– Nie wiem. To było głupie. – Przeczesała palcami włosy. – Nigdy przedtem tak nie było. Nie sądziłam, że tak może być – że ja mogę tyle czuć. Po prostu to nigdy nie było dla mnie ważne, i nagle – trach.
– Cudownie. – Mavis wysunęła rękę spod koca i ścisnęła wyprostowane palce Ewy. – Przez całe życie blokowałaś normalne ludzkie potrzeby z powodu przejść, które ledwo pamiętasz. Po prostu ktoś pomógł ci z tym skończyć. Powinnaś być szczęśliwa.
– To mu daje nade mną przewagę, prawda?
– Och, to bzdury. – Mavis przerwała przyjaciółce. – Seks nie musi być manifestacją siły. I nie musi być karą, do cholery. Powinien być zabawą. A czasami, gdy się ma szczęście, seks dostarcza zupełnie wyjątkowych wrażeń.
– Możliwe. – Zamknęła oczy. – Och, Mavis, moja kariera wisi na włosku.
– O czym ty gadasz?
– Roarke jest zamieszany w sprawę, nad którą pracuję.
– Cholera! – Musiała zrobić przerwę na wytarcie nosa. – Chyba nie musisz go aresztować?
– Nie. – Po czym dodała z większą emfazą. – Nie, ale jeśli nie znajdę szybko winnego, wyrzucą mnie. Będę skończona. Ktoś mnie wykorzystuje, Mavis. – Jej oczy znowu nabrały ostrego wyrazu. – Chcą, by moje działania szły w określonym kierunku. Nie wiem dlaczego. Jeśli się tego nie dowiem, będzie mnie to kosztowało utratę wszystkiego, co mam.
– Zatem będziesz musiała się dowiedzieć, prawda? – Mavis ścisnęła palce Ewy.
Dowie się, Ewa obiecała sobie w duchu. Było już po dziesiątej wieczór, kiedy weszła do hallu swego budynku. Jeśli w tym momencie nie chciało jej się myśleć, to nie było to zbrodnią. Musiała przełknąć reprymendę, jaką dostała od szefa policji za to, że zmieniła oficjalne oświadczenie podczas konferencji prasowej.
Nieoficjalne poparcie komendanta nie zmniejszyło jej niepokoju.
Kiedy weszła do mieszkania, sprawdziła wiadomości przesłane jej przez Internet. Wiedziała, że łudzenie się nadzieją, iż znajdzie wiadomość od Roarke'a, była głupotą.
Nic od niego nie było. Ale to, co znalazła, przejęło ją grozą.
Materiał filmowy był przesłany przez anonimowego nadawcę z jakiegoś miejsca publicznego. Mała dziewczynka. Jej ojciec. Krew.
Po sposobie filmowania Ewa poznała, że jest to zapis policyjny dokonany po to, by utrwalić miejsce zbrodni i usprawiedliwić konieczność użycia broni.
Włączył się dźwięk. Odtworzone zostały nagrane przez nią krzyki dziecka. Walenie do drzwi. Ostrzeżenie, po którym nastąpił cały ten horror.
– Ty skurwielu – szepnęła. – Nie złamiesz mnie w ten sposób. Nie złamiesz mnie, wykorzystując tragedię dziecka.
Ale jej palce drżały, gdy wyjmowała dyskietkę. I trzęsła się, kiedy rozległ się dzwonek interkomu.
– Kto tam?
– Hennessy z mieszkania dwa – D. – Blada poważna twarz sąsiada z dołu mignęła na ekranie. – Przepraszam, pani porucznik Dallas. Nie bardzo wiedziałem, co robić. Właśnie byliśmy w mieszkaniu Finesteina. Mamy problem.
Ewa westchnęła i przywołała na pamięć obraz starszego małżeństwa. Spokojni, życzliwi, namiętnie oglądający telewizję.
– Jakiś problem?
– Pan Finestein nie żyje, pani porucznik. Zemdlał w kuchni, gdy jego żona grała w mahjongg z przyjaciółmi. Pomyślałem, że może zeszłaby pani na dół.
– Jasne. – Znowu westchnęła. – Zaraz tam będę. Proszę niczego nie ruszać, panie Hennessy, i w miarę możliwości nikogo tam nie wpuszczać. – Z przyzwyczajenia przesłała meldunek; zgłosiła, że zdarzył się wypadek i że udaje się na miejsce tragedii.
W mieszkaniu zastała panią Finestein, która siedziała na sofie w salonie, ze splecionymi na podołku drobnymi białymi dłońmi. Jej włosy także były białe, okalały niczym śnieg twarz, która zaczynała się marszczyć mimo stosowania kremów opóźniających starzenie i przeprowadzania kuracji odmładzających.
