Выбрать главу

I co to za sympatyczny dom! A jaka interesująca pacjentka! Znajdzie chyba jakiś powód, by także pójść tam po południu. Nie był już od kilku dni. Karin Ulriksby potrzebuje pewnie jego rady…

Elisabet nie widziała Vemunda od chwili, gdy Braciszek zabrał ją sprzed jego domu na skraju lasu. Przedwczoraj… Czy to naprawdę tylko dwa dni? Miała wrażenie, że co najmniej dwa tygodnie.

Pani Akerstrom, którą Elisabet bez skrupułów wypytała, wyjaśniła, że Vemund spędził te dwa dni w swoim biurze w Christianii. Przeglądał księgi, powiedziała.

Czy musi się tym zajmować akurat teraz?

Elisabet była w okropnym humorze. Poirytowana, nie miała pojęcia, co robić. Wiedziała, że Tarkowie zamierzają dziś wieczorem ogłosić jej zaręczyny z Braciszkiem w obecności tych wszystkich wspaniałych gości. Margrabianka Elisabet Paladin z Ludzi Lodu, księżniczka krwi.

A zabierajcie się tam, gdzie pieprz rośnie!

Musi porozmawiać z Braciszkiem i jego rodzicami, zanim rozpocznie się bal. Musi im powiedzieć, że się rozmyśliła, że nie chce. Że tak naprawdę to chce Vemunda. Im to chyba wszystko jedno, który z synów ożeni się z tak zwaną książęcą córką – rany boskie, co za tytuł! – ale Vemundowi to nie wszystko jedno! Dlatego powinna przede wszystkim porozmawiać z nim.

Powiadomić, że odstępuje od umowy. Jemu nie musi mówić, że to za niego chciałaby wyjść za mąż, to już niech raczej on prosi o jej rękę. Przynajmniej tyle jest jej winien.

Istniało jednak ryzyko, że on nie poprosi. Że wybierze pistolet, sznur czy co tam jeszcze.

Przeklęty uparciuch!

Z niesmakiem przyglądała się swojemu maskaradowemu kostiumowi, który leżał zwinięty na łóżku. Przebierać się! Akurat teraz, kiedy znajduje się w stanie takiego wzburzenia!

Wyrzutów sumienia wobec Braciszka nie miała. Niewątpliwie podobała mu się przez jakiś czas, ale jemu jest naprawdę obojętne, z kim się ożeni. I tak nadal będzie się zakochiwał w młodych paniach i prawdopodobnie będzie nawiązywał z nimi bliższe stosunki, żonaty czy nie. Na tyle poznała już Braciszka, by wiedzieć, że on nie będzie się przejmował małżeńską wiernością.

Elisabet zaś nie mogłaby żyć ze świadomością, że jej mąż trwoni gdzieś uczucia należne rodzinie.

Musi z nim zerwać! Teraz, dzisiaj. Im szybciej, tym lepiej!

Tak, bo przecież jedzie na tym samym wozie co on! Jej sytuacja jest nawet jeszcze gorsza. Ona przecież weszłaby do tego małżeństwa z miłością do własnego szwagra.

To nie leżało w zwyczajach Elisabet. To by była zdrada, od początku do końca.

Karin zawołała ją ze swego pokoju na piętrze, zatem Elisabet zmusiła się, by myśleć o czym innym.

W całym tym zamieszaniu, w tym uczuciowym napięciu ani ona, ani Vemund nie zdążyli powiedzieć drogiemu doktorowi Hansenowi, który zresztą nie pokazywał się już jakiś czas, że Karin w żadnym razie nie powinna się zbliżać do Lekenes.

Nie wiedzieli, że ona z największą niecierpliwością oczekuje, by się tam wybrać, i że zamierza prosić doktora, by ją tam zawiózł. Tak chciała jeszcze raz zobaczyć tę baśniową posiadłość! Może nawet odwiedzić ludzi, którzy mieszkają w tym pięknym domu, z którego dotychczas widziała tylko fasadę. Karin tak strasznie chciała się dowiedzieć, jak jest za tą wspaniałą fasadą.

Ach…

Emilia Tark zadowolona przejrzała się w lustrze, jeszcze bardziej przypudrowała włosy i zwróciła się ku swemu mężowi.

– Naprawdę uważam, że Vemund powinien się dzisiaj pokazać. Dostał przecież zaproszenie. Do ciebie też się nie odzywał?

Piękny Arnold Tark starał się ułożyć koronkowy żabot. Na jego twarzy malowało się zmęczenie.

– Vemund spędził wiele dni w biurze. W towarzystwie kilku urzędników podatkowych czy kogoś takiego.

Ręce mu drżały i nie mógł sobie poradzić z tym żabotem.

