– Teraz więc Heinrich Reuss nareszcie może nam opowiedzieć o Świętym Słońcu – stwierdził Erling.
– Zaraz, zaraz – powstrzymał go niemiecki szlachcic powracający z krętych ścieżek na uczciwą drogę. – Właściwie uważam, że Tiril opowie o tym znacznie lepiej niż ja, wie przecież tyle samo. A wy macie zamiar wyruszyć dalej na południowy zachód, czego ja z całego serca pragnę uniknąć. Sądzę więc, że powinniśmy rozstać się tu i teraz. Chciałbym natychmiast wyruszyć na północ!
– Nie słyszałeś, co mówił Móri? – przypomniała mu Tiril. – Od razu cię złapią.
– Nie z tymi włosami i brodą.
– Owszem, właśnie widząc zapuszczone włosy i długą brodę w jednej chwili zrozumieją, że jesteś skazańcem – zaprotestował Erling. – ‘Pozwól nam się przynajmniej ostrzyc i ogolić, żebyś wyglądał godnie!
Reuss dal się w końcu przekonać.
Podczas gdy Erling strzygł niedawnego więźnia, on sam i Tiril opowiadali.
– Tiril wspominała, że znacie baśń o morzu, które nie istnieje. Nie jest to tylko legenda, wszystko zdarzyło się kiedyś naprawdę, ale ponieważ nie jest wam obca, nie będę tracić czasu na jej opowiadanie. Dawno temu jednak istniały trzy kamienie: niebieski, czerwony i Złociste Słońce. Ten ostatni był masywną złotą kulą pokaźnych rozmiarów…
– Czy to o niego tak zabiegają? – spytał któryś z żołnierzy z rozczarowaniem w głosie. – Ze względu na wartość złota?
– Nie, z pewnością nie dla złota. Podobno kula posiadała bardzo szczególne właściwości. Osoba, która ją miała, mogła przezwyciężyć śmierć.
Patrzyli na niego z niedowierzaniem, ciągnął więc:
– Nie należy tego rozumieć tak, że obdarza swych właścicieli życiem wiecznym. Po prostu przechodzili oni w inny stan.
Theresa poczuła się urażona.
– Ależ to przecież nic nowego! Wszyscy, którzy umierają, idą do nieba, o tym wiemy.
– Tu wcale nie chodzi o to – zaoponował Heinrich Reuss. – Oni nie stają się aniołami czy duchami, są jak żywi ludzie, konkretni, namacalni, jeśli sobie tego życzą. Mogą też przybrać bardziej eteryczną postać.
– Brzmi to bardzo zawile – stwierdził Siegbert.
– Nie – zaprzeczył zamyślony Dolg. – Wszystko się zgadza. Ja ich widziałem. Strażniczka pilnująca szafiru była rzeczywista, ale kiedy padły na nią promienie wysłane przez kamień, zniknęła. Podobnie stało się ze wszystkimi małymi ognikami. Zmaterializowały się, a potem po prostu zniknęły. I Cień…
– Właśnie, Cień – podchwycił kapitan. – Czasami wydawał się bardzo ludzki, kiedy indziej wyglądał jak zjawa, a czasami po prostu się rozpływał.
– Ale kim oni są?
– Mam pewną teorię – wyznał Reuss. – Jest wprawdzie bardzo świeża, bo dopiero teraz usłyszałem niesamowitą opowieść Dolga. Pamiętacie legendę? Na brzegu mieli ze sobą Święte Słońce. Chyba oddali mu hołd, a potem zniknęli. Rozpłynęli się.
– Wrócili z powrotem do gwiazd – wtrąciła Theresa.
– Tego nigdy nie byłem pewien – stwierdził Móri. – Coś mi się tutaj nie zgadza. Sądzę, że nie wyruszyli do gwiazd.
– A dokąd? – spytała Tiril.
Móri z żalem wzruszył ramionami.
– Niestety nie wiem.
– Ale legenda jest prawdziwa – powiedziała Tiril. – Potwierdza to niebieski kamień Dolga.
Heinrich Reuss ciągnął:
– Według opowiadania Dolga, które moim zdaniem jest ogromnie interesujące, bo wypełnia wiele luk, zostawili niebieski kamień gdzieś po drodze i wyznaczyli kobietę, aby go strzegła…
– To prawda – przyznał Móri. – Ale jak się do tego mają maleńkie błędne ogniki Dolga?
Reuss popatrzył na nich przebiegle.
– Zapomnieliście, że jeden mężczyzna został na brzegu? Nie chciał opuszczać Ziemi, ukrył się. I spłodził potomstwo z ziemskimi kobietami z jakiegoś prymitywnego plemienia, niemal małpami…
– Z lemurami? – wykrzyknął Dolg.
