Выбрать главу

– Czy dostawał fundusze z Pentagonu? – Tak.

– Nad czym mógł pracować dla Pentagonu?

– Nie mogę powiedzieć. Po pierwsze, nie wiem. Mogę sprawdzić dane, ale nawet gdybym wiedziała, nie mogłabym powiedzieć. Nie masz uprawnień.

– Uczciwe postawienie sprawy. Co możesz mi powiedzieć o Wilhelmie Hoffritzu?

– Obleśny gad.

Dan parsknął śmiechem.

– Pani doktor… Marge, ty rzeczywiście nie przebierasz w słowach.

– To święta prawda. Hoffritz był wyjątkowym sukinsynem. Za wszelką cenę chciał zostać kierownikiem tego wydziału. Nigdy nie miał szans. Wszyscy wiedzieli, jaki by był, gdyby miał władzę nad nami. Złośliwy. Mściwy. Doprowadziłby cały wydział do ruiny.

– On też robił badania dla Obrony?

– Prawie wyłącznie. O tym również nie mogę nic powiedzieć.

– Plotka głosi, że usunięto go z uniwersytetu.

– To było święto dla UCLA.

– Dlaczego go wyrzucili?

– Pewna młoda dziewczyna, studentka

– Aha.

– Znacznie gorzej, niż myślisz – oświadczyła Marge. – Nie chodziło tylko o deprawację moralną. Nie był pierwszym profesorem, który sypiał ze studentką. Należałoby zwolnić połowę mężczyzn z fakultetu i chyba jedną piątą kobiet, gdyby ściśle przestrzegano tej zasady. Owszem, uprawiał z nią seks, ale także bił ją i posłał do szpitala. Ich związek był… zboczony, delikatnie mówiąc. Pewnej nocy wymknął się spod kontroli.

– Masz na myśli zabawy z kajdankami i tak dalej? – zapytał Dan.

– Tak. Hoffritz był sadystą.

– A dziewczyna się zgadzała? Była masochistką?

– Tak. Ale dostała więcej, niż się spodziewała. Pewnej nocy Hoffritz stracił panowanie nad sobą, złamał jej nos, trzy palce, lewe ramię. Odwiedziłam ją w szpitalu. Oczy podbite, rozcięta warga, mnóstwo siniaków.

Laura i Earl stali przy oknie i patrzyli, jak Flash z drugim mężczyzną idą chodnikiem w zapadającym zmierzchu.

Furgonetka towarzystwa telefonicznego wyglądała jak bryła mroku, z zamazanymi szczegółami, kiedy nadciągająca noc pogłębiła cienie pod żakarandami przy krawężniku.

– FBI, hę? – rzuciła Laura. – Oni nie odjadą? – Nie.

– Nawet kiedy już o nich wiem?

– No, nie mają pewności, że pani konspirowała ze swoim mężem. Właściwie ich zdaniem to najmniej prawdopodobna możliwość. Dalej myślą, że ktoś… ktokolwiek finansował badania Dylana… przyjdzie po Melanie, i chcą przy tym być.

– Ale ja wciąż pana potrzebuję – oświadczyła. – W razie gdyby samo FBI zabrało moją córkę.

– Tak. Jeśli do tego dojdzie, będzie pani potrzebowała świadka, żeby ścigać ich sądownie.

Laura podeszła do kanapy i usiadła na brzegu, zgarbiona, ze zwieszoną głową, oparłszy łokcie na udach.

– Wydaje mi się, że tracę zmysły.

– Wszystko się ułoży, jeśli… Przerwał mu wrzask Melanie.

Dan zamrugał, słuchając opisu pobitej studentki.

– Ale Hoffritz nie był notowany.

– Dziewczyna nie wysunęła oskarżenia.

– On ją tak potraktował, a ona puściła mu to płazem? Dlaczego?

Marge wstała, podeszła do okna i wyjrzała na kampus. Pomarańczowe blaski zachodu ustąpiły miejsca szarościom i błękitom zmierzchu. Kilka chmur napłynęło znad morza.

Wreszcie psycholog powiedziała:

– Kiedy Willy Hoffritz został zawieszony i zaczęliśmy sprawdzać jego wcześniejsze związki ze studentkami, odkryliśmy, że ta dziewczyna nie była pierwsza. Miał co najmniej cztery inne przez te lata, cztery, o których wiemy, wszystkie przed magisterium, zabawiały się z Hoffritzem i odgrywały masochistki przy nim jako sadyście, chociaż żadna nie doznała poważnych obrażeń. Przed tamtą dziewczyną to zawsze były tylko zboczone gierki. Tamte cztery po naszych naleganiach zgodziły się mówić i w trakcie tych przesłuchań uzyskaliśmy pewne interesujące, zadziwiające i… przerażające informacje.

