Выбрать главу

– To nic – zapewnił Laurę. – Proszę się nie martwić. Melanie siedziała na krawędzi wanny, wpatrując się w zielone kafelki na ścianie. W niczym nie przypominała diablęcia, które walczyło z nim tak zażarcie w sypialni przed paroma minutami.

– Ludzkie ugryzienie częściej powoduje infekcję niż psie, kocie czy jakiegokolwiek innego zwierzęcia – odparła Laura.

– Przemyła je pani porządnie jodyną, i prawie nie krwawi. Tylko płytkie ugryzienie. Nawet nie boli – oświadczył, chociaż Laura wiedziała, że musi przynajmniej trochę szczypać.

– Brał pan ostatnio zastrzyk przeciwtężcowy? – zapytała.

– Tak. W zeszłym miesiącu tropiłem zbiegów. Jeden z facetów, których znalazłem, miał o to pretensję i wyciągnął nóż. Nie zrobił mi wielkiej krzywdy. Wystarczyło jakieś siedem szwów. Właśnie wtedy dostałem zastrzyk. Całkiem niedawno.

– Tak mi przykro.

– Już pani to mówiła.

– Naprawdę mi przykro.

– Przecież wiem, że ona nie zrobiła tego umyślnie. Zresztą to ryzyko zawodowe.

Laura przykucnęła przed córką i obejrzała zaczerwienienie na lewym policzku dziecka. Znaczyło miejsce, gdzie mała uderzyła się pięścią w ataku furii. Po jakimś czasie powstanie siniak. W rozcięciu bluzki widać było pręgi na szyi i piersi, gdzie podrapała się paznokciami. Wargę miała spuchniętą i przekrwioną od ugryzienia, którym zakończyła popołudniową sesję terapii hipnotycznej.

Czując suchość w ustach ze strachu, Laura powiedziała do Earla:

– W jaki sposób możemy ją obronić? Nie chodzi tylko o jakiegoś nieznanego wroga, który chce ją dopaść. Nie chodzi tylko o rządowych agentów czy rosyjskich szpiegów. Ona sama chce zrobić sobie krzywdę. Jak mamy ją obronić przed nią samą?

– Ktoś musi z nią zostać, pilnować jej bez przerwy. Laura wzięła córkę pod brodę, odwróciła jej głowę i spojrzała w oczy.

– Tego już za wiele, maleńka. Mamusia spróbuje przepędzić złych ludzi, którzy chcą cię dostać w swoje ręce. I mamusia spróbuje cię wyleczyć, pomoże ci wyjść z tego stanu. Ale to… tego już za wiele. Dlaczego chcesz zrobić sobie krzywdę, dziecinko? Dlaczego?

Melanie drgnęła, jakby rozpaczliwie próbowała odpowiedzieć, ale ktoś jej nie pozwalał. Jej rozbite wargi poruszyły się, rozwarły i zamknęły bezgłośnie. Zadygotała, potrząsnęła głową, jęknęła cicho.

Laurę dosłownie zabolało serce, kiedy patrzyła, jak jej blada, chuda córka daremnie usiłuje wyzwolić się z okowów autyzmu.

20

Ned Rink, eksgliniarz i były agent FBI, którego znaleziono martwego w samochodzie na szpitalnym parkingu wcześnie rano, miał mały, schludny wiejski dom w pustynnym stylu na skraju Van Nuys. Dan pojechał tam zaraz po spotkaniu z Marge Gelkenshettle. Był to niski dom z płaskim dachem wyłożonym białymi kamieniami, stojący pośrodku najbardziej płaskiej części doliny San Fernando, na płaskiej ulicy wśród innych niskich, płaskich domów. Jedynie bujne zarośla – z typową dla południowej Kalifornii chlorofiliczną przesadą – łagodziły surową geometrię domu i monotonię ogrodu, jedno i drugie pochodzące wyraźnie z późnych lat pięćdziesiątych.

W domu było ciemno. Latarnia przed frontem miała brudny klosz i dawała niewiele światła. Puste czarne okna i kawałki bladożółtych stiukowych ścian prześwitywały pomiędzy mrocznymi sylwetkami schludnie przyciętych kolczastych krzewów, hibiskusów wysokich na pięć stóp, miniaturowych drzewek pomarańczowych, wyrośniętych palm daktylowych i fragmentów gęstego żywopłotu.

Samochody parkowały po jednej stronie wąskiej uliczki. Chociaż nieoznakowany policyjny sedan schował się w cieniu w połowie drogi między dwiema latarniami, pod ogromnym płaczącym krzewem laurowym, Dan dostrzegł go natychmiast. Jeden mężczyzna siedział za kierownicą zwykłego forda, zgarbiony, ledwie widoczny, obserwując dom Rinka.

