Выбрать главу

Tatusiu, wybacz, że byłam taka głupia i pozwoliłam się porwać. Ostrzegałeś mnie, żebym nigdy nie biegała o zmroku. Chciałeś mi dać broń, a ja odmówiłam… Bardzo tego teraz żałuję…

Samochód zwolnił i zjechał z głównej drogi, zapewne autostrady, a zatem zbliżali się do celu. Mary gorączkowo próbowała uwolnić ręce. Serce biło jej jak oszalałe, na całym ciele wystąpił zimny pot.

Uwolnij się, Mary. Bóg pomaga tym, którzy sami sobie pomagają.

– Nie dasz rady – powiedział. Mary drgnęła. Do tej chwili nie wymówił ani jednego słowa. Jego głos był spokojny, przerażająco spokojny. – Nie uwolnisz się.

Zrobiło jej się niedobrze ze strachu. Kim jest ten szaleniec? Dlaczego wybrał właśnie ją? Nie znała jego głosu, ale niczego nie mogła być pewna.

– Jeszcze tylko kilka minut.

Mary zaczęła się modlić. Zdrowaś Mario, łaski pełna, Pan z tobą…

Samochód znowu zwolnił, a potem skręcił gwałtownie. Mary wytężyła słuch, ale znajome dźwięki ruchu samochodowego umilkły.

Błogosławionaś ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota twojego, Jezus…

Jechali jeszcze przez chwilę, która wydawała jej się wiecznością. W końcu samochód się zatrzymał. Serce podeszło jej do gardła.

Święta Mario, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej…

Silnik zgasł i Mary usłyszała krople deszczu spadające na dach samochodu. Prawie nie oddychała.

Amen.

Drzwi otworzyły się, sekundę później została wywleczona z furgonetki.

Stopy zapadły się w coś grząskiego, omal nie upadła. Wykręciła rękę, usiłując się uwolnić.

– Nie ruszaj się! – krzyknął. Wtedy z przerażeniem pojęła, że skoro nie boi się mówić tak głośno, muszą być tu sami… zupełnie sami.

– Rozwiążę ci nogi, ale jeśli spróbujesz uciec… – Znowu przytknął jej do skroni zimną lufę rewolweru. – Zabiję cię.

Mary wiedziała jednak, że zabije ją tak czy inaczej. Postanowiła, że jeśli nadarzy się okazja, zacznie uciekać. Lepiej dostać kulę w plecy niż być gwałconym i bitym całymi godzinami. Musi uciec. Musi.

Ale on przejrzał jej plan. Jednym szybkim ruchem przeciął taśmę krępującą jej kostki, a potem nadgarstki i szybko chwycił ją za ramię.

– Nawet o tym nie myśl – rzucił ostrzegawczo. – Idziemy.

Zacisnął palce na jej ramieniu i zaczął ją popychać do przodu lufą rewolweru.

Słyszała cykady i kumkanie żab, pod stopami czuła liście, z włosów na kark spływały krople deszczu. Wydawało jej się, że czuje zapach rzeki gdzieś blisko, ale nie była pewna. Rozpłakała się. Potknęła się o coś i omal nie przewróciła. To zły sen, to musi być tylko zły sen.

– Teraz do góry – rozkazał, podniosła posłusznie stopę i weszła na dwa schodki. Usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. – Wchodź.

O Boże, więc to tu postanowił ją zabić.

W środku unosił się zapach kurzu. Wydawało jej się, że usłyszała na podłodze chrobot pazurów, jakby zaskoczone szczury próbowały się gdzieś ukryć. Potem za plecami zamknęły się drzwi.

Pchnął ją, zrobiła krok przed siebie i wtedy to usłyszała… jakiś stłumiony dźwięk, jakby był tu ktoś jeszcze.

Omal nie zemdlała.

Dobry Boże, czyżby przywiózł ją gdzieś, gdzie czekają na nią inni mężczyźni? Słyszała o barbarzyńskich, rytualnych mordach na kobietach i zebrała się w sobie na przyjęcie tego, co ją mogło oczekiwać.

– Dobrze, bądź grzeczna – wyszeptał jej do ucha. Poczuła gorący oddech na karku. – Rób to, co mówię, a nie zrobię ci krzywdy. Będziesz bezpieczna.

Nie wierzyła mu ani przez chwilę.

To pułapka.

– Rozbierz się.

Zmartwiała. Ogarnęły ją mdłości.