– Tego nie wiem – odparł Heinrich Reuss. – Kwestia lemurów jest dla mnie całkiem nowa. Nie, sądzę, że potomstwo owego wojownika z dawnej baśni miało to już we krwi. Mogli przejść do innej formy życia, ale tu, na Ziemi, czuli się opuszczeni. To właśnie ich spotkałeś, Dolgu.
Chłopiec patrzył jakby nieobecnym wzrokiem.
– Tęskniły. Tęskniły tak gorzko, zarówno one, jak i Strażniczka, i Cień… I gorąco dziękowały mi za to, że pokazałem im kamień, wręcz chłonęły jego promienie. Dlatego były na bagnach! U Strażniczki, żywej krewniaczki.
Móri kiwnął głową i dokończył:
– Powiedziały ci jednak, że cel wciąż nie został osiągnięty, prawda, Dolgu?
– Tak, i że być może jeszcze kiedyś się spotkamy. Jeśli właściwie wykonam spoczywające na mnie zadanie. Życzyły sobie tego.
Tiril westchnęła:
– Mam nadzieję, że zdążysz przynajmniej dorosnąć, kochany synku! Dla dwunastolatka wyprawianie się na takie przygody może być bardzo niebezpieczne, serce matki ściska się na samą myśl!
– Do tej pory świetnie sobie radził – przypomniał Erling. – Ma potężnych przyjaciół!
– Owszem, szczególnie Cienia – przyznał kapitan. – Ale kim on właściwie jest?
Nikt nie odpowiedział, wielu jednak myślało o tym samym.
Cień nie miał w sobie pomieszanej krwi jak inni, których spotkał Dolg.
Myślą powędrowali dalej:
Jedną wyznaczono, aby została na Ziemi: Strażniczkę. Inny został dobrowolnie. Umarł, lecz dla kogoś z jego rasy nie oznaczało to ostatecznej śmierci.
Zakończył żywot targany tęsknotą i głębokim żalem.
U kresu życia usiłował odnaleźć morze, które nie istnieje. Brzeg, na którym wszyscy pozostali z jego rasy wkroczyli prawdopodobnie w nieznany wymiar. On, samotny, pragnął odnaleźć Święte Słońce, wiedział bowiem, że zostało na brzegu.
Ale brzegu nad morzem nie odnalazł nigdy.
Nie znalazł go, choć szukał od tak wielu, bardzo wielu lat.
Dlatego stworzył ludzkie dziecko, odpowiadające jego pragnieniom, żywego, rzeczywistego człowieka, który mógłby mu pomóc osiągnąć ceclass="underline" Dolga.
Ostatnim wojownikiem, który nie chciał opuszczać Ziemi, był Cień.
Rozdział 13
– Ale wobec tego on musi być nieprawdopodobnie stary! – wykrzyknął Dolg.
– Owszem – przyznał Erling. – I w tej sytuacji poszukiwanie starego zakonu w czasach rzymskich na nic się nie zda.
– Musicie znacznie bardziej cofnąć się w czasie – zamyśliła się Tiril. – Jak daleko… Chyba nawet nie ośmielimy się zgadywać.
Dolg podniósł się wołając:
– Cieniu! Cieniu, przyjdź!
Jego głos odbił się echem gdzieś od skalnej ściany. Czekali. Las trwał w milczeniu.
Ale Cień się nie ukazał. Jakby nagle ogłuchł na wszelkie wołania.
Heinrich Reuss wstał. Z podciętą brodą i przystrzyżonymi do odpowiedniej długości włosami wyglądał teraz porządniej, ale widać było, jak bardzo jest wychudzony.
– Cóż, bez względu na wszystko teraz was opuszczę. Pozostałe informacje usłyszycie od Tiril. Późno się zrobiło, a chciałbym przed zapadnięciem nocy być już daleko stąd. Do Gera w Saksonii długa droga.
Móri pokręcił głową nad takim uporem, ale zrezygnował już z dalszego przekonywania Reussa.
Nie mieli konia, którego mogliby mu ofiarować, bo przybyła przecież Tiril i juczny koń był im teraz bardzo potrzebny. Theresa podarowała więc Reussowi kilka luidorów, aby mógł kupić wierzchowca, gdy tylko przybędzie do Francji. Dostał też trochę jedzenia na pierwszy dzień, zresztą nie potrzebował go wiele, odwykł od obfitych posiłków.
Heinrich Reuss obiecał, że odwdzięczy się za jej wielkoduszność, gdy tylko będzie miał ku temu sposobność. Później każdemu z osobna dziękował za ocalenie, a szczególnie długo trzymał w uścisku Tiril.