Jego największą, najbardziej absorbującą pasją było morderstwo i właśnie dlatego nie miał czasu na politykę. Morderstwo i mordercy. Niektórzy ludzie zdolni byli do niewyobrażalnej brutalności, co go fascynowało. Nie ci zabójcy, którym ewidentnie brakowało piątej klepki. Nie ci, którzy zabijali w bezmyślnym napadzie szału lub wściekłości, na skutek wyraźnej prowokacji. Ale ci inni. Niektórzy mężowie zabijali własne żony bez żadnych skrupułów, po prostu dlatego, że im się znudziły. Niektóre matki zabijały własne dzieci tylko dlatego, że nie chciały dłużej ponosić odpowiedzialności za ich wychowanie, i nie odczuwały żalu ani skruchy. Cholera, niektórzy ludzie mogli zabić każdego z byle powodu, nawet z powodu takiego drobiazgu jak zajechanie drogi; nigdy nie znudzili Dana ci amoralni socjopaci i ich pokrętna psychika. Pragnął ich zrozumieć. Czy byli chorzy umysłowo albo opóźnieni? Czy tylko niektórzy ludzie zdolni byli popełnić morderstwo z zimną krwią, kiedy nie chodziło o samoobronę, czy też zabójcy stanowili odrębny gatunek? Jeżeli byli inni, jak wilki w społeczeństwie owiec, chciał wiedzieć, czym się różnili. Czego im brakowało? Dlaczego nie znali empatii ani współczucia?
Nie całkiem rozumiał własną intelektualną fascynację morderstwem. Nie miał zadatków na filozofa, myśliciela – przynajmniej nie myślał o sobie w tych kategoriach. Może każdy, kto pracował dzień po dniu w świecie przemocy, krwi i śmierci, z biegiem lat zaczynał filozofować. Może inne gliny od zabójstw też poświęcały wiele czasu na kontemplowanie mrocznych stron ludzkiej natury, może nie był jedyny; nie mógł tego wiedzieć; większość gliniarzy nie gadała o takich sprawach.
Oczywiście w jego przypadku potrzeba zrozumienia morderstwa i morderczego umysłu mogła wynikać z faktu, że jego brat i siostra zostali zamordowani. Mogła.
Teraz Luther Williams, cuchnący silnie alkoholem i słabo innymi chemikaliami używanymi w laboratorium patologii, uśmiechnął się do Dana i powiedział:
– Słuchaj, Danny, w przyszłym tygodniu jest naprawdę świetna debata pomiędzy…
Dan przerwał mu.
– Przepraszam, Luther, ale nie mam czasu na pogawędki. Potrzebuję kilku informacji, i to zaraz.
– Skąd ten pośpiech?
– Muszę się odlać.
– Danny, wiem, że polityka cię nudzi…
– Nie, wcale nie o to chodzi – zaprzeczył Dan z kamienną twarzą. – Naprawdę muszę się odlać.
Luther westchnął.
– Pewnego dnia totalitaryści przejmą władzę i wydadzą takie prawo, że nie będziesz mógł się odlać bez zezwolenia od Oficjalnego Federalnego Urynarnego Strażnika.
– Au.
– Wtedy przyjdziesz do mnie z pękającym pęcherzem i powiesz: „Luther, mój Boże, dlaczego nie ostrzegłeś mnie przed tymi ludźmi?”.
– Nie, nie, obiecuję, że odczołgam się gdzieś do kąta i będę siedział cicho, aż pęcherz mi pęknie. Obiecuję, przysięgam, że nie będę ci zawracał głowy.
– Właśnie, bo wolisz narazić się na pęknięcie pęcherza, niż usłyszeć moje: „A nie mówiłem?”.
Luther siedział przy laboratoryjnym stole na obrotowym stołku. Dan przyciągnął drugi stołek i usiadł naprzeciwko.
– Okay. Olśnij mnie błyskotliwą analizą naukową, doktorze Williams. Masz tutaj trzech specjalnych klientów z ostatniej nocy. McCaffrey, Hoffritz i Cooper.
– Wyznaczeni do autopsji dzisiaj wieczorem.
– Jeszcze ich nie zrobili?
– Mamy spore zaległości, Danny. Zabijają ich szybciej, niż nadążamy ich kroić.
– To wygląda na pogwałcenie reguł wolnego rynku – zauważył Dan.
– Hę?
– Podaż znacznie przewyższa popyt.
– Może nie? Chcesz zajrzeć do chłodni i zobaczyć te wszystkie stoły, gdzie musimy kłaść sztywniaków jednego na drugim?
