– Ja mniej więcej tak samo – przyznał Adam. – Może jednak zaryzykujemy? Tylko nie wiadomo, jak Julka teraz będzie się u nas czuła.
Dziewczynka, zapytana o to wprost, nie odpowiedziała nic, tylko wylała z siebie dodatkowe wodospady tez. Dorośli dali jej więc chwilowo spokój i wrócili do swojej narady.
– Mam pewien pomysł – zaczęła z namysłem Gabrysia – ale aż się boję wam powiedzieć… ile macie tych dzieci? Czternaścioro? Strasznie dużo…
– Dołożyłabyś nam piętnaste, co? – domyśliła się Zosia.
– Dziewczynkę? – domyślił się Adam. – W wieku Julki? Ale ze starego bidula, czy jakąś całkiem nową?
– Chyba ze starego. Julka musiała się czuć trochę wyobcowana u was, same chłopaki i ona jedna. Gdyby miała koleżankę, może by jej było lżej. Ona miała w Szczecinie jakieś psiapsiółki?
– Nie bardzo chyba. Raczej widywałam ją bez towarzystwa – powiedziała Zosia. – Stale przylatywała do nas, zobaczyć, jak się ma Januszek. Tak naprawdę to była bardzo fajna para dzieciaków, ona opiekuńcza, on sama słodycz. Julka miała już jedenaście lat, kiedy ich matka zmarła na zawał, Janusz jest o trzy lata młodszy, rodzina ich nie chciała, ojciec poszedł w siną dal, no to Julcia tak się opiekowała braciszkiem, jak matka prawie.
– Właśnie, a u was jej się ta funkcja urwała, warunki zupełnie inne, nie ma Januszka przed czym i przed kim chronić, poza tym chłopak rośnie… ile on ma lat?
– Trzynasty rok. Ale zawsze był bardzo dziecinny. I ogromnie związany z Julką. Faktem jest, ostatnio jakby mniej jej potrzebował. Dorośleje chłopak, no i u nas lepiej się czuje niż w bidulu. Swoboda mu widać odpowiada.
– Sami widzicie, grunt jej się spod nóg usunął, poza tym, jak wiecie, chyba się zadurzyła w Adamie… troszkę… z nikim w szkole nie zdołała się zaprzyjaźnić, pewnie miała głowę zaprzątniętą czym innym, w efekcie omal nie rozwaliła wam całego domu. Bo macie świadomość, że mało brakowało?
– Mamy – pokiwał głową Adam. – Nie spodziewałem się, że to aż takie wyzwanie. Dobrze, moja droga. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Następnym razem będziemy bardziej przewidujący.
– Myślisz, że będzie następny raz?
– On tak myśli. – Teraz Zosia kiwała głową. – Ja też tak myślę. Cudów w przyrodzie nie ma. Może ten następny raz to nie będą żadne pomysły erotyczne, ale coś się na pewno wykicha, jak mówią starzy górale… i to pewnie nie raz, nie dwa. Będziemy uważniejsi. Dzięki, Gabrysiu.
– Ależ proszę, dla mnie drobiazg. A co robimy z Julką? Bo ja bym proponowała zostawić ją tutaj jeszcze dzień, dwa, niech się oswoi z nową sytuacją, na pewno jej ulżyło, że już nie musi kombinować, teraz jej głupio i prawdopodobnie żałuje. Za parę dni będzie mocniejsza, to ją zabierzecie. Chyba, że postanowiliście jednak nie?
– Nie, nie, zabierzemy. Powiedz jej, że weźmiemy dla niej koleżankę, trudno, niech już będzie, zmieści się. Najlepiej wyduś z niej, kogo by chciała zabrać ze swojej starej grupy. Może Karolinę, tam była taka jedna Karolina, wyglądały na dosyć zaprzyjaźnione.
– Dam wam znać.
Kolacyjna narada tego dnia była dosyć burzliwa. Z jednej strony ulga spłynęła na wszystkich olbrzymia, z drugiej – część domowników gorąco zaprotestowała przeciwko powrotowi Julki, co z kolei Januszka przyprawiło niemal o zapaść. Zosia i Adam musieli zdrowo wytężać inteligencję i wykorzystywać wszystkie wspólne pomysły psychologiczno – pedagogiczne, aby w końcu Dom uznał, że Julka owszem, może wrócić. Januszek, usłyszawszy wyrok ostateczny, natychmiast pomknął do kuchni i w ciągu godziny wyprodukował trzy blachy kruchych ciasteczek najwyższej klasy światowej.
