– Ty idiotko! – krzyknęła pani Stanhope, gniew w jej głosie walczył ze współczuciem. – Justin i Zack pokłócili się i za chwilę padł strzał. Ich brat Alex słyszał podniesione głosy, słyszał je Foster. – Zwróciła twarz w stronę lokaja. – Powiedz tej biednej, omamionej kobiecie, o co się kłócili.
– O dziewczynę, panno Mathison! – rzekł Foster bez chwili wahania. – Justin zaprosił pannę Amy Price na bożonarodzeniowy bal w klubie, a Zack zamierzał pójść właśnie z nią. Justin chciał się wycofać, ale nic nie pomogło – Zack się wściekł.
Julie poczuła ucisk w żołądku. Już sięgała po torebkę, ale jeszcze próbowała bronić Zacka.
– Nie wierzę żadnemu z was.
– Wierzysz człowiekowi, który, już to wiesz, okłamał albo ciebie, albo sędziego i dziennikarzy?
– Tak! – Pragnęła jak najszybciej odejść z tego domu. – Do widzenia, pani Stanhope. – Szła tak szybko, że Foster musiał podbiec, by otworzyć jej drzwi.
Obcasy głośno zastukały po kafelkach holu, ale głos pani Stanhope, wołającej ją po imieniu, osadził ją w miejscu. Odwróciła się i z chłodnym wyrazem twarzy patrzyła na babkę Zacka, jakby postarzałą o dwadzieścia lat w ciągu tej minuty, którą zajęło jej dogonienie Julie.
– Jeżeli znasz miejsce pobytu Zacharego – powiedziała pani Stanhope – jeżeli masz choć trochę sumienia, natychmiast powinnaś zawiadomić policję. Wbrew temu, co sądzisz, lojalność względem Zacharego kazała mi przemilczeć fakt jego kłótni z Justinem, nie powiadomić o niej władz, co, teraz widzę, powinnam była uczynić.
Julie uniosła brodę, ale głos jej drżał.
– Dlaczego tak pani uważa?
– Bo aresztowaliby go i otrzymałby pomoc psychiatryczną! Zachary zabił brata, a potem żonę. Gdyby się leczył, może Rachel Evans nie leżałaby teraz w grobie. Czuję się winna jej śmierci, nawet nie potrafię powiedzieć, jak bardzo. Gdyby od samego początku nie było oczywiste, że Zachary zostanie skazany, nie miałabym wyboru i ujawniłabym prawdę o śmierci Justina. – Zamilkła, na jej twarzy widać było walkę o odzyskanie panowania nad sobą. – Dla własnego dobra, wydaj go. Inaczej pewnego dnia znowu ktoś zginie, a ty do końca życia będziesz dźwigać ciężar winy, jak ja.
– On nie jest mordercą! – krzyknęła Julie.
– Czyżby?
– Nie!
– Ale nie możesz zaprzeczyć, że jest kłamcą – nie ustępowała pani Stanhope. – Okłamał ciebie albo władze, innej możliwości nie ma. Musisz się z tym zgodzić.
Julie nie odpowiedziała. Nie potrafiła zmusić się do przyznania babce Zacka racji.
– Jest kłamcą – oświadczyła pani Stanhope dobitnym głosem. – I to dobrym. Znalazł sobie odpowiednie zajęcie, aktorstwo. – Już odwracała się, ale jeszcze przez ramię rzuciła zmęczonym głosem pokonanej osoby, bardziej przerażającym od poprzedniego, przesyconego złością:
– Być może Zachary naprawdę wierzy we własne kłamstwa, dlatego jest taki przekonujący. Być może identyfikował się z bohaterami, których grał – dlatego był tak utalentowanym aktorem. Wcielał się w ludzi, którzy mordowali bez żadnego powodu, a potem udawało im się uniknąć kary. Może zdawało mu się, że po zamordowaniu żony, jako idola filmowego, nie spotkają go żadne konsekwencje. Być może – powiedziała z naciskiem – nie potrafi już odróżnić fantazji od rzeczywistości.
Julie walczyła z ogarniającymi ją mdłościami. Przycisnęła torebkę mocno do piersi.
– Chce pani powiedzieć, że jest obłąkany?
Ramiona pani Stanhope przygarbiły się, głos zamienił w szept, jakby mówienie stało się nagle zbyt dużym wysiłkiem.
– Tak, panno Mathison, dokładnie to mam na myśli. Zachary jest obłąkany.
Julie nie słuchała dalej.