– Nie, dziękuję, chociaż to z pewnością uroczy widok.
– Niedługo zaczniemy ich upychać w szafach razem z workami lodu.
– Przynajmniej widziałeś tych trzech, którzy mnie interesują?
– O tak.
– Możesz mi o nich coś powiedzieć?
– Nie żyją.
– Jak tylko totalitaryści przejmą władzę, w pierwszej kolejności załatwią wszystkich przemądrzałych czarnych patologów.
– Hej, przecież ciągle ci mówię – parsknął Luther.
– Zbadałeś rany tej trójki?
Ciemna twarz patologa jeszcze bardziej pociemniała.
– Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Każdy trup to jedna wielka rana, mnóstwo obrażeń, może setki. Jezu, co za masakra. Ale nie znajdziesz dwóch ciosów z taką samą konfiguracją. Również złamania w wielu miejscach, ale nie ma żadnego schematu urazów kości. Autopsja wykaże więcej, ale już na podstawie wstępnych oględzin powiedziałbym, że niektóre kości wydają się pęknięte, niektóre rozłupane, a inne… zmiażdżone. No więc żaden cholerny cios tępym narzędziem, użytym w charakterze maczugi, nie sproszkuje kości. Złamie albo roztrzaska, owszem, ale tylko od impetu uderzenia. Impet nie miażdży… chyba że chodzi o potężny impet, jak wtedy, kiedy samochód taranuje pieszego i przygważdża go do muru. Na ogół kości można zmiażdżyć tylko stosując nacisk, zgniatając, i mam na myśli duży nacisk.
– Więc czym ich pobito?
– Nie rozumiesz. Widzisz, kiedy kogoś walą tak mocno i tyle razy jak tych facetów, znajdujesz odwzorowanie kształtu narzędzia – kanciaste, zaokrąglone, chropowate, gładkie, cokolwiek. I możesz powiedzieć: „Tego gościa załatwili młotkiem z okrągłą główką średnicy jednego cala, z lekko ściętą krawędzią”. Albo łomem, obuchem siekiery, kantem książki czy kiełbasą salami. Ale po zbadaniu ran zwykle można określić narzędzie. Ale nie tym razem. Każda rana ma inny kształt. Jakby każde obrażenie spowodował inny przedmiot.
Dan pociągnął się za płatek lewego ucha.
– Pewnie należy wykluczyć możliwość, że zabójca wszedł do tamtego domu z pełną walizką tępych narzędzi, ponieważ lubi urozmaicenie. Nie wyobrażam sobie, żeby ofiara stała spokojnie, kiedy on zamienia młotek na łopatę, a łopatę na klucz francuski.
– Skłonny jestem przyznać ci rację. Chodzi o to, że… nie zauważyłem ani jednej rany, która wyglądała dokładnie jak cios młotkiem albo ślad po łomie czy kluczu francuskim. Każda kontuzja nie tylko różniła się od innych, ale miała wyjątkowy, dziwaczny kształt.
– Masz jakieś pomysły?
– No, gdyby to była stara powieść o Fu Manchu, powiedziałbym, że jakiś łajdak wynalazł zabójczą nową broń, dmuchawę sprężonego powietrza, które ma więcej siły niż Arnold Schwarzenegger wymachujący młotem kowalskim.
– Barwna teoria. Ale mało prawdopodobna.
– Czytałeś kiedyś Saksa Rohmera, te stare książki o Fu Manchu? Cholera, tam było mnóstwo egzotycznej broni i wyrafinowanych metod zabójstwa.
– To jest prawdziwe życie.
– Podobno.
– Prawdziwe życie to nie powieść Saksa Rohmera. Luther wzruszył ramionami.
– Nie jestem taki pewien. Oglądałeś ostatnio wiadomości?
– Potrzebuję czegoś więcej, Luther. Naprawdę potrzebuję pomocy w tej sprawie.
Patrzyli na siebie przez chwilę.
Potem Luther powiedział, tym razem bez śladu humoru: – Ale to tak wygląda, Danny. Jakby ich pobito na śmierć młotem zrobionym z powietrza.
18
Wywabiwszy Melanie spod biurka, Laura wyprowadziła ją ze stanu hipnozy. No, nie całkiem. Dziewczynka nie odzyskała pełnej świadomości. Raczej wyszła z hipnotycznego transu i powróciła do stanu połowicznej katatonii, w którym trwała, odkąd znalazła ją policja.