O dziesiątej wieczorem zadzwoniła Gabrysia z komunikatem, że Julka prosi, żeby nie brać żadnej dziewczynki. Ona przeprasza za to, co narobiła, ale sama sobie jakoś poradzi.
– Pewnie – prychnął Romuś, znawca życia. – Ja bym też lubił mieć własny pokój. Taki tylko dla siebie, jak Julka ma.
Pierwszego kwietnia przed dom na klifie zajechała furgonetka. Z siedzenia pasażera zeskoczyła na nieśmiało zieleniejący trawnik dama wytworna w każdym calu.
– Kupiłam wam tę zamrażarkę – oświadczyła, ściskając się z Adamem. – Mam w nosie odliczenia, stać mnie na prezent. Macie gdzie ją postawić?
– Mamy, w garażu jest miejsce w sam raz na jeden samochód i na jedną zamrażarkę. Ojca zostawiłaś w domu?
– Nie, przyjechał, ktoś musiał przecież prowadzić ten furgon, a ja nie potrafię. O, wysiada. Konstanty, coś ty tam robił tyle czasu?
– Słuchałem koncertu klarnetowego Mozarta – oświadczył Konstanty Grzybowski nader godnie. – Nie znoszę przerywania w połowie frazy, to barbarzyństwo. Witaj synu. Żyjesz jeszcze?
– A co, miałeś nadzieję, że będziesz mógł mnie pokrajać w poszukiwaniu swoich genów? Żyję. Chociaż niewiele brakowało, a miałbym zawał, albo coś z tych rzeczy. Wysokie napięcia, rozumiesz.
– Co cię tak napięło? – zaciekawił się ojciec, do którego nie docierały echa burzliwych wydarzeń ostatnich tygodni (Izabela była na bieżąco, telefonowała bowiem do syna co jakiś czas). – Opowiesz nam?
– Jasne, ale może wejdźcie do domu, zamrażarce nic się nie stanie, jak posiedzi jeszcze trochę na pace. Wróci Darek, nasz najstarszy, to będziemy ją ściągać.
– Ogród zimowy jeszcze istnieje, czy zrobiłeś tam świetlicę? – zainteresowała się Izabela. – Moglibyśmy tam wypić kawę, przywiozłam wam jakieś ciasto, mam nadzieję, że jadalne, kupiliśmy po drodze.
– Ogród zimowy istnieje, owszem. Jest pod ochroną i nie wolno w nim rzucać przedmiotami ani w ogóle niczym. Ani zaśmiecać go popcornem. A co do ciasta, to my też mamy. Bo my, proszę mamy, zawsze mamy.
– Co ty bredzisz? Co macie?
– Ciasto. Januszek piecze.
– Kto to jest Januszek?
– Jeden z naszych chłopców. Piecze nałogowo, szczególnie ostatnio, kiedy spadła mu z głowy straszna troska. I jest to, kochani, mistrzostwo świata, a nie ciasto. Dzisiaj podajemy metrowiec. Januszek upiekł go wczoraj wieczorem, bo się zmartwił, że karpatka dobra, to ją zeżrą i może na dzisiaj, Boże broń, nie być ciasta.
– Przestań!
– Słowo daję. Chodźcie. Na razie nie ma dzieciaków, więc możemy spokojnie posiedzieć. Pierwsze sztuki wrócą na obiad koło drugiej.
– A gdzie Lena i… twoja żona?
– Robią ten obiad i całe są upaprane mielonym mięsem, dlatego nie wyleciały z domu i sam jestem za komitet powitalny. Idziemy?
– Czekaj. Z twoim… waszym małżeństwem… nic się nie zmieniło?
– Izabelo!
– Konstanty! Sam też chcesz wiedzieć, tylko udajesz dyskretnego.
– Nie udaję…
– Kto by ci tam uwierzył. Adam, jak jest?
