Laura żywiła niewielką nadzieję, że przerwanie hipnotycznego transu wyrwie córkę również z katatonii. Dziecko na chwilę naprawdę dostrzegło Laurę i położyło jedną dłoń na jej policzku, jakby nie mogło uwierzyć w obecność matki.
– Zostań ze mną, maleńka. Nie odpływaj. Zostań ze mną. Ale dziewczynka i tak odpłynęła. Chwila kontaktu była wzruszająca, lecz krótka, boleśnie krótka.
Sesja terapeutyczna wiele kosztowała dziewczynkę. Twarz jej zwiotczała z wyczerpania, oczy nabiegły krwią. Laura położyła Melanie do łóżka i dziewczynka zasnęła, kiedy tylko dotknęła głową poduszki.
Kiedy Laura weszła do pokoju dziennego, zobaczyła, że Earl Benton wstał z krzesła i zdjął marynarkę. Wyjął również rewolwer z kabury pod pachą i trzymał go w opuszczonej dłoni, nie jakby zaraz zamierzał go użyć, lecz jakby przewidywał, że wkrótce będzie potrzebował broni. Stał przy oszklonych drzwiach i wyglądał na zewnątrz, z zaniepokojonym wyrazem szerokiej twarzy.
– Earl? – zapytała niepewnie Laura. Zerknął na nią.
– Gdzie jest Melanie?
– Zasnęła.
Przeniósł spojrzenie z powrotem na ulicę.
– Lepiej niech pani z nią posiedzi.
Oddech uwiązł jej w gardle. Z trudem przełknęła ślinę.
– Co się stało?
– Może nic. Pół godziny temu przyjechała furgonetka z firmy telefonicznej i zaparkowała po drugiej stronie ulicy. Nikt nie wysiadł.
Stanęła obok niego przy oknie.
Szaroniebieska furgonetka z biało – błękitnymi napisami stała naprzeciwko domu, zaparkowana trochę pod górę, do polowy w słońcu i do połowy w cieniu żakarandy. Wyglądała jak wszystkie inne furgonetki telefoniczne: nie było w niej nic niezwykłego ani złowieszczego.
– Czemu dla pana wygląda podejrzanie? – zapytała Laura.
– Jak mówiłem, nie widziałem, żeby ktoś z niej wysiadał.
– Może monter uciął sobie drzemkę w czasie pracy.
– Wątpliwe. Towarzystwa telefoniczne są za dobrze zarządzane, żeby pozwolić na takie rzeczy. Poza tym to jakoś… śmierdzi. Mam takie przeczucie. Widywałem już takie sytuacje i moim zdaniem… jesteśmy śledzeni.
– Śledzeni? Przez kogo?
– Trudno powiedzieć. Ale furgonetka towarzystwa telefonicznego… no, federalni często tak pracują.
– Agenci federalni? – Aha.
Zdumiona, przeniosła wzrok z furgonetki na profil Earla. Najwyraźniej nie podzielał jej zaskoczenia.
– To znaczy FBI?
– Może. Albo Urząd Skarbowy, Biuro do spraw Alkoholu, Tytoniu i Broni Palnej. Może nawet wydział bezpieczeństwa Departamentu Obrony. To są różne rodzaje federalnych.
– Ale po co agenci federalni nas śledzą? Przecież jesteśmy ofiarami… w każdym razie potencjalnymi ofiarami, nie przestępcami.
– Nie powiedziałem, że to na pewno federalni. Mówiłem tylko, że oni często pracują w ten sposób.
Wpatrując się w Earla, który nie spuszczał wzroku z furgonetki, Laura uświadomiła sobie, że on się zmienił. Nie był już prostodusznym wiejskim chłopakiem z cienką warstewką ogłady zachodniego Los Angeles. Wyglądał twardziej, starzej niż na swoje dwadzieścia sześć lat, zachowywał się bardziej rzeczowo i profesjonalnie niż przedtem.