Dan minął dom, skręcił w przecznicę, zawrócił i zaparkował kawałek za wydziałowym sedanem. Wysiadł z samochodu i podszedł do forda. Okno po stronie kierowcy było do połowy opuszczone. Dan zajrzał do środka.

Gliniarz w cywilu prowadzący obserwację był detektywem z wydziału East Valley. Dan go znał. Nazywał się George Padrakis i wyglądał jak Perry Como, piosenkarz z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych.

Padrakis opuścił do końca uchylone okno i zapytał:

– Przyszedłeś mnie zmienić czy co?

Nawet głos miał jak Perry Como: miękki, melodyjny i senny. Spojrzał na zegarek.

– Nic z tego, zostało mi jeszcze parę godzin. Za wcześnie na zmianę.

– Chciałem tylko zajrzeć do środka – wyjaśnił Dan. Wykręcając głowę, żeby popatrzeć na Dana, Padrakis zapytał:

– To twoja sprawa, hę?

– Moja.

– Wexlersh i Manuello już tam wszystko przeczesali. Wexlersh i Manuello byli zaufanymi ludźmi Rossa Mondale’a w wydziale East Valley: dwaj detektywi – karierowicze, którzy doczepili swoje wagony do jego lokomotywy i gotowi byli zrobić dla niego wszystko, włącznie z okazyjnym naginaniem prawa. Włazili bez mydła. Dan ich nie znosił.

– Też są w tej sprawie? – zapytał.

– Myślałeś, że masz wszystko tylko dla siebie? Za duża sprawa. Razem cztery trupy. W tym jeden milioner z Hancock Park. Za duża dla Samotnego Jeźdźca.

– Po co cię tutaj ściągnęli? – Dan przykucnął, żeby podczas rozmowy z Padrakisem patrzeć mu w oczy.

– Pojęcia nie mam. Pewnie sobie wymyślili, że w domu Rinka jest coś, co wskaże jego pracodawcę, a ten pracodawca wie o tym i przyjdzie tutaj, żeby pozbyć się dowodu.

– I wtedy go capniesz.

– Śmieszne, nie? – mruknął sennie Padrakis.

– Czyj to był pomysł?

– A jak myślisz?

– Mondale’a – stwierdził Dan.

– Wygrywasz jedną pluszową maskotkę.

Chłodny wiaterek nagle zmienił się w zimny wiatr, który zaszeleścił laurowymi liśćmi.

– Chyba pracujesz przez całą dobę na okrągło, jeśli wczorajszej nocy byłeś w tym domu w Studio City – zauważył Padrakis.

– Prawie na okrągło.

– Więc co tu robisz?

– Słyszałem, że dają darmową prażoną kukurydzę.

– Powinieneś siedzieć w domu z nogami na stole i popijać piwo. Tam twoje miejsce.

– Skończyło mi się piwo. Poza tym jestem pracowity – odparł Dan. – Zostawili ci klucz, George?

– Słyszałem, że jesteś pracoholikiem.

– Zrobisz mi najpierw psychoanalizę, zanim mi powiesz, czy masz klucz?

– Tak. Ale nie wiem, czy powinienem ci go dać.

– To moja sprawa.

– Ale dom już został przeszukany.

– Nie przeze mnie.

– Wexlersh i Manuello.

– Tweedledee i Tweedledum. Daj spokój, George, czemu jesteś taki upierdliwy?

Padrakis niechętnie poszukał w kieszeni marynarki klucza do domu Neda Rinka.

– Słyszałem, że Mondale koniecznie chce z tobą pogadać. Dan kiwnął głową.

– To dlatego że jestem błyskotliwym rozmówcą. Powinieneś posłuchać, jak dyskutuję o balecie.

Padrakis wyciągnął klucz, ale nie podał go od razu.

– Przez cały dzień próbował cię złapać.

– I on się uważa za detektywa? – prychnął Dan, wyciągając rękę po klucz.

– Szukał cię przez cały dzień, a potem zjawiasz się tutaj, zamiast wrócić na posterunek, jak mu obiecałeś, a ja tak zwyczajnie daję ci klucz… nie będzie tym zachwycony.

Dan westchnął.

– Myślisz, że będzie zachwycony, jeśli nie dasz mi klucza i będę musiał wybić szybę, żeby wejść do domu?

– Nie zrobisz tego.

– Wybierz okno.

– To głupie.

– Wszystko jedno które.

Wreszcie Padrakis dał mu klucz. Dan przeszedł chodnikiem przez bramę do drzwi frontowych, oszczędzając kontuzjowane kolano. Znowu zanosi się na deszcz, mówiło. Otworzył drzwi i wszedł do środka.