Выбрать главу

– Chryste.

Szalony, kuszący szept paranoi znowu wezbrał w jej umyśle. Poczuła się uwięziona w zagmatwanej sieci spisków.

– Lepiej niech pani zajrzy do Melanie – poradził Earl.

Na zewnątrz chevrolet sedan powoli przejechał ulicą. Zatrzymał się obok furgonetki telefonicznej, potem podjechał kawałek i zaparkował przed nią. Wysiedli dwaj mężczyźni.

– Nasi – oznajmił Earl.

– Agenci Paladyna?

– Aha. Niedawno zadzwoniłem do biura, kiedy doszedłem do wniosku, że furgonetka nas śledzi, i poprosiłem, żeby przysłali paru chłopaków, żeby to sprawdzili, bo nie chciałem wychodzić z domu i zostawiać was samych.

Dwaj mężczyźni, którzy wysiedli z chevroleta, podeszli z dwóch stron do furgonetki.

– Lepiej niech pani zajrzy do Melanie – powtórzył Earl.

– Z nią wszystko w porządku.

– Więc przynajmniej proszę odejść od okna.

– Dlaczego?

– Bo mnie płacą za ryzykowanie, ale pani nie. I uprzedziłem panią na początku, że musi pani mnie słuchać.

Laura odsunęła się od okna, ale nie całkiem. Chciała widzieć, co się dzieje przy furgonetce towarzystwa telefonicznego.

Jeden z agentów Paladyna wciąż stał przy drzwiach kierowcy. Drugi przeszedł do tyłu pojazdu.

– Jeżeli to agenci federalni, nie będzie żadnej strzelaniny – stwierdziła Laura. – Nawet jeśli chcą zabrać Melanie.

– Słusznie – zgodził się Earl. – Będziemy musieli ją oddać.

– Nie – zawołała ze strachem.

– Tak. Niestety nie będziemy mieli wyboru. Prawo jest po ich stronie. Ale przynajmniej będziemy wiedzieli, kto ją ma, i możemy o nią walczyć w sądzie. Ale jak mówiłem, może to nie są federalni.

– A jeśli to… ktoś inny? – zapytała, bo słowo „Rosjanie” nie przeszło jej przez gardło.

– Wtedy zrobi się nieprzyjemnie.

Jego wielka, silna dłoń mocno objęła rewolwer. Laura spojrzała w okno, pokryte smugami i plamami po niedawnym nocnym deszczu.

Popołudniowe słońce malowało ulicę odcieniami miedzi i brązu.

Mrużąc oczy zobaczyła, jak otwiera się jedna połowa tylnych drzwi furgonetki towarzystwa telefonicznego.

19

Dan wyszedł z wydziału patologii, ale zrobił tylko parę kroków, zanim zatrzymała go pewna myśl. Zawrócił, otworzył drzwi i zajrzał do gabinetu, gdzie Luther znowu podniósł wzrok znad mikroskopu.

– Myślałem, że musisz się odlać – powiedział patolog. – Nie było cię tylko dziesięć sekund.

– Odlałem się tutaj pod drzwiami – wyjaśnił Dan.

– Typowy detektyw od zabójstw.

– Słuchaj, Luther, jesteś libertarianinem?

– No tak, ale są różne rodzaje libertarian. Mamy konserwatywnych libertarian, anarchistycznych libertarian, no i podstawowych ortodoksyjnych libertarian. Mamy libertarian, którzy wierzą, że ludzie powinni…

– Luther, popatrz na mnie, to zobaczysz definicję słowa „nuda”.

– Więc po co pytasz…

– Chciałem tylko wiedzieć, czy słyszałeś kiedyś o libertariańskiej grupie pod nazwą Teraz Wolność.

– Nie przypominam sobie.

– To komitet polityczny.

– Nic mi nie mówi.

– Przecież ty aktywnie działasz w kręgach libertarian. Słyszałbyś o grupie Teraz Wolność, gdyby oni naprawdę ostro zamieszali, nie?

– Prawdopodobnie.

– Ernest Andrew Cooper.

– Jeden z trzech sztywniaków ze Studio City – odparł Luther.

– No. Słyszałeś o nim wcześniej?

– Nie.

– Na pewno? – Tak.

– Podobno był wielką szychą w kręgach libertarian.

– Gdzie?

– Tutaj, w L.A.

– No, tutaj nie był. Nigdy przedtem o nim nie słyszałem.

– Na pewno?

– Oczywiście. Dlaczego zachowujesz się jak policyjny kutas?

– Bo jestem policyjny kutas.

– Kutas jesteś na pewno – oświadczył Luther, szczerząc zęby. – Wszyscy w pracy tak mówią. Niektórzy używają innych słów, ale to zawsze znaczy „kutas”.

