Выбрать главу

Było gorąco. Wilgotno. Abby otarła pot z czoła ściereczką do naczyń. Może jednak powinna odebrać ten głupi telefon?

Nie. Nie była na to gotowa. Nie dziś. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie.

Dwadzieścia lat temu…

Przypomniała jej się ulubiona piosenka matki.

– Ani się waż – upomniała samą siebie. Nie będzie roztrząsać przeszłości, tak jak to robi od dwudziestu lat. Czas pójść do przodu, spojrzeć w przyszłość. Tak, obiecała sobie w duchu, zacznę dziś wieczorem. Spróbuję zapomnieć o tym, co wydarzyło się dokładnie dwadzieścia lat temu, kiedy jej matka kończyła trzydzieści pięć lat – tak jak Abby dzisiaj. Tyle że Faith Chastain w dniu urodzin zakończyła życie. W taki straszny, tragiczny sposób.

– Och mamo – szepnęła Abby. Wspomnienia, które tak bardzo chciała zostawić za sobą, napłynęły nieubłaganie.

Samochód ojca wjechał przez żelazną bramę i zatrzymał się przed starym budynkiem z czerwonej cegły, koło fontanny na podjeździe. Abby już zaczęła się interesować chłopcami, i rozmyślała właśnie o zaproszeniu Treya Hilliarda na potańcówkę u Sadie Hawkins. Wysiadła z samochodu, trzymając prezent z wielką kokardą w kolorze fuksji, i spojrzała w okno pokoju na drugim piętrze, który zajmowała jej matka.

Ale w pokoju nie paliło się światło.

Okno było ciemne.

Poczuła nagle, że stało się coś złego. „Mama?” – szepnęła, choć od dziesięciu lat nie zwracała się do matki w ten sposób. Ruszyła szybko schodami, kiedy usłyszała głośny trzask.

Uniosła głowę.

Tysiące odłamków szkła migotało w błękitnawym świetle.

A potem ciszę rozdarł ten straszny krzyk. Z okna wypadła ciemna sylwetka i z chrzęstem łamanych kości uderzyła w beton podjazdu.

Ogarnął ją przeraźliwy strach. Upuściła prezent i rzuciła się w stronę leżącego na podjeździe nieruchomego kształtu. Pod głową matki rosła kałuża krwi. Wielkie złote oczy patrzyły w niebo.

– Abby! – Usłyszała głos ojca, dochodzący jakby z bardzo daleka. – Abby, nie! O Boże! Pomocy! Niech ktoś nam pomoże! Faith!

Osunęła się na kolana, zaczęła płakać i wołać matkę. W końcu czyjeś silne ręce odciągnęły ją od ciała.

Teraz zamrugała, usiłując otrząsnąć się z koszmaru.

– Jezu – szepnęła.

Nagle uświadomiła sobie, że z kranu ciągle leje się woda. Ochlapała szybko twarz i szyję, a potem otarła je ściereczką do naczyń. Co się z nią dzieje? Czy nie obiecała sobie właśnie przed chwilą, że nie będzie o tym więcej myśleć?

– Weź się w garść – mruknęła i wzięła kieliszek do ręki. Przez chwilę patrzyła na niego, a potem go uniosła.

– Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin, mamo – szepnęła, jakby Faith była z nią w pokoju, i upiła łyk wina. – Za nas.

Matka zawsze jej powtarzała, że łączy je szczególna więź, bo mają urodziny tego samego dnia. Mawiała, że są jak dwie krople wody.

Cóż… niezupełnie.

Nie.

Wcale nie.

– A teraz… odejdź, proszę – wyszeptała. – Zostaw mnie w spokoju.

Dopiła wino, zakorkowała butelkę i wstawiła ją do lodówki, a potem stanowczym ruchem postawiła kieliszek na blacie. Zrobiła to chyba zbyt gwałtownie, bo nóżka pękła i Abby skaleczyła się w kciuk

– Świetnie – mruknęła. Tylko tego jej brakowało. Wyjęła z szuflady plaster i owinęła ociekający krwią palec. Potem wytarła krople krwi z blatu, wyrzuciła szkło do kosza i poszła do garażu. Oparta o stos drewna stała tam tablica z napisem: na sprzedaż bez pośredników. Wzięła ją, zaniosła na koniec podjazdu i powiesiła na paliku, który po południu wbiła w ziemię.

– Doskonale – mruknęła, choć w sercu poczuła ukłucie żalu. Kiedy kupowali dom, wiązała z nim tyle nadziei. Tak bardzo chciała znaleźć tu szczęście.

