Выбрать главу

Dojeżdżając do Lubina, Adam zdążył jeszcze wygłosić przekonujące, ale raczej kłamliwe przemówienie o nierozerwalnych więzach miłości łączących go z Zosią. Miał nadzieję, że Julka dostrzeże wreszcie beznadziejność swojego zadurzenia i spróbuje z nim walczyć. Bardzo ją o to prosił, występując z pozycji statecznego ojca.

Stateczny ojciec… całe szczęście, że nie pociągają go nastolatki. Całe szczęście, że nie gustuje w chuderlawych…

Jak to, nie gustuje?

Całe życie przecież gustował w chuderlawych!

ALE NIE DZIECIAKACH!!!

Poza tym – zupełnie nie wiadomo, dlaczego – ostatnio, kiedy myśli o kobietach jako o kobietach, a nie przyjaciółkach, żonach przyjaciół, koleżankach z pracy i psycholożkach z pogotowia opiekuńczego – wyobraża je sobie obdarzone jakim takim ciałem…

No i jako dojrzałe kobiety. Lolitki nie mają szans.

Tak czy inaczej, udało mu się w końcu – a przynajmniej na to wyglądało – przekonać Julkę, że o wiele pożyteczniejszy będzie dla niej w charakterze ojca aniżeli mrocznego przedmiotu pożądania. Wygłosił też małą samokrytykę, obiecał, że oboje z Zosią będą zwracać więcej uwagi na nią, Julkę i jej problemy, a na koniec obdarzył ją kilkoma wyszukanymi komplementami, po których wreszcie zaczęła się uśmiechać.

Wieczna kobiecość!

Wieczna kobiecość wróciła właśnie ze szkoły, przywitała się mruknięciem i znikła w swoim pokoju.

– Ładna z niej dziewczyna – zauważyła Izabela. – Tylko okropnie ubrana.

Zosia zaczerwieniła się po uszy.

– Nie mieliśmy jeszcze możliwości kupienia jej nowych ciuchów. Chłopcy trochę dostali od kolegów Adama, ale dla Julki nic tam nie było. To, co ma, to ma jeszcze z bidula. A z pieniędzmi u nas krucho, bo starostwo pierwszą forsę dało nam w połowie stycznia i do tej pory tak kuleje…

– Rozumiem. Słuchajcie, ogłosiłam dzisiaj Dzień Dziecka na prima aprilis. Dla chłopców jest zamrażarka, a Julkę zaraz zabiorę do Świnoujścia i coś jej kupimy. Adam, pożyczysz mi swoją vectrę? Nie będę jechała furgonem, a Konstanty pewnie woli tu posiedzieć, zresztą na furgonie jest zamrażarka…

– Nie poczeka… mama na obiad?

– Prawdziwe damy nie jedzą – oświadczyła wyniośle Izabela, wstała z kanapy i otrzepała elegancką spódnicę z kłaków Azora.

Julka rzuciła w kąt obrzępany różowy plecaczek i padła na tapczan, odczuwając ogólne zniechęcenie. Jej prywatny dół był nieco mniejszy niż w ostatnich dniach, ale wciąż jeszcze dostatecznie głęboki, żeby nalać do niego wody, rzucić się z głową i utopić. Samochodowa rozmowa z Adamem pomogła jej o wiele więcej niż cała gadanina wszystkich psychologów, pedagogów i psychiatrów, z którymi ostatnio miała do czynienia. W pewnym momencie Julce zdawało się, że wszystko rozwaliła; wszystko, co tylko było do rozwalenia, że nie ma już powrotu i trzeba będzie się zabić albo coś w tym stylu… Sama nie bardzo wiedziała, dlaczego oskarżyła Adama, to był jakiś atak małpiego rozumu, gdyby tak padło na kogo innego, to by nie miała powrotu do tego domu, a tak naprawdę to fajny dom, Januszek jest tu szczęśliwy, tylko co takiemu Januszkowi potrzebne do szczęścia? Blacha, ciacha i cukier puder. A może z nim coś jest nie tak? Może Januszek jest dziewczyną i za kilka lat trzeba będzie go zmieniać operacyjnie? Boże, nie! Trzeba będzie pogadać z Adamem, tylko czy to nie będzie nielojalne wobec brata? Ale z Adamem można w zaufaniu. Boże, jaki on jest… no, cudny jest. Ojciec! On mówi, że mogą go traktować jak ojca. Ojciec, też coś. Ojciec jest tylko jeden, a ich ojciec, jej i Januszka, był nawet trochę podobny do Adama, to znaczy też czarny, tylko że w pewnym momencie znikł z horyzontu i koniec, więcej się nie pokazał. Januszek miał wtedy cztery lata, a ona siedem. A trzy lata później mama nie wytrzymała i umarła na zawał, i to był koniec normalnego życia, bo rodzina się na nich wypięła. Na Julkę i Januszka, nieślubne dzieci grzesznej matki i uroczego, beztroskiego ojca, trochę w typie Adama. Dzieci poczęte i żyjące w grzechu nie mają czego szukać w rodzinie Przysłańskich – tak brzmiało nazwisko mamy, oni oboje dostali od ojca chociaż nazwisko.