– Kutas, kutas, kutas… masz obsesję na punkcie tego słowa czy jak? Co z tobą, Luther? Czujesz się samotny, może potrzebujesz nowego chłopca?

Patolog roześmiał się serdecznie. Miał uśmiech budzący odruchową sympatię. Dan nie mógł zrozumieć, dlaczego taki pogodny, aktywny, energiczny, optymistyczny człowiek jak Luther Williams postanowił spędzić życie wśród trupów.

Doktor Irmatruda Gelkenshettle, kierowniczka wydziału psychologii w UCLA, miała narożny gabinet z mnóstwem okien i widokiem na kampus. Teraz, o czwartej czterdzieści pięć po południu, krótki zimowy dzień już zamierał w słabym pomarańczowym świetle, niczym ogień dogasający na palenisku. Na dworze cienie wydłużały się z każdą chwilą, a studenci pospiesznie kryli się przed wieczornym chłodem, który poprzedzał zapadającą ciemność.

Dan usiadł w nowoczesnym duńskim fotelu, a doktor Gełkenshettle obeszła biurko i zajęła fotel ze sprężynującym oparciem.

Była to niska, krępa kobieta po pięćdziesiątce. Stalowo – siwe włosy miała obcięte bez żadnego stylu i chociaż nigdy nie była piękna, jej wyrazistą twarz charakteryzowała łagodność. Ubrana była w błękitne spodnie i męską białą koszulę, z kieszeniami na piersiach i epoletami; miała podwinięte rękawy i nawet nosiła męski zegarek, zwykły, lecz niezawodny timex na rozciągliwej bransoletce. Promieniowała kompetencją, inteligencją i sprawnością.

Chociaż Dan zaledwie ją poznał, miał wrażenie, że znają doskonale, ponieważ jego ciotka Kay, siostra przybranej matki, która zrobiła karierę wojskową w WAC, bardzo przypominała tę kobietę. Doktor Gelkenshettle najwyraźniej wybierała ubrania ze względu na wygodę, wytrzymałość i cenę. Nie pogardzała tymi, którzy kierowali się modą; po prostu nigdy nie przyszło jej do głowy, żeby uwzględnić modę, kiedy nadchodził czas na uzupełnienie garderoby. Zupełnie jak ciocia Kay. Nawet wiedział, dlaczego doktor Gelkenshettle nosi męski zegarek. Ciocia Kay również taki nosiła, ponieważ tarcza była większa niż w damskich zegarkach i łatwiej było odczytać cyfry.

Początkowo zaskoczył go jej wygląd. Nie tak wyobrażał sobie osobę kierującą wielkim uniwersyteckim wydziałem psychologii. Potem jednak zauważył, że w biblioteczce za biurkiem całą jedną półkę wypełniało ponad dwadzieścia tomów, noszących na grzbietach jej nazwisko.

– Doktor Gelkenshettle… Przerwała mu, podnosząc rękę.

– To nazwisko jest okropne. „Doktor Gelkenshettle” mówią do mnie wyłącznie studenci, ci spośród kolegów, których nie znoszę, mój mechanik – bo tych ludzi trzeba trzymać na dystans, inaczej policzą ci roczne pobory za dostrojenie radia – i obcy. Jesteśmy obcy albo prawie obcy, ale oboje jesteśmy zawodowcami, więc odrzućmy formalności. Mów mi Marge.

– Czy to twoje drugie imię?

– Niestety nie. Ale Irmatruda brzmi równie źle jak Gelkenshettle, a na drugie imię mam Heidi. Czyja wyglądam na Heidi?

Uśmiechnął się.

– Chyba nie.

– Masz cholerną rację, nie wyglądam. Moi rodzice byli kochani, ale nie mieli gustu do imion.

– Mam na imię Dan.

– Znacznie lepiej. Prosto. Rozsądnie. Każdy potrafi wymówić „Dan”. A więc chciałeś porozmawiać o Dylanie McCaffreyu i Willym Hoffritzu. Trudno uwierzyć, że nie żyją.

– Nie tak trudno, gdybyś zobaczyła ciała. Opowiedz mi najpierw o Dylanie. Co o nim myślałaś?

– Nie byłam kierowniczką wydziału, kiedy Dylan McCaffrey tutaj pracował. Awansowałam dopiero trochę ponad cztery lata temu.

– Ale wtedy tutaj uczyłaś, prowadziłaś własne badania. Pracowaliście na jednym fakultecie.

– Tak. Nie znałam go dobrze, ale wystarczająco, żeby wiedzieć, że nie chcę go poznać lepiej.

– Rozumiem, że był bardzo oddany swojej pracy. Jego żona… ona jest psychiatrą… nazwała go typem obsesyjno – kompulsywnym.