Выбрать главу

Znalazł się w maleńkim przedpokoju. Salon po prawej stronie był ciemny, przez okno wpadał tylko nikły bladoszary odblask dalekiej latarni. Po lewej, na drugim końcu wąskiego korytarza paliła się lampa w gabinecie lub sypialni. Nie było jej widać z ulicy. Wexlersh i Manuello widocznie zapomnieli ją zgasić, kiedy skończyli, co było do nich podobne: partacze.

Włączył światło w korytarzu, wszedł w ciemność po prawej, znalazł lampę i najpierw obejrzał salon. Zdumiał się. Ten skromny domek w skromnym sąsiedztwie był umeblowany tak, jakby służył za sekretny azyl któremuś z Rockefellerów. Środek salonu zajmował wspaniały chiński dywan trzycalowej grubości, mierzący dwanaście na dwanaście stóp, we wzór ze smoków i kwiatów wiśni. Stały tam francuskie krzesła z połowy dziewiętnastego wieku, z ręcznie rzeźbionymi nogami, oraz sofa do kompletu, obita kosztowną tkaniną w odcieniu złamanej bieli, dokładnie pasującym do barwy tła na dywanie. Dwie lampy z brązu o misternie rzeźbionych podstawach miały abażury z kryształowych wisiorków. Duży stolik do kawy nie przypominał niczego, co Dan widywał wcześniej: wykonany całkowicie z brązu i cyny, ze wspaniale wygrawerowaną orientalną sceną na blacie; wierzch zakrzywiał się łagodnie tworząc boki, a boki wyginały się tworząc nóżki, toteż cały mebel wydawał się uformowany z jednej opływowej bryły. Na ścianach wisiały pejzaże, wyglądające na dzieła mistrzów, każdy w bogatej ramie. Stylowa francuska etażerka w drugim końcu pokoju zawierała kolekcję kryształów – wazy, puchary, figurki – jeden piękniejszy od drugiego.

Samo umeblowanie salonu kosztowało więcej niż cały skromny dom. Widocznie Ned Rink dobrze zarabiał jako płatny morderca. I wiedział, jak wydawać pieniądze. Gdyby kupił wielki dom w najlepszej okolicy, urząd skarbowy w końcu zainteresowałby się źródłami jego dochodów, tutaj jednak mógł żyć w luksusach, zachowując pozory skromności.

Dan próbował wyobrazić sobie Rinka w tym pokoju. Morderca był niski, krępy i zdecydowanie brzydki. Zrozumiałe było jego pragnienie, by otaczać się pięknymi rzeczami, lecz siedząc tutaj, musiał wyglądać jak karaluch na torcie urodzinowym.

Dan zauważył, że w salonie nie było luster, przypomniał sobie, że nie widział żadnego w przedpokoju, i zaczął podejrzewać, że nie znajdzie ani jednego w całym domu, oczywiście z wyjątkiem łazienki. Prawie pożałował Rinka, miłośnika piękna, który nie mógł na siebie patrzeć.

Zafascynowany, przeszedł przez korytarz, żeby obejrzeć resztę domu. Najpierw ruszył do pokoju, gdzie Wexlersh i Manuello zostawili zapalone światło. Kiedy przestąpił próg, nagle przyszło mu do głowy, że może niesłusznie obwinia Wexlersha i Manuella, może ktoś inny wszedł tymczasem do domu, może ktoś zakradł się tutaj nielegalnie, mimo że George Padrakis pilnował frontowego wejścia, i w tej samej chwili dostrzegł kątem oka jakiś ruch, ale za późno. Odwrócił się i ujrzał kolbę pistoletu spadającą mu na głowę. Ponieważ zdążył się odwrócić, cios trafił go prosto w czoło zamiast w bok czaszki.

Upadł.

Twardo.

Górne światło zgasło.

Miał wrażenie, że czaszka mu pękła, ale nie stracił przytomności.

Usłyszał szelest i zorientował się, że napastnik przechodzi obok niego w stronę drzwi. W korytarzu paliło się światło, ale Danowi ćmiło się w oczach i widział tylko bezkształtną sylwetkę otoczoną blaskiem. Sylwetka jakby falowała w górę i w dół, a jednocześnie kręciła się w kółko jak na karuzeli, i Dan zrozumiał, że traci przytomność.

Niemniej podpełznął do przodu po podłodze, sycząc z bólu, który przeszył jego głowę, kark i ramiona, wyciągnął rękę i próbował złapać umykającą zjawę. Chwycił pełną garść materiału, nogawkę męskich spodni, i szarpnął z całej siły.

Obcy zatoczył się, uderzył we framugę drzwi i warknął:

– Cholera!

Dan nie puszczał.

Przeklinając, intruz kopnął go w ramię.

Potem drugi raz.

