Выбрать главу

Laura opuściła poręcz, pochyliła się nad córką, ponownie wymówiła jej imię, lecz nie zaobserwowała żadnej reakcji. Drżącą dłonią dotknęła twarzy Melanie, która chyba miała lekką gorączkę, i ten kontakt przełamał całą rezerwę. Tama emocji pękła i Laura chwyciła dziewczynkę w ramiona, uniosła ją z łóżka, przytuliła mocno, z całej siły.

– Melanie, dziecko moje, Melanie, już dobrze, wszystko będzie dobrze, naprawdę, teraz jesteś bezpieczna, przy mnie jesteś bezpieczna, bezpieczna przy mamie, dzięki Bogu, bezpieczna, dzięki Bogu.

Łzy trysnęły z jej oczu i wybuchnęła gwałtownym, nieopanowanym płaczem, jakby sama znowu była dzieckiem.

Gdybyż tylko Melanie zapłakała razem z nią. Lecz dziewczynka nie uroniła ani jednej łzy. Nie odwzajemniła uścisku Laury. Zwisała bezwładnie w ramionach matki; uległe ciało, pusta skorupa, nieświadoma miłości, którą otrzymywała, niezdolna przyjąć matczynej pomocy i opieki, odległa, zagubiona we własnej rzeczywistości.

Dziesięć minut później na korytarzu Laura wytarła oczy kilkoma chusteczkami i wydmuchała nos.

Dan Haldane spacerował tam i z powrotem. Jego buty skrzypiały na wypolerowanych płytkach podłogi. Z wyrazu twarzy detektywa Laura odgadła, że usiłował chociaż w części rozładować gniew z powodu tego, co zrobiono Melanie.

Może niektórzy gliniarze przejmowali się bardziej, niż myślała. W każdym razie ten na pewno.

– Chcę tutaj zatrzymać Melanie przynajmniej do jutra po południu. Na obserwację – powiedział doktor Pantangello.

– Oczywiście – przytaknęła Laura.

– Kiedy ją wypiszemy ze szpitala, będzie potrzebowała opieki psychiatrycznej.

Laura kiwnęła głową.

– Zastanawiałem się… pani chyba nie zamierza jej leczyć osobiście, prawda?

Laura wepchnęła przemoczone chusteczki do kieszeni płaszcza.

– Pan uważa, że lepiej oddać ją pod opiekę kogoś postronnego, innego terapeuty.

– Tak.

– No więc, doktorze, rozumiem pański punkt widzenia i w większości wypadków zgodziłabym się z panem. Ale nie tym razem.

– Najczęściej to zły pomysł, kiedy terapeuta próbuje leczyć własne dzieci. Pani, jako jej matka, prawie na pewno będzie wymagała więcej od własnej córki niż od zwykłego pacjenta. I wybaczy pani, ale jest całkiem możliwe, że sami rodzice stanowią część problemu.

– Tak. Ma pan rację. Najczęściej. Ale nie tym razem. Ja tego nie zrobiłam swojej córeczce. Nie brałam w tym udziału. Praktycznie jestem dla niej równie obca jak każdy inny terapeuta, ale mogę jej poświęcić więcej czasu, więcej troski, więcej uwagi niż inni. Dla innego lekarza będzie tylko kolejną pacjentką. Ale dla mnie będzie jedyną pacjentką. Wezmę zwolnienie ze Świętego Marka. Przekażę kolegom prywatną praktykę na kilka tygodni lub nawet miesięcy. Nie będę od niej oczekiwać szybkich postępów, ponieważ mam do dyspozycji cały czas świata. Melanie otrzyma całą mnie, wszystko, co mam do zaofiarowania jako lekarz, jako psychiatra, i całą miłość matki.

Pantangello chyba zamierzał wygłosić kolejne ostrzeżenie albo udzielić następnej rady, ale zmienił zdanie.

– No więc… powodzenia.

– Dziękuję.

Po odejściu lekarza, kiedy Laura i Haldane zostali sami w cichym, antyseptycznie pachnącym korytarzu, detektyw powiedział:

– To wielkie zadanie.

– Poradzę sobie.

– Tego jestem pewien.

– Ona z tego wyjdzie.

– Mam nadzieję.

W dyżurce pielęgniarek na końcu korytarza dwukrotnie zabrzęczał stłumiony dzwonek telefonu.

– Posłałem po mundurowego funkcjonariusza – oznajmił Haldane. – Na wypadek gdyby Melanie była świadkiem morderstwa, gdyby ktoś jej szukał, pomyślałem sobie, że lepiej jej pilnować. W każdym razie do jutra po południu.

– Dziękuję, poruczniku.