Julka często myślała o ojcu i zastanawiała się, czy gdyby wiedział, że oni są w domu dziecka… czy to by go w ogóle obeszło? Bo co do Przysłańskich, nie miała wątpliwości, byli niereformowalnymi bigotami, bez przerwy na klęczniku albo przy konfesjonale, kurde, przecież księża z ambony to głoszą dobroć, nie? Jakieś takie rzeczy jak litość, wspaniałomyślność, wielkoduszność. Boże, można umrzeć ze śmiechu. Któregoś dnia mama zaprowadziła ich do dziadków na obiad rodzinny, jakiś jubileusz, któreś tam lecie ślubu, złote gody, czy coś. Dom był pełen gości, trzech księży, mnóstwo różnych starych ciotek, a ich traktowano, jakby nie istnieli. Mama coś tam usłyszała na swój temat, wściekła się, zabrała dzieci i wyszła przed deserem. Julce i Januszkowi strasznie żal było wtedy tortu, widzieli ten tort przedtem w kuchni – był wspaniały, ogromny, ociekający czekoladą, z czekoladową figurką przytulonej pary na wierzchu.

Może dlatego Januszka tak ciągnie do pieczenia ciastek?

Zjadłaby ciastko.

To naprawdę śmieszne – od tej rozmowy z Adamem stale by jadła. Utyje z tego wszystkiego i będzie gruba jak pani Zosia.

Julka mówiła do Zosi „ciociu”, ale bez przekonania.

Zastanawiające jest jednak, że Adam mówi, że tę grubą Zosię kocha. To ciekawe. Gdyby tak ona utyła…

Chrząknięcie od drzwi było bardzo głośne. Julka aż podskoczyła.

O futrynę opierała się dama będąca wręcz uosobieniem elegancji, stara niewątpliwie, ale piękna, w cudownej garsonce z miękkiej tkaniny w kolorze indyjskiego różu, takiego jakby przybrudzonego, omotana szalem w tym samym kolorze, tylko o dwa odcienie ciemniejszym…

– Przepraszam – powiedziała wytworna matka Adama. – Próbowałam chrząkać dyskretniej, ale mnie nie słyszałaś. Zamyśliłaś się, co?

– No… a o co chodzi?

– Aaa, o nic specjalnego. Jestem matką Adama, wiesz?

– A ja jestem Julia Korn.

– Nie przejechałabyś się ze mną do Świnoujścia?

– Po co?

– Po zakupy. Między innymi. Może byśmy coś zjadły w mieście. Jakąś rybkę. Nie mam ochoty na obiadek rodzinny. No i co?

– Ale dlaczego ja?

– Bo mam wobec ciebie chytre plany.

– Dlaczego wobec mnie?

– Tak wyszło. – Izabeli znudziło się odpowiadanie na te wszystkie pytania. – Chodź, chodź, co tu będziesz sama siedziała, jeszcze cię złapią głupie myśli.

– Już złapały – wyznała Julka ponuro i zwlokła się z tapczanu. – Mam się jakoś ubrać?

– Włóż kurtkę, bo zimno.

Ta cała matka Adama była dosyć denerwująca.