Dan trzymał teraz faceta obiema rękami za nogę i usiłował go ściągnąć na podłogę, gdzie obaj mieliby równe szansę, tamten jednak uczepił się framugi drzwi i próbował strząsnąć napastnika. Dan poczuł się jak pies atakujący listonosza.

Intruz kopnął go ponownie, tym razem w prawe ramię, które natychmiast zdrętwiało. Uchwyt na nodze przeciwnika stracił połowę siły. Światło jakby przygasło i Dan już prawie nic nie widział. Oczy go piekły. Zgrzytnął zębami, jakby chciał wgryźć się w świadomość i przytrzymać ją w imadle własnych szczęk.

Obcy, ciemny kształt na tle mętnego światła w korytarzu pochylił się nad nim i rąbnął go ponownie kolbą pistoletu. Tym razem w ramię. Potem w środek pleców. Potem znowu w ramię.

Mrugając, żeby rozproszyć mgłę w piekących oczach, Dan puścił nogę włamywacza, poderwał zdrową lewą rękę i próbował dosięgnąć gardła lub twarzy. Chwycił ucho, i szarpnął.

Obcy zakwiczał.

Ręka Dana ześliznęła się z zakrwawionego ucha, ale palce zahaczyły za kołnierzyk koszuli.

Intruz tłukł ramię Dana, żeby się uwolnić.

Dan trzymał mocno.

Częściowo odzyskał władzę w prawym ramieniu i zdołał podeprzeć się na nim, jednocześnie podciągając się ręką zaczepioną za koszulę przeciwnika. Na kolana. Potem jedna stopa na podłodze. Dźwignął się, popchnął faceta do tyłu. Na korytarz. Wykonali kilka chwiejnych kroków, obracając się niczym para niezdarnych tancerzy. Potem obaj runęli na podłogę.

Dan leżał teraz na przeciwniku, ale wciąż nie widział, jak tamten wygląda. Wzrok go zawodził, a światło w korytarzu jakby jeszcze przygasło. Oczy paliły Dana jak od kwasu, widocznie zalewał je pot i krew z rozcięcia na czole.

Sięgnął pod marynarkę i wydobył swój policyjny special.38 z kabury pod pachą, ale nie zobaczył, jak przeciwnik bierze zamach i nie zdołał uchylić się przed ciosem. Coś twardego uderzyło go w kostki dłoni i broń upadła na podłogę.

Na skutek szamotaniny potoczyli się pod ścianę. Dan wycelował zdrowe kolano w krocze przeciwnika, ale tamten zablokował uderzenie. Co gorsze, drań kopnął Dana w drugie, felerne kolano, jego słaby punkt. Szybki jak jaszczurka błysk bólu przemknął przez udo do pachwiny i zawirował w żołądku. Trafienie w to kolano czasami przypominało kopniaka w jaja: nie mógł złapać tchu i prawie rozluźnił chwyt.

Prawie.

Intruz przełazi przez niego i próbował odczołgać się w stronę kuchni, ale Dan chwycił jego marynarkę. Bandzior uparcie posuwał się dalej, wlokąc Dana za sobą.

Wyglądałoby to śmiesznie, gdyby obaj nie krwawili i nie dyszeli jak zajeżdżone konie. I gdyby nie byli śmiertelnie poważni.

Z rozmytym, gasnącym wzrokiem Dan rzucił się do przodu w ostatnim rozpaczliwym wysiłku, żeby przygwoździć do ziemi intruza. Lecz bandyta widocznie doszedł do wniosku, że najlepszą defensywą jest porządna ofensywa, więc przestał się wyrywać i odwrócił się do Dana, przeklinając tak zawzięcie, że ślina pryskała mu z ust. Wydawało się, że wymachiwał jednocześnie czterema lub pięcioma ramionami. Walczący przetoczyli się kilka stóp w głąb korytarza, zanim zatrzymali się z intruzem na wierzchu.

Coś zimnego i twardego stuknęło Dana w zęby. Wiedział, co to jest. Lufa broni.

– Przestań się stawiać! – zażądał obcy.

Poprzez metal wibrujący na zębach Dan powiedział:

– Gdybyś chciał mnie zabić, już bym nie żył.

– Nie przeciągaj struny – ostrzegł bandyta, dostatecznie wściekły, żeby pociągnąć za spust nawet wbrew sobie.

Mrugając rozpaczliwie, Dan odrobinę oczyścił pole widzenia, na tyle, żeby zobaczyć rozmazany kształt broni, wielkiej jak armata, wetkniętej w jego usta. Zobaczył również mężczyznę za bronią, chociaż niewyraźnie. Lampa sufitowa w korytarzu wisiała z tyłu nad głową sukinsyna, więc jego twarz kryła się w cieniu. Lewe ucho dziwacznie obwisło i broczyło krwią.