Выбрать главу

Żałuje! Nie przewidział, że wychowywanie cudzych dzieci to takie kamieniołomy i teraz żałuje decyzji, żałuje dawnego życia, dawnych przyjaciół, a zwłaszcza dawnych przyjaciółek…

Jezus Maria, co teraz będzie?

Kiedy schodziła na dół, nogi się pod nią uginały.

– Chyba nie można jeszcze od nich za wiele wymagać – powiedziała rozsądnie ciotka Lena, nalewając herbatę z sokiem malinowym do filiżanek. – To dla nich nowa sytuacja, nowe życie! Macie tu jeszcze trochę ciasteczek Januszka, zostały nam od wczoraj, ale tylko te łyse, bez orzeszków.

Januszek Korn dorwał się wreszcie do wymarzonego piekarnika i z niewielką pomocą ciotki Leny wyprodukował poprzedniego dnia cztery blachy kruchych ciasteczek posypanych orzechowymi paproszkami. Na ostatnie pół blachy paproszków już nie wystarczyło, ale ciasteczka i tak były doskonałe.

– Z małymi jest mniej kłopotów, nieprawdaż?

– Chyba nieprawdaż, ciociu Leno – westchnęła Zosia. – Adolf naraził się wychowawczyni, nie miałam jeszcze czasu iść z nią porozmawiać, wybieram się jutro. Grzesio i Żaba wspólnymi siłami rozwalili w klasie szafę, nie mam pojęcia, jak im się to udało, trzeba będzie poprosić pana Joska, żeby naprawił, na nasz koszt, oczywiście. Januszek w ogóle chyba nic nie robi w szkole, jak dotąd przynosi wyłącznie jedynki i dwójki, też muszę pogadać z wychowawczynią. Alan myśli wyłącznie o figielkach z Azorem i nie można go zmusić, żeby zajął się lekcjami. Julce coś się porobiło z głową i od wczoraj prawie nic nie je, nie wiem, czy zauważyliście. Nie daj Boże, popadnie nam w anoreksję. Chyba tylko z Krzysiem i Darkiem nie ma problemów.

– Nie wiem, czy z Krzysiem nie ma – pokręciła głową Lena. – Mam wrażenie, że coś go wysypało. Zauważyłam dzisiaj rano.

– No to tylko Darek nam został.

– Z Darkiem kłopot zacznie się lada chwila, osiemnastka puka do bram. Przecież go nie puścimy z domu, póki nie skończy liceum.

Zosi zrobiło się nieco lepiej. Skoro Adam tak mówi, to może jednak nie zamierza rzucać wszystkiego w diabły. Oczywiście, że nie zamierza, dlaczego ona zrobiła się taka strasznie nerwowa ostatnio? Przejściowe kłopoty. Przejściowe!

Przejdą te, będą następne.

No i takie życie, przecież chyba nie wydawało mu się, że te dzieci to stadko aniołów!

– Ciociu Leno, a co to za wysypkę ciocia widziała u Krzysia?

– Wysypka, jak wysypka. Czerwona. I on się drapie.

– Ciekawe, czy chorował już na odrę. Albo na ospę wietrzną. Co tam jeszcze daje wysypkę?

– Alergia – błysnął wiedzą Adam.

– Kurczę, trzeba by go pokazać lekarzowi, a dzisiaj jest piątek…

– Zośka, a ty nie masz telefonu do tego pediatry, co to się deklarował z pomocą?

– Nie, on ma mój. Ale jeśli dotąd nie zadzwonił, to moim zdaniem znaczy, że zapomniał.

– Może nie zapomniał, tylko nie przyjeżdżał do mamusi na weekend…

– O kim mówicie? – wtrąciła ciotka Lena. – O młodym Liściaku?

– Kto to jest młody Liściak?

– Syn starej Liściakowej. Stara Liściakowa mieszka na dole koło przystanku autobusowego, a jej syn jest lekarzem w Szczecinie. Ona jest z niego strasznie dumna. On do niej przyjeżdża przy każdej okazji z żoną i trójką dzieci. Kiedyś nas ratował, jak się z Bianką zatrułyśmy zbiorowo.