Dan nie popędzał Marge. Podejrzewał, że bolesna i upokarzająca była dla niej świadomość, iż jeden z jej kolegów – nawet nielubiany – okazał się zdolny do takich postępków i że społeczność akademicka pod względem moralnym nie przewyższała reszty ludzkości. Lecz Marge była realistką, zdolną spojrzeć nieprzyjemnej prawdzie w oczy – rzadka cecha zarówno w świecie akademickim, jak poza nim – i zamierzała powiedzieć mu wszystko. Po prostu chciała to zrobić we własnym tempie.

Wciąż patrząc na zmierzch, powiedziała:

– Żadna z tych pierwszych czterech dziewczyn nie była promiskuityczna, Dan. Porządne dzieciaki z dobrych rodzin, które przyjechały tutaj po wykształcenie, nie żeby wyrwać się spod rodzicielskiej opieki i użyć życia. Dwie z nich nawet były dziewicami, zanim padły ofiarą Hoffritza. I żadna nigdy nie zaangażowała się w sadomasochistyczny związek przed Hoffritzem, i z pewnością nie po nim. Odrzucało je na samo wspomnienie tego, co mu pozwoliły ze sobą robić.

Ponownie zamilkła.

Dan wyczuł, że oczekiwała na jakieś pytanie z jego strony.

– No, skoro tego nie lubiły, dlaczego to robiły?

– Odpowiedź jest trochę skomplikowana.

– Poradzę sobie. Sam jestem trochę skomplikowany. Odwróciła się od okna i uśmiechnęła się, ale tylko przelotnie. To, co miała do powiedzenia, nie było zabawne.

– Odkryliśmy, że każda z tych czterech dziewczyn dobrowolnie uczestniczyła w niejawnych eksperymentach modyfikacji behawioralnej z Hoffritzem. W tych eksperymentach stosowano sugestię posthipnotyczną oraz rozmaite egosupresywne narkotyki.

– Dlaczego zgodziły się uczestniczyć w czymś takim?

– Żeby zadowolić profesora, żeby dostać dobrą ocenę. A może dlatego, że naprawdę tym się interesowały. Studenci czasami interesują się studiowanym przedmiotem, nawet w dzisiejszych czasach, nawet małokalibrowi studenci, których ostatnio dostajemy. A Hoffritz posiadał pewien wdzięk, działający na niektórych ludzi bardziej skutecznie niż na innych.

– Nie na ciebie.

– Kiedy włączał swój wdzięk, wydawał mi się jeszcze bardziej obleśny niż zwykle. W każdym razie uczył te dziewczyny i oczarował je, i nie zapominaj, że w swojej dziedzinie miał pozycję i nazwisko. Zasługiwał na szacunek.

– I dopiero po rozpoczęciu tych eksperymentów każda z dziewcząt nawiązała z nim stosunki seksualne.

– Tak.

– Więc myślisz, że stosował hipnozę, narkotyki, podświadome warunkowanie, żeby… no, żeby je odmienić?

– Zaprogramować ich matryce psychologiczne, włączyć do nich promiskuityzm i masochizm. Tak. Właśnie tak myślę.

Wrzask Melanie wypełnił dom.

Wykrzykując imię córki, Laura pobiegła za Earlem Bentonem przez hol. Z rewolwerem w ręku ochroniarz wpadł pierwszy do pokoju dziecka i włączył światło.

Melanie była sama. Zagrożenie, które powodowało jej wrzaski, było widoczne tylko dla niej.

Ubrana w białe skarpetki i białe bawełniane majteczki, które nosiła zamiast piżamy, dziewczynka kuliła się w kącie, wyciągając ręce przed sobą, żeby odepchnąć niewidzialnego wroga. Krzyczała tak głośno, że na pewno sforsowała sobie gardło. Wydawała się taka krucha, tak żałośnie bezbronna.

Na chwilę Laurę opanował przemożny wstręt do Dylana. Zachwiała się, ugięła, niemal upadła pod ciężarem własnego gniewu.

Earl schował broń do kabury. Sięgnął po Melanie, ale ona uderzyła go w rękę i odpełzła, przywierając do listwy podłogowej.

– Melanie, skarbie, przestań! Wszystko w porządku – zawołała Laura.

Dziewczynka nie zwróciła uwagi na matkę. Dotarła do drugiego kąta, usiadła, podciągnęła nogi, zacisnęła małe dłonie w pięści i uniosła je obronnym gestem. Przestała wrzeszczeć, tylko wydawała dziwaczne, rytmiczne, paniczne dźwięki: