– Melanie, posłuchaj mnie. Dziewczynka zniknęła za biurkiem.
Z lewym policzkiem wciąż piekącym w miejscu, gdzie córka ją uderzyła, Laura również weszła za biurko. Melanie schowała się w pustej przestrzeni między szafkami. Laura nachyliła się i zajrzała do niej. Dziewczynka kuliła się z kolanami podciągniętymi pod brodę, obejmując nogi ramionami, wytrzeszczając oczy, które jak poprzednio nie widziały ani Laury, ani niczego w tym pokoju.
– Skarbie?
Chwytając oddech jak po długim biegu, Melanie wykrztusiła:
– Nie pozwól ich… otworzyć. Trzymaj je… zamknięte… mocno zamknięte.
Earl Benton wszedł w drzwi.
– Z wami okay?
Laura wyjrzała znad blatu biurka.
– Tak. Tylko… moja córka, ale nic jej nie będzie.
– Na pewno? Nie trzeba pomóc?
– Nie, nie. Muszę być z nią sama. Poradzę sobie. Z ociąganiem Earl wrócił do pokoju dziennego.
Laura ponownie zajrzała pod biurko. Melanie wciąż ciężko dyszała i zaczęła również gwałtownie dygotać. Strumienie łez spływały jej po policzkach.
– Wyjdź stamtąd, skarbie. Dziewczynka nie drgnęła.
– Melanie, masz mnie słuchać i robić, co ci każę. Wyjdź stamtąd natychmiast.
Zamiast usłuchać, dziewczynka próbowała wcisnąć się głębiej pod biurko, chociaż nie miała już miejsca.
Laura nigdy nie spotkała się z tak całkowitym buntem pacjenta podczas terapii hipnotycznej. Przyjrzała się dziewczynce i w końcu postanowiła, że na razie pozwoli jej zostać pod biurkiem, skoro tam Melanie czuje się przynajmniej odrobinę bezpieczniejsza.
– Kochanie, przed czym się chowasz? Brak odpowiedzi.
– Melanie, musisz mi powiedzieć… co takiego widzisz, co chcesz trzymać zamknięte?
– Nie pozwól ich otworzyć – poprosiła żałośnie dziewczynka, po raz pierwszy jakby reagując na głos Laury, chociaż wciąż skupiała wzrok na jakimś koszmarze z innego czasu i miejsca.
– Nie pozwól czego otworzyć? Powiedz mi, Melanie.
– Trzymaj je zamknięte! – krzyknęła dziewczynka, zacisnęła powieki i przygryzła wargę tak mocno, że popłynął mały strumyczek krwi.
Laura sięgnęła pod blat biurka i uspokajająco położyła rękę na ramieniu córki.
– Kochanie, o czym ty mówisz? Pomogę ci trzymać to zamknięte, jeśli tylko mi powiesz, co to jest.
– Te d – d – drzwi – wyjąkała dziewczynka.
– Jakie drzwi? – Drzwi!
– Drzwi do zbiornika?
– Otwierają się, otwierają się!
– Nie – zaprzeczyła ostro Laura. – Posłuchaj mnie. Musisz mnie słuchać i wierzyć w to, co mówię. Drzwi się nie otwierają. Są zamknięte. Mocno zamknięte. Popatrz na nie. Widzisz? Nawet się nie uchyliły, nie ma ani jednej szparki.
– Ani jednej szparki – powtórzyła dziewczynka i teraz nie ulegało już wątpliwości, że przynajmniej częściowo słyszy głos matki i reaguje, chociaż patrzyła przez Laurę na wylot i wciąż przebywała w jakiejś innej, stworzonej przez siebie rzeczywistości.
– Ani jednej szparki – potwierdziła Laura uszczęśliwiona, że przynajmniej odrobinę panuje nad sytuacją.
Dziewczynka trochę się uspokoiła. Drżała i twarz nadal miała ściągniętą ze strachu, ale już nie zagryzała wargi. Karmazynowa strużka krwi zasychała w krzywą linię na jej brodzie.
– Teraz, kochanie – powiedziała Laura – drzwi są zamknięte i pozostaną zamknięte, i nic po drugiej stronie ich nie otworzy, ponieważ założyłam na nie nowy zamek, ciężki zamek z zasuwą. Rozumiesz?
– Tak – powiedziała dziewczynka słabo, z powątpiewaniem.
– Popatrz na drzwi. Jest na nich wielki, błyszczący, nowy zamek. Widzisz ten nowy zamek?
– Tak – przytaknęła Melanie, tym razem z większym przekonaniem.
– Wielki mosiężny zamek. Ogromny. – Tak.
– Ogromny i mocny. Absolutnie nic na świecie nie zdoła wyłamać tego zamka.
– Nic – zgodziło się dziecko.
– Dobrze. Doskonale. A teraz… chociaż drzwi nie można otworzyć, chciałabym wiedzieć, co jest za tymi drzwiami.