– Pani tutaj nie zostanie?

– Tak, oczywiście. A gdzież indziej?

– Nie na długo, mam nadzieję.

– Na parę godzin.

– Pani potrzebuje wypoczynku, doktor McCaffrey.

– Melanie potrzebuje mnie bardziej. Zresztą i tak nie mogłabym zasnąć.

– Ale jeśli ona jutro wraca do domu, nie musi pani przygotować dla niej miejsca?

Laura zamrugała.

– Och. Nie pomyślałam o tym. Muszę przygotować sypialnię. Ona już nie zmieści się w kołysce.

– Lepiej niech pani wraca do domu – poradził łagodnie Haldane.

– Za chwilę – zgodziła się Laura. – Ale nie żeby spać. Nie mogę spać. Zostawię ją tutaj samą, dopóki nie przygotuję domu na jej powrót.

– Przykro mi o tym wspominać, ale potrzebuję próbek krwi pani i Melanie.

Zdumiało ją to żądanie.

– Po co? Haldane zawahał się.

– No, dzięki próbkom krwi pani, pani męża i dziewczynki możemy z całą pewnością ustalić, czy ona jest pani córką.

– Nie ma potrzeby.

– To najłatwiejszy sposób…

– Powiedziałam, nie ma potrzeby – przerwała mu z irytacją – - To jest Melanie. To jest moja córeczka. Wiem o tym.

– Rozumiem, co pani czuje – powiedział ze współczuciem. – Na pewno to jest pani córka. Ale ponieważ pani jej nie widziała od sześciu lat, przez które znacznie się zmieniła, i ponieważ ona nie może mówić we własnym imieniu, potrzebujemy jakiegoś dowodu, nie tylko pani instynktu, albo sąd dla nieletnich oddają pod opiekę stanu. Tego pani nie chce, prawda?

– Mój Boże, nie.

– Doktor Pantangello mówi, że już mają próbkę krwi dziewczynki. Pobranie od pani kilku mililitrów zajmie tylko chwilę.

– No dobrze. Ale… gdzie?

– Gabinet zabiegowy jest obok dyżurki pielęgniarek. Laura spojrzała nerwowo na zamknięte drzwi pokoju

Melanie.

– Nie możemy zaczekać, aż przyjdzie wartownik?

– Oczywiście.

Haldane oparł się o ścianę. Laura stała bez ruchu, wpatrując się w drzwi.

Gładka jak szkło cisza stała się nieznośna.

– Miałam rację, prawda? – powiedziała Laura, żeby ją przełamać.

– Pod jakim względem?

– Wcześniej powiedziałam, że może koszmar wcale się nie skończy, kiedy znajdziemy Melanie, może to będzie dopiero początek.

– Tak. Miała pani rację. Ale przynajmniej to jakiś początek. Wiedziała, co miał na myśli: Mogli znaleźć ciało Melanie obok pozostałych trupów – zmasakrowane, martwe. To było lepsze. Przerażające, przygnębiające, dezorientujące, ale stanowczo lepsze.

7

Dan Haldane siedział za biurkiem, z którego korzystał podczas tymczasowego przydziału do wydziału East Valley. Stary drewniany blat, odrapany i porysowany, ozdobiony fryzem z wypalonych śladów po papierosach, pokrywały liczne nakładające się ciemne kółka po mokrych kubkach z kawą. Nie przeszkadzały mu te warunki. Lubił swoją pracę i mógł ją wykonywać nawet w namiocie, gdyby musiał.

Na godzinę przed świtem w wydziale East Valley panowała cisza niezbyt typowa dla posterunku policji. Większość potencjalnych ofiar jeszcze nie wstała i nawet przestępcy musieli czasem spać. Szkieletowy personel dyżurował na posterunku, dopóki nie zjawił się personel dzienny. W tych ostatnich minutach cmentarnej zmiany panowała upiorna atmosfera, jak zawsze nocą w biurze. Jedynym dźwiękiem był samotny terkot maszyny do pisania w pokoju po drugiej stronie korytarza, naprzeciwko barierki, oraz stukanie szczotki woźnego, kiedy obijała się o nogi pustych biurek. Gdzieś zadzwonił telefon; nawet o tej porze ktoś miał kłopoty.

Dan otworzył zamek błyskawiczny swojej sfatygowanej teczki i wysypał zawartość na biurko. Polaroidowe zdjęcia trzech ciał znalezionych w domu w Studio City. Wybrane na ślepo próbki papierów, które zaścielały podłogę w gabinecie Dylana McCaffreya. Zeznania sąsiadów. Wstępne ręcznie pisane raporty ludzi koronera i wydziału badań naukowych. I spisy.