– To naprawdę nieznośne ze strony Vemunda – oświadczyła pani Tark z niechęcią. – Żeby tak dręczyć Mandrupa! Jakby mój kuzyn dopuścił się oszustwa!

– Sprawy mają się chyba znacznie gorzej, kochana Emilio!

– Co to znaczy, gorzej? – zapytała ostro.

– My też nie jesteśmy bez winy, i Vemund, i ja. Zanadto popuściliśmy Mandrupowi cugli.

– Nonsens! A jeżeli popełnił jakiś drobny błąd w rachunkach, to się to szybko naprawi. Nie powinieneś był jeszcze przekazywać zarządzania Vemundowi. Jego tu przecież w ogóle nie ma. Włóczy się po lasach i nad rzekami. Od dawna mówię, że to nie uchodzi. Biedny Mandrup, tak harował w biurze dla Vemunda!

– No, harówka to może nie najbardziej odpowiednie słowo – mruknął Arnold Tark, ale nie odważył się wypowiedzieć tego na tyle głośno, by żona usłyszała.

Emilia narzekała.

– Ja naprawdę nie rozumiem, co się dzieje z Vemundem. Zawsze był takim kochanym i uległym chłopcem. Czy myślisz, że ja go zaniedbywałam na korzyść Braciszka, kiedy byli mali?

Arnold nie odważył się odpowiedzieć. Uważał, że obaj synowie byli zaniedbywani. Ich matka była z nimi niemal zawsze, ale miłości, której potrzebowali, brakło. Ona miała tylko wymagania. By chłopcy ją uwielbiali, byli jej we wszystkim podporządkowani.

A może jest teraz niesprawiedliwy wobec żony? On który tak rzadko wtedy bywał w domu, zajęty interesami. I nie ma najmniejszej wątpliwości, że Braciszek uwielbia swoją matkę. Musiała mu zatem coś z siebie dać! Braciszek uważa, że matka go kocha.

Ale Vemund?

Co się w tym chłopcu dzieje przez ostatnie lata? Dlaczego opuścił rodzicielski dom? Braciszek twierdzi, że Vemund popełnił tak straszne przestępstwo, że nie jest w stanie spojrzeć rodzicom w oczy.

Ale on przecież wie, że ojciec wybaczyłby mu wszystko! I matka także! Ona tak lubiła się chwalić swoimi synami. Czy on nie rozumie, jaki ból jej sprawia? Nie mogła już teraz opowiadać innym o swoich synach z taką dumą…

Arnold poczuł niesmak. Nie chciał się już dłużej nad tym zastanawiać. Prościej było myśleć o tym, co Vemund robi teraz. O kontroli finansów przedsiębiorstwa, którą podjął.

Arnold zadrżał.

Przede wszystkim dlatego, że naprawdę nie wiedział, jak ma powiadomić Emilię o tym, co się stało. Najpierw niech się odbędzie ten bal. Nie chciał psuć jej radości.

Całe życie Arnolda upływało na chronieniu ukochanej Emili. Najpierw z miłości, potem z przyzwyczajenia. A teraz ze strachu.

Weszła pokojówka.

– Przyszedł pan Mandrup Svendsen – zaanonsowała.

– O, Mandrup! – ucieszyła się Emilia. – Niech tu wejdzie!

Ognistoczerwone oblicze Mandrupa Svendsena było dzisiaj jeszcze ciemniejsze niż zwykle. Skóra błyszczała od potu, a oczy wskazywały wyraźnie, że pił tęgo przez cały dzień. Ale okazji wzięcia udziału w balu nigdy by nie przepuścił niezależnie od tego, jak przykre były sprawy w biurze przedsiębiorstwa. Już wszystko dokładnie zaplanował.

Powóz, zamówiony na jutro rano, zawiezie go do portu. Stamtąd kutrem do Danii, a potem do Niemiec. Tam miał odłożone trochę gotówki…

Ale tutaj na balu był bezpieczny. Znacznie bezpieczniejszy niż we własnym domu.

– Emilio, chodzi o to, że nie mogę już używać mojego kostiumu Robin Hooda, tak okropnie się skurczył – oświadczył Mandrup. – Nie masz jakiejś rzymskiej togi, w którą mógłbym się owinąć? Do tego wieniec laurowy i para sandałów. Czy nie mógłbym się przebrać za Cezara?

– Raczej już za Nerona – mruknął Arnold Tark.

– Tak, zaraz coś dla ciebie znajdę, mój drogi – powiedziała Emilia i wstała.

W drzwiach znowu stanęła pokojówka.

– Panna Elisabet Paladin przyszła, proszę pani.

– No, nareszcie! Czas najwyższy! I Marto! Od tej chwili należy ją tytułować hrabianką. Właściwie powinniśmy się do niej zwracać per margrabianko, ale w tym domu zachowujemy się bezpretensjonalnie.