– Muszę im zaufać. Oni mnie kochali.
– Oczywiście. Jesteś dla nich najlepszym substytutem Meagan, jaki mogli znaleźć.
Cofnęła się gwałtownie. Wiedziała, że David specjalnie chce nią wstrząsnąć. Owszem, udało się mu. W oczach zakręciły się jej łzy. Jeszcze chwila i się rozszlocha.
Wszyscy chcą być kochani tylko za to, że są sobą. Nie powinien tego mówić. Nie powinien jej uświadamiać, że bez względu na wszystko zawsze będzie tylko zastępczą córką.
Odwróciła się i wyjrzała przez okno.
Przejechali przez dzielnicę banków i skręcili w Beacon Street. Byli o trzy przecznice od jej domu. Samochód zwolnił. Melanie wezwała na pomoc wszystkie siły ducha, żeby się opanować. Kiedy się zatrzymali, ciągle nie czuła się gotowa.
– Uważaj na siebie – odezwał się cicho David. Nie marszczył już brwi. Wydawał się autentycznie zmartwiony, a to ją wzruszyło.
– Dziękuję. Musnęła jego rękę.
Cofnął ją, pokręcił głową.
– Nie chcę twojej wdzięczności. Za daleko zaszedłem, żeby udawać, że chodzi o zawodową uprzejmość.
– Tak, w tym twój urok.
– Nie mam żadnego uroku. Jestem stary, wredny i mam artretyzm. Przeważnie jestem tak samo miły jak jeżozwierz. Nie wmawiaj mi takich rzeczy.
– Masz urok, bo pod tą brzydką skorupą bije dobre serce.
– Kobiece złudzenia.
– Nie, to prawda.
Miała wrażenie, że chce się z nią dalej sprzeczać, ale westchnął i teraz to on ujął jej rękę.
– Z wielu przyczyn, które chyba znasz, nie mogę cię odwiedzić w domu.
– Tak myślałam.
– Będziesz zdana na własne siły.
– To także rozumiem.
– Przerażasz mnie.
– Załóżmy.
– Jak chcesz. To jest numer mojego pagera. – Nagryzmolił cyferki na strzępku papieru. – Jeśli będziesz miała kłopoty, zadzwoń. Jeśli przyśni ci się zły sen, zadzwoń. Jeśli zdarzy się cokolwiek, dzwoń natychmiast. A ja przyjadę. Na pewno.
Wzięła wymięty świstek.
– Dziękuję – powiedziała. Znowu skrzywił się niechętnie. – Muszę już iść.
Mel, zaczekaj.
Ale nie zaczekała. Wysiadła, ruszyła przed siebie i nie obejrzała się nawet wtedy, gdy włączył silnik i odjechał.
Została sama.
Wiatr kołysał gałęziami kwitnących wiśni. W powietrzu unosiła się cudowna woń hiacyntów. Piękny dzień w pięknym mieście.
Spojrzała na dwupiętrowy budynek, który uważała za swój dom. Spojrzała na masywne drzwi, na bramę z kutego żelaza. Spojrzała w okna swojej sypialni.
I wzdrygnęła się ze strachu.
Potem otworzyła drzwi i weszła do środka.
22
Pokojówka Maria skinęła na jej widok głową. Zauważyła jej zmięte ubranie i rozczochrane włosy, ale nie zdradziła zaskoczenia. – Rodzice panienki i senor O’Donnell są na patio. Jedzą obiad. Czy coś przynieść?
Melanie pokręciła głową i poszła na patio.
W drzwiach spotkała Jamiego. Na jej widok zatrzymał się gwałtownie. W oczach mignęło mu zdziwienie.
– Melanie… – powiedział, wyciągając do niej ramiona jak zwykle, ale wyraźnie speszony.
Przytuliła się do niego. Potrzebowała jego uścisku bardziej niż się jej wydawało. Zanim zdołała pozbierać myśli, odsunął ją od siebie.
– Co się dzieje? Podobno zniknęłaś na dwa dni. Dlaczego tak niepokoisz matkę? To do ciebie niepodobne.
Nie odpowiedziała. Zdała sobie sprawę, że właściwie nie wie, co chce powiedzieć. A może, co chce usłyszeć. David miał rację. To trudniejsze niż się jej wydawało. Pierwsze pytanie zaskoczyło nawet ją.
– Kochasz mnie?
– Oczywiście! Jesteś moją najukochańszą kobietą.
– Dlaczego?
– Dlaczego? – Jamie uniósł brew i spojrzał na nią z większą powagą. – Oho, jaki humorek. Nie wiem. Dlaczego się kogoś kocha? Bo tak.
– Naprawdę? Zawsze przy mnie byłeś. Byłeś, kiedy pojawiłam się w tym domu, kiedy poszłam do szkoły, na moich urodzinach, balach, zawsze. Bardzo się interesujesz życiem swojej chrzestnej córki.