Starsza pani uśmiechnęła się łagodnie do Ewy.
– Przepraszam, że cię niepokoję, moja droga.
– Wszystko w porządku. Dobrze się pani czuje?
– Tak, dobrze. – Jej łagodne niebieskie oczy spoczęły na Ewie. – Co tydzień gram z dziewczętami. Kiedy wróciłam do domu, znalazłam go w kuchni. Stracił przytomność podczas jedzenia ciasta z kremem. John bardzo lubił słodycze. – Popatrzyła na pana Hennessy, który stał przestępując niespokojnie z nogi na nogę. – Nie bardzo wiedziałam, co robić, więc zapukałam do pana Hennessy.
– W porządku. Proszę z nią zostać przez chwilę – zwróciła się do mężczyzny.
Mieszkanie było podobne do jej apartamentu. Gdyby nie nadmiar świecidełek i pamiątek, panowałby w nim wzorowy porządek.
Przy kuchennym stole, po środku którego stał porcelanowy wazon z kwiatami, John Finestein stracił życie i niemało ze swej godności.
Siedział z twarzą wbitą w puszystą kremową masę. Ewa wzięła go za rękę, lecz nie wyczuła tętna. Jego ciało było znacznie oziębione. Na oko ustaliła, że śmierć nastąpiła o pierwszej piętnaście; oczywiście mogła się pomylić o kilkanaście minut.
– Joseph Finestein – wyrecytowała sumiennie. – Mężczyzna, dokładny wiek sto piętnaście lat. Nie ma śladów włamania, nie ma śladów użycia siły. Nie ma żadnych śladów na ciele.
Pochyliła się nad zwłokami, popatrzyła w wybałuszone ze zdziwienia oczy, powąchała ciasto. Po zrobieniu wstępnych notatek, wróciła – ku radości Hennessy'ego – do salonu i przesłuchała wdowę po nieboszczyku.
Była już północ, kiedy wczołgała się do łóżka. Wyczerpanie dawało się jej we znaki niczym dokuczliwe dziecko. Pragnęła zapomnieć o wszystkim, tylko o to się modliła.
Żadnych snów, nakazała swojej podświadomości. Nie może się poddać grozy nocy.
W chwili, gdy zamykała oczy, odezwało się umieszczone przy łóżku telełącze.
– Niech cię piekło pochłonie, kimkolwiek jesteś – mruknęła, po czym posłusznie owinęła nagie ramiona prześcieradłem i włączyła łącze.
– Pani porucznik. – Roarke uśmiechnął się do niej z ekranu. – Obudziłem cię?
– Jeszcze parę minut, a byś to zrobił. – Przesunęła się, gdyż dźwięk był nieczysty w związku z zakłóceniami międzyplanetarnymi.
– Przypuszczam, że bez przeszkód dotarłeś na miejsce.
– Owszem. Było tylko małe opóźnienie w transporcie. Miałem nadzieję, że cię złapię, zanim pójdziesz spać.
– Z jakiegoś szczególnego powodu?
– Ponieważ lubię na ciebie patrzeć. – Jego uśmiech zgasł, gdy na nią spojrzał. – Co się stało, Ewo?
Od czego byś chciał, żebym zaczęła? – pomyślała, lecz wzruszyła ramionami.
– Długi dzień, zakończony śmiercią jednego z twoich lokatorów przy wieczornej przekąsce. Skończył z twarzą w ciastku z kremem.
– To chyba nie najgorsza śmierć. – Odwrócił głowę i mruknął coś do osoby, która znajdowała się w pobliżu. Ewa zobaczyła kobietę, która szybko przeszła za Roarke'em, po czym zniknęła jej z oczu.
– Właśnie zwolniłem moją asystentkę – wyjaśnił. – Chciałem być sam, kiedy będę cię pytał, czy masz na sobie coś pod tym prześcieradłem.
Zerknęła w dół, uniosła brew.
– A sprawiam takie wrażenie?
– Dlaczego go z siebie nie zrzucisz?
– Ani myślę zaspokajać twoich lubieżnych chuci podczas połączenia międzyplanetarnego. Puść wodze swej wyobraźni.
– Właśnie puszczam. Wyobrażam sobie, co z tobą zrobię, kiedy znowu będę mógł cię dotknąć. Radzę ci dobrze wypocząć, pani porucznik.
Chciała się uśmiechnąć, lecz nie mogła.
– Roarke, musimy porozmawiać, kiedy wrócisz.
– To także możemy zrobić. Rozmowy z tobą zawsze uważałem za podniecające, Ewo. Prześpij się trochę.