Zmieszana Laura powiedziała:
– No, skoro to agenci rządowi, nie musimy się niczym martwić.
– Nie musimy?
– To nie oni próbują zabić Melanie.
– Nie oni?
– Oczywiście, że nie oni. To nie rząd zabił mojego męża i tamtych dwóch – odparła coraz bardziej zmieszana.
– Skąd pani wie? – zapytał, wciąż wbijając spojrzenie w furgonetkę towarzystwa telefonicznego.
– Och, na litość boską…
– Pani mąż i jeden z tamtych zabitych… oni dawniej pracowali w UCLA.
– I co z tego?
– Otrzymywali granty. Na badania.
– Tak, oczywiście, ale…
– Niektóre granty, może nawet większość, pochodziły od rządu, prawda?
Laura nie fatygowała się odpowiedzią, ponieważ Earl wyraźnie znał już odpowiedź.
– Granty z Departamentu Obrony – oznajmił. Przytaknęła.
– I inne.
– Departament Obrony – podjął Earl – interesuje się modyfikacją behawioralną. Kontrolą umysłów. Najlepszy sposób na pokonanie wroga to opanować jego umysł, zrobić z niego przyjaciela, żeby nawet nie zorientował się w manipulacji. Prawdziwy przełom na tym polu może położyć kres wojnom, jakie znamy. Ale jeśli o to idzie, każda cholerna agencja rządowa zainteresuje się kontrolą umysłów.
– Skąd pan tyle wie o pracy Dylana? Nic panu nie mówiłam.
Zamiast odpowiedzi Earl rzucił:
– Może pani mąż i Hoffritz nadal pracowali dla rządu.
– Hoffritz został zdyskredytowany…
– Ale jeśli prowadził ważne badania, jeśli przynosiły rezultaty, nie przejmowaliby się, że go zdyskredytowano w środowisku akademickim. I tak by go wykorzystali.
Zerknął na nią ponownie i zobaczyła cynizm w jego oczach, a na twarzy wyraz znużenia, z którym wyglądał zupełnie inaczej niż wcześniej.
Nie przypominał już wiejskiego chłopca i Laura zastanowiła się, czy ten wizerunek prostaczka, zdobywającego ogładę i wyrafinowanie w nowym miejskim życiu, nie stanowił zwykłej pozy. Nagle nabrała przekonania, że Earl Benton, chociaż taki młody, nigdy nie był prostakiem.
A ona nie miała już pewności, że może mu zaufać.
Sytuacja gwałtownie się skomplikowała i pojawiło się tyle różnorodnych możliwości, że poczuła zawrót głowy.
– Rządowa konspiracja? Więc dlaczego mieliby zabijać Dylana i Hoffritza, skoro Dylan dla nich pracował?
Earl nawet się nie zawahał.
– Może nie oni dokonali zabójstwa. Zresztą to wysoce nieprawdopodobne. Ale może badania pani męża prowadziły do przełomowego odkrycia o zastosowaniach wojskowych i dlatego druga strona kazała go zlikwidować.
– Druga strona? Znowu obserwował ulicę.
– Obcy agenci.
– Związek Radziecki upadł. Może pan słyszał. Pisali w gazetach.
– Rosjanie ciągle tam są i wcale nie zmienili się w naszych najlepszych przyjaciół. No i są jeszcze Chiny, Iran, Irak i Libia. Na tym świecie nigdy nie brakuje wrogów. Zawsze jacyś szaleńcy pragną władzy.
– To obłęd – zaprotestowała.
– Dlaczego?
– Tajni agenci, szpiedzy, intrygi międzynarodowe… Zwykli ludzie nie mieszają się do takich spraw, chyba że w filmach.
– Właśnie o to chodzi. Pani mąż nie był zwykłym człowiekiem – wyjaśnił Earl. – Ani Hoffritz.