Bez słowa odwróciła się i wyszła. Uciekać! Pośpiesznie podeszła do samochodu. Uciekać jak najszybciej i jak najdalej z tego tchnącego atmosferą zła domu, od jego tajemnic; ale ziarno przeraźliwych wątpliwości, jakie tutaj zasiano w jej sercu, wzeszło. Wcześniej zamierzała zatrzymać się na noc w motelu i zwiedzić miejsca, w których Zack spędził dzieciństwo; teraz pojechała prosto na lotnisko. Zwróciła wypożyczony samochód i wsiadła do pierwszego odlatującego samolotu, byle dalej od Ridgemont!
ROZDZIAŁ 55
Tommy Newton uniósł wzrok znad scenariusza. Do salonu weszła siostra, która u niego w mieszkaniu, w Los Angeles, spędzała weekend.
– Coś się stało? – zapytał.
– Właśnie odebrałam telefon do ciebie. Jakiś głupi żart. – Roześmiała się nerwowo. – A przynajmniej mam taką nadzieję.
– Los Angeles jest pełne świrów opowiadających przez telefon najrozmaitsze świństwa – uspokajał ją. – W południowej Kalifornii to zwykła rzecz. Tutaj każdy czuje się wyalienowany, nie wiedziałaś o tym? – zażartował. – Dlatego to miasto jest rajem dla psychiatrów.
– Ten telefon nie był świński, Tommy.
– A jaki?
Potrząsnęła głową, na jej czole ukazała się zmarszczka.
– Ten człowiek przedstawił się jako Zachary Benedict.
– Zack? – powtórzył Tommy i roześmiał się ironicznie. – Co za bzdura. Mówił coś jeszcze?
– Tak… zamierza cię zabić. I o tym, że wiesz, kto zamordował Rachel. Groził zemstą za niewyjawienie prawdy.
– Chyba zwariował!
– Nie sprawiał takiego wrażenia, Tommy, raczej kogoś śmiertelnie poważnego. – Przeszedł ją dreszcz, gdy dotarło do niej znaczenie słów. – Powinieneś zawiadomić policję.
Tommy przecząco pokręcił głową.
– Kimkolwiek był, na pewno zwariował.
– W jaki sposób ktoś chory psychicznie zdobyłby zastrzeżony numer?
– Najwyraźniej – próbował żartować – jakiś znajomy wariat.
Kobieta uniosła słuchawkę aparatu stojącego na stoliku obok kanapy.
– Dzwoń na policję. Jeżeli nie dla własnego bezpieczeństwa, spełnij obowiązek.
– Dobrze – zgodził się z westchnieniem – ale roześmieją mi się w twarz.
W swoim domu w Beverly Hills Diana Copeland wysunęła się z objęć kochanka i sięgnęła po słuchawkę stojącego obok kanapy telefonu.
– Diana! – jęknął. – Niech odbierze pokojówka.
– Ktoś dzwoni na mojej prywatnej linii – wyjaśniła mężczyźnie o twarzy równie znanej miłośnikom kina jak jej własna. – Może chodzić o zmiany na jutrzejszym planie. Halo? – zawołała do telefonu.
– Tu Zack, Dee Dee – zabrzmiał głęboki głos. – Wiesz, kto zabił Rachel, a pozwoliłaś mi iść do więzienia. Już jesteś martwa.
– Zack, zaczekaj – wybuchnęła, ale w słuchawce panowała cisza.
– Kto to był?
Diana wstała i przerażona, niewidzącym wzrokiem popatrzyła na kochanka.
– Zack Benedict…
– Co takiego? Jesteś pewna?
– On… nazwał mnie Dee Dee. Jest jedyną osobą, która tak do mnie mówiła. – Weszła do sypialni, ujęła słuchawkę i wybrała numer. – Tony? – odezwała się drżącym głosem. – Właśnie miałam telefon od… Zacka Benedicta.
– Ja też. To jakiś świr, a nie Zack.
– Nazwał mnie Dee Dee! Tylko on zwracał się do mnie w ten sposób. Powiedział, że wiem, kto zabił Rachel, a pozwoliłam mu iść do więzienia. Groził mi śmiercią.
– Uspokój się, to jakaś bzdura! Świr, a może reporter, który chce odświeżyć zapomnianą historię.
– Dzwonię do glin.
– Jak chcesz, zrób z siebie idiotkę, ale mnie w to nie mieszaj! Ten gość nie był Zackiem.
– Mówię ci, że to on!
W Benedict Canyon, w obszernej posiadłości swego męża, doktora Richarda Grovera, Emily McDaniels wyciągnęła się na leżaku obok basenu. Od dnia ślubu, przez ostatnie pół roku, jej życie przypominało bezustanny miesiąc miodowy. Obok niej, w wodzie, mąż bez najmniejszego wysiłku pokonywał długości basenu. Po kolejnym nawrocie skręcił i wynurzył się przy krawędzi, tuż obok niej.