowej w osobach Rysia, Romka, Wojtka i Marka stał przed Adamem w pozycji bojowo – obronnej (chłopcy nie byli jeszcze pewni, czy będą atakować, czy tylko się bronić). Dowody winy w postaci petów leżały przed nimi i roztapiały w śniegu malutką żółtawą kałużkę.
Winowajcy milczeli, nie wiedząc, czy bardziej się opłaci odpyskować, czy udawać głuchych. Na razie udawali głuchych.
Adam chwilowo też milczał, wygłosiwszy bowiem tonem potępienia swoje retoryczne pytanie, nie miał koncepcji dalszego ciągu kazania.
– Będzie nam wujek opowiadał o zgubnych skutkach palenia tytoniu? – bąknął w końcu na poły bezczelnie, na poły niepewnie Marek.
– Nie wiem, czy warto – pokręcił głową Adam. – Ale w tej sprawie mam pewien pomysł. Natomiast interesuje mnie inny aspekt naszego problemu. Kieszonkowego jeszcze wam nie mieliśmy z czego dać. Skąd mieliście pieniądze na fajki?
Zanim zdrowy trzon grupy zdążył coś wymyślić, kompromitujący rumieniec okrasił wszystkie policzki. Adam zrozumiał go prawidłowo.
– Nie mieliście pieniędzy.
Rysio coś tam mruknął, ale Adam wiedział już swoje.
– Zwinęliście w sklepie.
– Jedna paczka lajtów… co to jest – rzucił niedbale Romek.
– Taki jesteś bogaty? Kurczę, przecież za te lajty jakaś panienka ze sklepu będzie musiała zapłacić z własnej kieszeni. Robicie świństwo niewinnej panience! Czy wy nie czujecie, że to nieprzyzwoite?
Zdrowy trzon grupy poczuł się lekko rozśmieszony. Tak idiotycznych kazań w domu dziecka „Magnolie” nie wygłaszał nikt!
– Nie czujecie – skonstatował Adam. – A to jest świństwo. Myślę, że w najbliższym czasie będziemy musieli porozmawiać o pryncypiach.
Rysio, Romek, Marek i Wojtek nie mieli pojęcia, co to takiego: pryncypia, więc niespecjalnie się tym przejęli. Bardziej interesowało ich, w jaki sposób Adam zamierza ich ukarać.
– Będziemy mieli jakąś karę? – spytał Romek, udając, że w sumie niewiele go to obchodzi.
– A jaką ty byś chciał mieć karę? Mam cię strzelić w ucho? To nic nie da. Każę ci za karę odśnieżać podjazd? To i tak trzeba zrobić. Tysiąc razy napisać „nie będę kradł”? Idiotyczne i szkoda czasu. Wolałbym, żebyście pomyśleli trochę o czymś więcej niż czubek własnego nosa. Myślisz, że jest to możliwe?
– Że co?
– Że będziesz myślał.
– No co pan… co wujek? Wujek myśli, że my nie myślimy?
Adam zaczynał tak właśnie myśleć, ale postanowił nie wychylać się z tym poglądem.
– Porozmawiamy wieczorem, dobrze? – rzucił i odszedł, symulując brak czasu na jałowe dyskusje.
Niestety, dyskusja, jaka odbyła się wieczorem w sypialni chłopców, okazała się jeszcze bardziej jałowa, tak przynajmniej wydało się Adamowi. Mówił głównie on. Starał się unikać nachalnej dydaktyki, pamiętając doskonale, jak bardzo nie znosił jej u swoich rodziców (to znaczy u matki, bo ojcu nie chciało się go pouczać) oraz jak strasznie denerwowała go u nauczycieli. Przemawiał do inteligencji, zdrowego rozsądku, poczucia przyzwoitości, wynajdywał przykłady, prowokował wychowanków do wyciągania wniosków – samodzielnego wyciągania wniosków! – na próżno. Widział doskonale w ich oczach, że zgodzą się na wszystko, a potem i tak zrobią swoje. Nie żeby dyskusja ich nudziła albo brzydziła, nie. Adam zauważył z pewnym zdziwieniem, że chłopcy nieźle się bawią, że ta cała rozmowa sprawia im przyjemność. Ale to była tak jakby przyjemność akademicka, niemająca żadnego dalej idącego związku z rzeczywistością.
Nie traktują mnie poważnie – pomyślał. I chyba tak było naprawdę. Może z powodu Karaibów?
– Można? Nie będę ci przeszkadzał?
Zosia, korzystając z nieobecności dzieci, które godzinę temu pojechały do swoich szkół, energicznie zabrała się do porządkowania i ustawiania książek oraz drobiazgów przywiezionych ze starego mieszkania w domu dziecka „Magnolie”. Nie miała dotąd na to czasu, a denerwował ją bałagan w ich „małżeńskim” saloniku. Była bez makijażu, nieco przykurzona i mocno zarumieniona.
– A co, chcesz pogadać? W zasadzie ja to mogę zrobić kiedy indziej.
– To może chodźmy na dół, wypijemy jakąś herbatę z ciotką i porozmawiamy. Bo ja się zaczynam trochę gubić i muszę uporządkować sobie poglądy.
Zosia natychmiast ciężko się wystraszyła.