– Ale ten nasz to pediatra…

– Ja rozumiem, do nas powinien być geriatra, ale otrułyśmy się w sobotę wieczorem i żadnego geriatry nie było pod ręką! Przyjechał młody Liściak i uratował nam życie za pomocą płukania żołądka. Coś okropnego. Ten wasz jest taki trochę króliczek?

– Króliczek? – Adam nie bardzo wiedział, o co Lenie chodzi. W sensie uszka?

– Nie, w sensie ząbki – wyjaśniła Lena.

Zosia parsknęła śmiechem.

– Tak, w sensie ząbki on jest ewidentny króliczek. Względnie zajączek. Nie pamiętasz, jakie miny robił, jak wąchał dyrektorkę? Ciocia zna tę jego mamę?

– Znam, przelotnie, ale znam. Mogę do niej zadzwonić i zapytać, czy synuś przypadkiem nie przyjeżdża na weekend.

Doktor Marcin Liściak przyjechał na weekend, zgodził się odwiedzić dom na klifie i okazał się tym samym przyjemnym pediatrą, który ratował Cycka i Mycka. Zrobił przegląd wszystkich lokatorów z wyjątkiem Azora, stwierdził u Krzysia początki wietrznej ospy i postraszył Zosię wizją czternaściorga dzieci siedzących w domu z wiatrówką i nudzących się potwornie, a co za tym idzie wpadających na najdziksze pomysły świata.

– Tak naprawdę na waszym miejscu coś bym zrobił z koleżanką Julka – powiedział, popijając herbatę z sokiem malinowym, którą podała mu Zosia. – Koleżanka Julka ubzdurała sobie, że jest za tłusta. Ona chyba mało je, co?

– Wcale nie je. – Zosia podsunęła lekarzowi ciasteczka z kolejnego wypieku niezmordowanego Januszka. – Jak na nią huknę, to zjada kęs chleba bez masła i w ogóle bez niczego. A raz mi powiedziała, że nie zamierza być taka gruba jak ja.

Doktor Liściak obrzucił Zosię spojrzeniem pełnym uznania.

– Nie wiem, czy miała rację, pomijając, że była niemiła. Ale jak tak dalej pójdzie, popadnie w różne awitaminozy, anemie, a niewykluczone, że i w psychozy. Czy ona się tu nie czuje trochę osamotniona? Sami chłopcy i ona jedna?

– Nie wyobrażała sobie pozostania w Szczecinie bez braciszka, są bardzo przywiązani do siebie. Tak nam mówiła w każdym razie.

– Jedno nie wyklucza drugiego. Panienka jest teraz w trudnym wieku, dojrzewa, hormony jej buzują… jeśli możecie poświęcić jej więcej uwagi, to chyba byłoby korzystne… Fajna ta herbata. W ogóle miło tu u was. Może bym kiedyś wpadł do was z moimi dziećmi? Nie mają tu znajomych i tak się kiszą we własnym sosie. A mnie coraz bardziej ciągnie na wszystkie wakacje tutaj. Myślicie, że jestem nienormalny? Moi koledzy jeżdżą na Seszele i do Egiptu. A mnie się tu podoba.

– To tak jak nam – zaśmiał się Adam. – Zapraszamy do nas przy każdej okazji i bez okazji. Może będziemy sobie mówić po imieniu, skoro już mamy się zaprzyjaźnić?

– Jestem bardzo za. No to czuję się zaproszony z rodziną, tylko poczekam, aż wiatrówka wam się skończy. Moje nie przechodziły, więc nie będę ryzykował.

– A jakie masz te dzieci? – spytała Zosia.

– A mam dwie córki, obie mniej więcej w wieku odpowiednim dla waszej Julki. Ona ma ile lat? Piętnaście? Moja Majka ma piętnasty rok, a Kajka szesnasty. Chłopak ma jedenaście lat i na imię Arkadiusz. Arek koszmarek. Moja żona twierdzi, że jest kubek w kubek podobny do mnie, ale to oczywiście złośliwość. On ma proste zęby. Zadbałem w odpowiednim czasie o jego zgryz, w przeciwieństwie do moich rodziców.

– Dlaczego koszmarek? – chciała wiedzieć Zosia, rozśmieszona na dobre i ujęta miłym sposobem bycia Marcina Liściaka, doktora nauk medycznych, któremu nie chciało się jeździć do Egiptu i na Seszele.