– Bo jesteś wyjątkowa.
– Ale dlaczego? Dlaczego mnie tak kochasz? Czego ode mnie chcesz?
Głos uniósł się jej mimowolnie. Jamie natychmiast ukoił jej niepokój.
– Kocham cię za to, że jesteś sobą – powiedział bez wahania. – I zawsze chciałem tylko tego, żebyś była szczęśliwa.
Pomyślała, że to najpiękniejsza rzecz, jaką usłyszała od kogokolwiek… i zupełnie w to nie uwierzyła. Po raz pierwszy w życiu zwątpiła w słowa swojego chrzestnego ojca.
Mijały chwile. Milczenie stawało się coraz bardziej wymuszone. Jamie wyraźnie się zaniepokoił.
– Gdyby coś się z tobą działo, powiedziałabyś mi, prawda?
– Nie wiem. A gdyby z tobą coś się działo, powiedziałbyś mi, prawda?
– Nie.
– Dlaczego? Mam dwadzieścia dziewięć lat. Mogę cię wysłuchać.
– A ja mam pięćdziesiąt dziewięć i jestem starszy i mądrzejszy. Umiem sobie radzić.
– Radzić z czym? Z niejakim Larrym Diggerem czy akuszerką? Z Brianem i Meagan?
Jamie przyjrzał się jej w milczeniu. Miał bardzo przenikliwe oczy. Zobaczyła w nich wiedzę, której dotąd nie dostrzegała.
– Nie z Brianem. Z tobą, dziecko. Z tobą.
– Jamie…
Odsunął się, demonstracyjnie otrzepał prochowiec.
– Przez jakiś czas będę w mieście. Interes kwitnie. Gdybyś czegoś potrzebowała – posłał jej znaczące spojrzenie – zadzwoń do „Four Seasons”. Przyjadę o każdej porze.
– Jamie…
– Poznałem pewną kobietę, wspomniałem ci? Zastanawiam się, czy się nie ustatkować. Może bym tu zamieszkał… Co sądzisz? Wyobrażasz mnie sobie jako żonkosia? Ha! Masz rację, masz rację. Co mi strzeliło do głowy? Ja i rodzina? To specjalność Harpera. Znowu coś mi się śni. Na starość stałem się sentymentalny.
– Jamie…
– Mieszkam w „Four Seasons”. Zadzwoń, a przyjadę. Teraz pora się przespać.
I już go nie było.
Melanie stała przez chwilę bez ruchu. Potem otworzyła oszklone drzwi i wyszła na patio.
Rodzice jedli obiad. Harper, w szpitalnym uniformie, czytał gazetę. Pewnie rano miał operację. Patricia siedziała naprzeciwko niego i wycinała kawałki grejpfruta, którego zagryzała kęskami suchego tosta. Melanie nie pamiętała, żeby matka zjadła kiedyś na obiad coś innego niż grejpfruta i suchy pszenny tost.
Patricia odwróciła się, słysząc jej kroki. Na widok Melanie otworzyła szeroko oczy. Popatrzyły na siebie z niepokojem. Wspomnienie nocnej rozmowy położyło się cieniem między nimi. Po raz pierwszy w życiu Melanie poczuła się niezręcznie w towarzystwie własnej matki.
Wreszcie Patricia uśmiechnęła się drżącymi wargami i wyciągnęła do niej ręce.
Melanie doznała ulgi tak wielkiej, że kolana się pod nią ugięły. Tego właśnie pragnęła, choć o tym nie wiedziała. Przez ostatnie dwa dni marzyła o powrocie do matki. Pragnęła poczuć zapach Chanel Numer Pięć i kremu Lancóme, które znała od zawsze. Chciała usłyszeć, jak matka mówi: „Nie martw się, dziecko, wszystko się ułoży. Jesteś nasza i zawsze będziemy się tobą opiekować”.
A potem pomyślała: „O Boże, co wyście zrobili Meagan?”
– Dobrze się bawiłaś? – spytała Patricia lekko.
– Świetnie – mruknęła Melanie. Wbiła wzrok w posadzkę patio. Dotknęła różowych płatków pnącej róży. Matka opuściła ręce. Wróciła do grejpfruta, posmutniała. Melanie poczuła się jeszcze gorzej.
Ojciec opuścił gazetę. Spojrzał na nią, na Patricię, znowu na nią. Zmarszczył brwi.
– Coś się stało? Zniknęłaś bez słowa. To do ciebie niepodobne.
– Musiałam trochę pobyć w samotności.
– Masz prawo, ale w końcu jesteśmy rodziną. Następnym razem zechciej zadzwonić. To zwykła uprzejmość.
– Dobrze – szepnęła. – Jak… jak wam minął dzień?