I była taka głupia. Spojrzała na dom w zapadającym zmierzchu. Został przebudowany i odnowiony. Teraz znajdowały się w nim dwie małe sypialnie, łazienka i stryszek, gdzie mieściło się biuro. W drugim, mniejszym budynku, który pierwotnie miał być domkiem dla gości, Abby urządziła studio fotograficzne, ciemnię i zainstalowała drugą łazienkę.

Pięć lat temu uznali, że dom jest idealny, i mieszkali w nim do czasu, kiedy wszystko się rozpadło. W końcu Nick wyprowadził się do innej kobiety… Nie, nie, było inaczej. Kobiety pojawiły się najpierw. Poczynając od Giny.

Teraz nie miało to żadnego znaczenia.

Nick Gierman, niegdyś szanowany spiker radiowy i dyskdżokej, był już zamkniętym rozdziałem jej życia. Od dnia, w którym sędzia oficjalnie uznał ich małżeństwo za rozwiązane, minął rok.

Abby podniosła młotek, który zostawiła tu wcześniej, i cofnęła się, żeby sprawdzić, czy tabliczka wisi równo. Jeszcze raz przeczytała napis i numer telefonu.

Tak bardzo chciała wyjść na prostą. Zrobiła wszystko, co sugerowali jej różni specjaliści, choć prawdę mówiąc, ich rady nie na wiele się zdały. Próbowała dać Nickowi jeszcze jedną szansę, ale nic z tego nie wyszło. Rozeszli się; jej został dom. Przyjaciele ostrzegali, że będzie jej przykro samotnie spędzać tu święta i rocznice, ale czas mijał, a jej wcale nie było aż tak ciężko. Może naprawdę straciła już serce do Nicka? Prawdopodobnie nigdy nie umiałby dochować wierności.

Trzask!

Pękła jakaś gałązka. Znowu! Abby spojrzała w stronę, z której dobiegł dźwięk, spodziewając się zobaczyć oposa czy nawet skunksa, ale wokół było pusto i cicho. Umilkły nawet żaby i cykady. Serce zaczęło jej bić szybciej, wytężyła słuch i nagle poczuła się całkiem bezbronna i samotna. Miała wrażenie, że ktoś jej się przygląda z krzaków. Zadrżała i natychmiast skarciła się w duchu. To urodziny i rozmyślania o matce tak ją rozstroiły.

Uspokój się, powiedziała sobie. Idź do domu. Tabliczka wisi i zrobiło się już ciemno.

Kątem oka dostrzegła jakiś ruch w krzewach, usłyszała szelest liści. Zamarła.

Spod jednego z krzaków wypełzł jakiś ciemny kształt. Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi, ale po chwili rozpoznała Ansela. Kot podszedł do niej, odwrócił głowę w stronę zarośli i głośno syknął.

Abby drgnęła.

– Na litość boską – szepnęła, kładąc dłoń na sercu. – Przestań! Chcesz, żebym dostała zawału? No to ci się prawie udało! – Schyliła się, żeby wziąć kota na ręce. – Ty też jesteś jakiś spięty. Może pójdziemy się napić? Dla mnie wino, dla ciebie świeżutka H²O.

Ale zanim zdążyła go złapać, Ansel rzucił się podjazdem w stronę domu i po chwili wbiegł do środka przez otwarte drzwi garażu. Czterysta metrów dalej pies sąsiadów rozszczekał się tak, że mógłby zbudzić umarłego.

Abby zacisnęła palce na młotku. Znowu miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Dość tego. Nie jesteś matką… Nie jesteś… szalona. Pies Pomerych szczeka. I co z tego?

Ruszyła do domu. Pod stopami szeleściły pierwsze jesienne liście. Weszła przez garaż do kuchni. Ansel siedział na parapecie nad zlewozmywakiem. Patrzył w okno, nerwowo poruszając ogonem.

– No, o co chodzi? – spytała.

Kot nie oderwał wzroku od szyby.

– Wiesz, że nie wolno ci wskakiwać na blat.

Nie poruszył się.

Stanęła przy zlewie i wbiła wzrok w ciemne drzewa, otaczające niewielki ogródek. Okno było lekko uchylone.

Znowu zaczął szczekać pies. W tej samej chwili drewniany dom jęknął, zaskrzypiały stare deski. Abby przepędziła kota z parapetu, zamknęła okno i zasunęła zasuwkę. Nie była szczególnie lękliwa, ale od jakiegoś czasu miała dość mieszkania na uboczu.

Ale to się wkrótce zmieni.

Przyjmie zaproszenie Alicii i przeprowadzi się do San Francisco. Będą dzieliły mieszkanie, jak w czasie studiów – z tą różnicą, że teraz obie są rozwiedzione, a Alicia ma pięcioletnie dziecko.