– Nijak. To znaczy tak, jak było. Ale mogę wam powiedzieć teraz, żebyście nie powiedzieli potem, że Zosia i Lena wywierają na mnie presję – nie żałuję. To nie jest łatwe, być ojcem zastępczym czternaściorga dzieci, ale coś mi się w tym podoba. Nie pytaj, mamo, co, bo sam się zastanawiam. Mam, oczywiście, pewne hipotezy…
– Jak długo będziecie się tam grzebać na dworze?! – Donośny krzyk rozległ się niemal jednocześnie z trzaskiem otwieranego gwałtownie okna. – Poprzeziębiacie się, teraz powietrze jest zdradliwe! Do domu!
Kolejny trzask i okno zamknęło się. Konstanty roześmiał się nieoczekiwanie.
– Lena tak do nas wrzeszczała?
– Do nas. Nabrała takich manier w kontakcie z naszymi dziećmi. Chodźcie, bo nam zrobi awanturę.
Kiedy wchodzili do przestronnej kuchni, Lena i Zosia wycierały właśnie ręce w papierowy ręcznik. Na stole piętrzył się potworny stos mielonych kotletów.
– Zjadacie tyle na jeden obiad? – zainteresowała się z pewnym uznaniem Izabela.
– Oszalałaś, większość zamrażamy. Wreszcie się zdecydowaliście! Nie ciekawiło was wcześniej, jaki dom stworzył wasz syn? Z waszą synową?
– Nie mieliśmy czasu. Ale się zrobiłaś marudna. Można cię uściskać, Leno, czy jeszcze jesteś w kotletach?
– Nie, już nie jestem, ściskaj. Co masz na tym furgonie? Dlaczego nie przyjechałaś tą wypasioną furą, co zwykle?
– Leno, na miłość boską, kto cię uczy takiego języka?
– Umiem lepiej. Mam czternastu nauczycieli niepoprawnej polszczyzny. I wiecie, że ona czasami jest zabawna? A co z furgonem?
– Zamrażarka. Prezent na prima aprilis. Zosiu, niech i ciebie uściskam. Jak wam leci? Julka już w domu?
– W domu, wczoraj wróciła, trochę przygaszona, ale w sumie mogło być o wiele gorzej. Mogliśmy stracić dom. Ona sobie z tego zdała sprawę poniewczasie i ciężko się przeraziła. Miała męską rozmowę z Adamem, który jej dokładnie opowiedział, czym mogłyby się skończyć jej pomysły, gdyby się ich trzymała…
Adam istotnie poprzedniego dnia odbył najtrudniejszą rozmowę swojego życia, rozmowę, przy której jego najlepsze wywiady demaskujące różne nieprawidłowości życia publicznego były malutkim pikusiem. Kiedy odbierał Julkę z opiekuńczych rąk psycholożki Gabrysi, zdał sobie sprawę, że dziewczyna jest ciężko przerażona. Sam czuł się dosyć głupio, wolałby, żeby Zosia była z nimi, ale Zosia padła właśnie ofiarą własnych eksperymentów kulinarnych i siedziała teraz w domu, trzymając się za żołądek. Po zastanowieniu doszedł do wniosku, że może to i lepiej, będzie okazja do pogadania z Julka oko w oko.
Początkowo w ogóle nie chciała się odzywać. Mniej więcej do Goleniowa tłumaczył jej, starając się, żeby to wypadło jak najbardziej wiarygodnie, że nie ma do niej pretensji. Streszczał rozmowy z Gabrysią i opisywał stany uczuciowe wszystkich mieszkańców domu, nie wyłączając Azora. Przekonywał, że zrozumiał, skąd jej oskarżenie się wzięło, a zrozumieć to znaczy wybaczyć. W okolicy Babigoszczy skapitulował i zamilkł, zrezygnowany i trochę zły – a wtedy ona przemówiła, mniej więcej potwierdzając to, do czego Adam i Zosia doszli wspólnie z Gabrysią. W Wolinie zatrzymali się i Adam zaprosił Julkę na frytki z keczupem. Przy frytkach przypieczętowali porozumienie, obiecując sobie nawzajem nie wracać już nigdy do tej nieprzyjemnej historii.