Dziewczynka nie odpowiedziała.
– Kochanie? Pamiętaj o mocnym zamku. Jesteś teraz bezpieczna. Więc powiedz mi, co jest za tymi drzwiami.
Drobne, białe dłonie Melanie ciągnęły i klepały puste powietrze pod biurkiem, jakby usiłowały coś narysować.
– Co jest po drugiej stronie drzwi? – zapytała ponownie Laura.
Ręce poruszały się niezmordowanie. Dziewczynka wydała jęk rozczarowania.
– Powiedz mi, skarbie.
– Drzwi…
– Dokąd prowadzą te drzwi?
– Drzwi…
– Jaki pokój jest po drugiej stronie?
– Drzwi do…
– Dokąd?
– Drzwi… do… grudnia – powiedziała Melanie. Jej strach załamał się pod miażdżącym ciężarem wielu innych uczuć – żalu, rozpaczy, smutku, samotności, frustracji – wszystkich wyraźnie brzmiących w jej nieartykułowanych jękach i niepohamowanym płaczu. – Mamo? Mamo?
– Jestem tutaj, maleńka – powiedziała Laura zaskoczona, że córka ją woła.
– Mamo?
– Tutaj, kochanie. Chodź do mnie. Wyjdź stamtąd. Zapłakana dziewczynka nie wyszła, lecz ponownie zawołała:
– Mamo?
Widocznie myślała, że jest sama, daleko od kojących objęć Laury, chociaż w rzeczywistości dzieliło je zaledwie kilka cali.
– Och, mamo! Mamo!!!
Wpatrując się w mroczną przestrzeń pod biurkiem, słysząc szlochy i jęki córeczki, sięgając do niej, dotykając jej, Laura podzielała niektóre z uczuć Melanie, zwłaszcza żal i frustrację, ale wypełniała ją również ogromna ciekawość. Drzwi do grudnia?
– Mamusiu?
– Tutaj, jestem tutaj.
Były tak blisko siebie, lecz rozdzielone olbrzymią, tajemniczą przepaścią.
17
Luther Williams, młody czarny patolog, pracował w LAPD. Ubierał się jak duch Sammy Davisa, Jr. – barwne garnitury i za dużo biżuterii – ale był równie elokwentny i zabawny jak Thomas Sowell, czarny socjolog. Luther podziwiał Sowella oraz innych socjologów i ekonomistów z burżuazyjnego konserwatywnego odłamu społeczności czarnych intelektualistów i potrafił cytować obszerne ustępy z ich książek. Zbyt obszerne. Kilka razy robił Danowi wykłady na temat pragmatycznej polityki i wychwalał zalety ekonomiki wolnorynkowej jako mechanizmu wy dźwignięcia ubogich z biedy. Był takim doskonałym patologiem, wyczulonym na wszelkie drobne anomalie ważne w medycynie sądowej, że prawie opłacało się wysłuchiwać jego sztywnych politycznych wywodów w zamian za dostęp do informacji, które wydobywał ze sztywnych ciał. Prawie.
Luther siedział przy mikroskopie, badając próbkę tkanki, kiedy Dan wszedł do laboratorium wyłożonego zielonymi kafelkami. Patolog podniósł wzrok i wyszczerzył zęby, kiedy rozpoznał gościa.
– Danny, chłopie! Wykorzystałeś te bilety, które ci dałem? Przez chwilę Dan nie wiedział, o czym tamten mówi, ale zaraz sobie przypomniał. Luther kupił dwa bilety na debatę pomiędzy G. Gordonem Liddym a Timothym Learym, a potem coś mu wypadło. Natknął się na Dana w holu przed tygodniem i niemal przemocą wcisnął mu bilety. „To cię uświadomi”, oświadczył.
Teraz Dan przestępował z nogi na nogę.
– Mówiłem ci w zeszłym tygodniu, że pewnie nie dam rady. Prosiłem, żebyś dał bilety komuś innemu.
– Nie poszedłeś? – zapytał rozczarowany Luther.
– Nie miałem czasu.
– Danny, Danny, musisz znaleźć czas na te rzeczy. Toczy się walka, która ukształtuje nasze życie, walka pomiędzy zwolennikami wolności a jej przeciwnikami, cicha wojna pomiędzy miłującymi wolność libertarianami a nienawidzącymi wolności faszystami i lewakami.
Dan nie głosował – ani nawet nie rejestrował się w punktach wyborczych – od dwunastu lat. Niewiele go obchodziło, która partia czy frakcja ideologiczna jest przy władzy. Wcale nie uważał, że republikanie i demokraci, liberałowie i konserwatyści to same oszołomy; pewnie tacy byli, ale jemu właściwie to nie robiło różnicy i nie dlatego uparcie trwał w politycznym celibacie. Wierzył, że społeczeństwo jakoś się utrzyma bez względu na to, kto nim rządzi, i nie miał czasu na wysłuchiwanie nudnych politycznych argumentów.