– Areczek jest to mały inżynier. Wszystko, co widzi, bierze w łapy, a co weźmie w łapy, to zepsuje. Ostatnio rozpracował mojej mamie aparat do mierzenia ciśnienia. Może go będę wiązał, jak przyjdziemy do was z wizytą. Po zakończeniu waszej epidemii, oczywiście.

Epidemia objęła ostatecznie sześć osób, a kiedy się skończyła, na krzakach rosnących wokół domu na klifie pojawiły się pierwsze, wczesne w tym roku pąki. Po raz pierwszy od piętnastu lat (z wyjątkiem okresów, kiedy żeglował po dalekich morzach) Adam nie był w Krakowie na Szantach, nie chciał jednak zostawiać Zosi i Leny z sześcioma zdolnymi do wszystkiego rekonwalescentami. Musiał jednak przyznać sam przed sobą, że jest zmęczony.

– Kryzysik wieku średniego – powiedziała ze współczuciem ciotka Lena. – Poza tym nigdy tak długo nie siedziałeś w jednym miejscu.

– Przecież jeżdżę tu i tam – burknął Adam ponuro. – Napijesz się ze mną koniaku, ciotko? Zosia nie lubi, zresztą jest zajęta papierologią i będzie w niej ryła do nocy.

– A co to za jeżdżenie? Do starostwa i z powrotem albo po zakupy. Daj tego koniaku, zrobimy ci bilans zysków i strat.

– Nie, cioteczko, od bilansu mogę dostać depresji. Zdecydowanie wolę się z tobą napić. Twoje nieustające zdrowie, ciotko, która jesteś dobrym duchem tego domu.

– Bzdury gadasz. To znaczy, dziękuję. Ale duchem to jest Bianka, a dobrym – Zosia. Mam nadzieję, że pomyślnie wam się wszystko układa?

– Doskonale wprost. Dlaczego pytasz, ciotko?

– Aaaa. Tak sobie pytam. To wasze małżeństwo to pic, prawda?

Adam aż podskoczył i wylał odrobinę koniaku na sweter.

– Co ty masz za pomysły, ciotko!

– Nie ściemniaj, chłopcze. Tak się to mówi? Cycek i Mycek uczą mnie współczesnej polszczyzny kulturalnej. No więc odpowiedz, proszę, na moje pytanie.

– A skąd ciocia wysnuwa takie daleko idące i jakże nieuprawnione wnioski?

– Nie gadaj do mnie jak polityk. To już wolę bełkotanie bliźniaków. Mam oczy i widzę. Mam uszy i słyszę. Mam mózg i myślę. Mam tez pigułki na inteligencję, jedne z żeńszeniem, a drugie z miłorzębem japońskim.

– No tak, skoro ciocia ma pigułki…

– Otóż to. Możecie oszukać dzieci, zwłaszcza że one miały rodziny patologiczne ewentualnie nie miały ich wcale, możecie też oszukać tych wszystkich, którzy was widują od święta albo z daleka. Mnie nie. Ale nie martw się, chłopcze, mnie nic do tego, ja wam za złe nie mam, rozumiem, że chodziło wam o ten dom dziecka. I to was usprawiedliwia. A ja jako ja bardzo się cieszę, że jesteście tu wszyscy. Tylko trochę się o was martwię. O ciebie aktualnie bardziej.

– Z powodu mojego chwilowego kryzysu?

– Oby to był tylko chwilowy kryzys. Ty naprawdę nic do Zosi nie czujesz?

– Ciociu…

– Szkoda. To dobra dziewczyna i byłaby świetną żoną.

– Jest świetną żoną. Ale, droga ciotko, ja jej byłem potrzebny do zrealizowania pewnego celu, prawda? Cel został osiągnięty… właściwie źle mówię, bo to cel permanentny i, że się tak wyrażę, trwa. Ciotko Leno, czy cel może trwać?

– Zaszkodziły ci dwa kieliszki koniaku?

– A co babcia teraz będzie robiła?

– Myślałam o takim prostym obiedzie, żeby zrobić zupę ogórkową, a na drugie zraziki wołowe z buraczkami.

– I z ziemniaczkami!

– Lubisz kartofle, Januszku, co?

– Pewnie, że lubię. A zrobimy placki ziemniaczane na kolację?