W samochodzie milczały aż do krzyżówki w Międzyzdrojach, ale Julka nie odebrała tego milczenia jako wrogie. Sama też nie wiedziała, dlaczego wyrwało jej się to pytanie, przecież nie zadała go dotąd nikomu poza swoim jasnozielonym psiakiem – przytulakiem, którego dostała od mamy, kiedy miała pięć lat.

– Jak pani myśli, czy nasz ojciec może wiedzieć, że jesteśmy w domu dziecka?

Spytała i od razu pożałowała, bo przecież skąd matka Adama ma wiedzieć takie rzeczy, pierwszy raz ją na oczy widzi i nie wie o niej nic, zresztą pewnie nie chce wiedzieć, bo i po co?

Matka Adama wyprzedziła tira, trąbiąc na niego przeraźliwie.

– Co za idiota, widziałaś, przyspieszył, kiedy go wyprzedzałam. Opowiedz mi o ojcu.

To było, oczywiście, bez sensu, ale Julka opowiedziała. Matka Adama zastanowiła się przez chwilę.

– Być może wasz ojciec nie ma pojęcia, co się z wami dzieje. Nie wiesz, czy po śmierci mamy rodzina próbowała się z nim kontaktować?

– Nie wiem. Nie mówili nam nic, ale pewnie nie. Rodzina nie chciała nas znać. W ogóle ich nie interesowało, co się z nami dzieje. Ważne było tylko, żebyśmy nie zawracali im głowy.

– A dom dziecka, ten poprzedni, nie próbował?

– Chyba nie. Nie wiem. Nie pytałam, właściwie nie wiem, dlaczego… Tak teraz myślę, że może powinnam była, ale jakoś…

– Tylko niech ci nie przyjdzie do głowy, żeby się o to obwiniać. Chciałabyś teraz spróbować go poszukać?

– A to jest możliwe?

– Wszystko jest możliwe na tym bożym świecie – mruknęła sentencjonalnie Izabela.

– Sama nie wiem. On nas też przecież zostawił, na pewno już dawno nie pamięta, że miał jakieś dzieci. Chyba lepiej nie, po co…

– Boisz się, żeby was znowu nie odrzucił, co? – Izabela uważała, że nie ma to jak szczerość.

– Pani by się nie bała?

– Bałabym się. Ale chyba bym spróbowała. Żeby mieć pewność, że zrobiłam wszystko, co można zrobić. Chociażby dla Januszka, nie?

– Łatwo pani mówić. A jak ja mu powiem, że ojciec nas znowu nie chciał? Że się okazał zwykłym dupkiem?

– Nic mu na razie nie mów. Ty i tak o tym stale myślisz, i tak cię to męczy, spróbuj przekonać się, jak jest naprawdę. Przynajmniej będziesz wiedziała, czy masz ojca dupka, na którego nie można liczyć, będziesz miała jasną sytuację.

– Pani by chciała mieć ojca dupka?

– Nikt by nie chciał. Wolisz nie ryzykować?

– Nie wiem.

– Trudna decyzja, co? – Izabela uśmiechnęła się ciepło. – Jak ma na imię twój ojciec?

– Julian. Ja mam imię po nim. Julian Korn.

– A wiesz, czym się zajmuje? Chodzi mi o jego zawód.

– Wiem. Tato jest inżynierem chłodnikiem. Jak był z nami, pracował w chłodni w porcie.

– A. Chłodnik. Rozumiem. Jeśli mnie upoważnisz, spróbuję go odszukać i porozmawiać z nim w twoim imieniu.

– Tak można?

– Dlaczego nie? To co, chcesz?

– Nie wiem.

Julka była nieco oszołomiona prostotą rozumowania i szybkością podejmowania decyzji matki Adama, ale w końcu Izabela nie bez przyczyny została właścicielką doskonale prosperującej agencji reklamowej. Zawsze myślała szybko i działała szybko, umiała też szybko się wycofać z nieudanych przedsięwzięć. Tym razem postanowiła sobie, że jeśli Julian Korn rzeczywiście okaże się dupkiem, ona powie Julce, że nie zdołała go odnaleźć.

Bo że zdoła go odnaleźć, była raczej pewna.

Inżynier chłodnik to nie to, co na przykład budowlaniec lądowy. Chociaż budowlańca lądowego też by umiała dopaść. Prędzej czy później.