Przyłożył lufę do jej piersi. Przez chwilę miała zamiar nie posłuchać, w końcu jednak zrobiła to, co kazał. Zdjęła koszulkę i krótkie spodenki. Drżała na całym ciele. Nigdy dotąd w całym życiu nie czuła się tak bezbronna.

– Dobrze.

Znieruchomiała w majtkach i staniku. Czyżby nie chciał, żeby rozebrała się do naga?

– A teraz włóż to.

Usłyszała, jak rozpiął jakiś długi zamek błyskawiczny. Podał jej coś z miękkiego, jedwabistego materiału – sukienkę? Opuściła ją niżej i wsunęła w nią stopy.

– Odwróć – rozkazał.

Po omacku znalazła górę sukienki i podciągnęła ją lekko, potem włożyła ręce w rękawy.

Mężczyzna stanął za nią i powoli zapiął suwak. Jego oddech był gorący. Wilgotny.

– No, no – mruknął i przysunął się bliżej. Poczuła na swoich plecach jego pierś, a niżej, przez cienki materiał sukienki, erekcję.

Jej oczy wypełniły się łzami. Chce ją zgwałcić… i ci inni, którzy czekają tu w milczeniu, zapewne także.

Dlaczego? Ojcze, dlaczego?

Objął ją ramieniem w pasie i przycisnął do siebie.

– Mary – powiedział. Drgnęła, bo znał jej imię. Nie porwał jej przypadkowo. Chciał właśnie jej. – Powiem ci, co masz zrobić, żeby się ocalić. Słuchasz mnie?

Kiwnęła głową.

– Weźmiesz ten rewolwer i strzelisz w poduszkę.

Co?

– Tak, dam ci rewolwer, ale ty nie odwrócisz się, żeby zastrzelić mnie, dobrze? I tak na to nie pozwolę. Będę go trzymał razem z tobą. O tak… – Wcisnął rewolwer w jej drżącą, spoconą dłoń i położył jej palec wskazujący na cynglu, a potem wyciągnął jej rękę do przodu.

– Musisz tylko nacisnąć, to wszystko.

Mary dygotała jak w gorączce. To jakieś szaleństwo. Nie, nie strzeli po omacku w ciemność. Przyszło jej do głowy, że może to jakiś idiotyczny żart, ale sama w to nie wierzyła.

– No, dalej – ponaglił.

Znowu usłyszała ten stłumiony dźwięk – śmiech? płacz? Skąd dochodzi i kto go wydaje? Czy ktoś chowa się w szafie, czy patrzy na nią? Jedna osoba? Czy więcej?

Gdyby mogła się nagle zbudzić w swojej sypialni!

– Masz pięć sekund.

Nie! I znowu ten dźwięk.

– Pięć.

Proszę, pomóż mi. Ojcze.

– Cztery.

Nie opuszczaj mnie, błagam.

– Trzy.

Jestem Twoją pokorną sługą.

– Dwa.

Miej litość nad moją duszą!

– Jeden.

To on nacisnął spust.

Rewolwer wystrzelił, szarpiąc jej ręką.

Przed nią rozległ się stłumiony jęk.

Zmartwiała z przerażenia. Czyżby właśnie zastrzeliła innego człowieka?

Zaczęła krzyczeć przez knebel i wyrywać się gwałtownie, ale szaleniec trzymał ją mocno. Jednym ruchem zdjął jej opaskę z oczu i wyjął knebel z ust. Zwymiotowała.

Potem podniosła głowę i w słabym świetle jedynej lampy zobaczyła, co zrobiła. Jakiś mężczyzna, którego twarz mgliście wydała jej się znajoma, siedział na krześle, z poduszką przywiązaną do klatki piersiowej. Ręce miał związane z tyłu, nogi w kostkach przywiązane do nóg krzesła. Był pochylony do przodu, a przed nim, na podłodze, rosła powoli kałuża krwi. W powietrzu unosiły się białe pióra z rozdartej poduszki, powoli opadając na mokrą, czerwoną plamę.

Mary, w sukience zalanej wymiocinami, z twarzą zalaną łzami, patrzyła, jak umiera.

– Zabiłaś go. Mary – powiedział niemal czule oprawca, przyciskając ją do siebie. – A to jest grzech. Ale ty przecież dobrze o tym wiesz, prawda?

Nie odpowiedziała. Cokolwiek by powiedziała, nie miało to żadnego znaczenia. Wiedziała o tym.

– Właśnie zgrzeszyłaś, Mary – szepnął.

Mary przełknęła ślinę. Wiedziała, co się zaraz stanie.

Ojcze, wybacz mi…