Nie mogła oderwać wzroku od tego mężczyzny, który na jej oczach przechodził tak głęboką metamorfozę – coraz starszy, coraz twardszy. Powtórzyła pytanie, na które poprzednio nie odpowiedział.
– Te wszystkie spekulacje… nie mógł pan tego wymyślić, jeśli pan nie znał zawodu mojego męża, jego osobowości, rodzaju wykonywanej pracy. Skąd pan tyle wie o Dylanie? Ja panu niczego nie mówiłam.
– Dan Haldane mi powiedział.
– Ten detektyw? Kiedy?
; – Kiedy do mnie zadzwonił. Tuż przed południem.
– Ale ja nawet nie zatrudniłam pańskiej firmy przed pierwszą.
– Dan powiedział, że dał pani naszą wizytówkę i że pani na pewno zadzwoni. Chciał, żebyśmy od samego początku orientowali się we wszystkich aspektach tej sprawy.
– Ale on mi nie mówił, że w to mogą być zamieszani agenci FBI albo Rosjanie, na litość boską.
– Nie wiedział, czy są zamieszani, pani doktor. Po prostu zorientował się, że te morderstwa mogą mieć szersze znaczenie, nie tylko lokalne. Nie rozmawiał o tym z panią, bo nie chciał pani niepotrzebnie martwić.
– Chryste.
Szalony, kuszący szept paranoi znowu wezbrał w jej umyśle. Poczuła się uwięziona w zagmatwanej sieci spisków.
– Lepiej niech pani zajrzy do Melanie – poradził Earl.
Na zewnątrz chevrolet sedan powoli przejechał ulicą. Zatrzymał się obok furgonetki telefonicznej, potem podjechał kawałek i zaparkował przed nią. Wysiedli dwaj mężczyźni.
– Nasi – oznajmił Earl.
– Agenci Paladyna?
– Aha. Niedawno zadzwoniłem do biura, kiedy doszedłem do wniosku, że furgonetka nas śledzi, i poprosiłem, żeby przysłali paru chłopaków, żeby to sprawdzili, bo nie chciałem wychodzić z domu i zostawiać was samych.
Dwaj mężczyźni, którzy wysiedli z chevroleta, podeszli z dwóch stron do furgonetki.
– Lepiej niech pani zajrzy do Melanie – powtórzył Earl.
– Z nią wszystko w porządku.
– Więc przynajmniej proszę odejść od okna.
– Dlaczego?
– Bo mnie płacą za ryzykowanie, ale pani nie. I uprzedziłem panią na początku, że musi pani mnie słuchać.
Laura odsunęła się od okna, ale nie całkiem. Chciała widzieć, co się dzieje przy furgonetce towarzystwa telefonicznego.
Jeden z agentów Paladyna wciąż stał przy drzwiach kierowcy. Drugi przeszedł do tyłu pojazdu.
– Jeżeli to agenci federalni, nie będzie żadnej strzelaniny – stwierdziła Laura. – Nawet jeśli chcą zabrać Melanie.
– Słusznie – zgodził się Earl. – Będziemy musieli ją oddać.
– Nie – zawołała ze strachem.
– Tak. Niestety nie będziemy mieli wyboru. Prawo jest po ich stronie. Ale przynajmniej będziemy wiedzieli, kto ją ma, i możemy o nią walczyć w sądzie. Ale jak mówiłem, może to nie są federalni.
– A jeśli to… ktoś inny? – zapytała, bo słowo „Rosjanie” nie przeszło jej przez gardło.
– Wtedy zrobi się nieprzyjemnie.
Jego wielka, silna dłoń mocno objęła rewolwer. Laura spojrzała w okno, pokryte smugami i plamami po niedawnym nocnym deszczu.
Popołudniowe słońce malowało ulicę odcieniami miedzi i brązu.
Mrużąc oczy zobaczyła, jak otwiera się jedna połowa tylnych drzwi furgonetki towarzystwa telefonicznego.