Выбрать главу

Dan zorientował się, że krew skleiła mu rzęsy. Krew i obfite strugi słonego potu nadal zalewały mu oczy, i częściowo dlatego nic nie widział.

Przestał walczyć.

– Puszczaj… ty… cholerny… buldogu! – wysapał intruz, klęcząc na nim i chwytając nowy oddech przy każdym słowie, jakby słowa były ołowianymi sztabami i każde wymagało ogromnego wysiłku.

– Okay – powiedział Dan i puścił.

– Odbiło ci, facet?

– Jasne – przytaknął Dan.

– Kurwa, mało mi ucha nie urwałeś!

– Jasne.

– Nie wiesz, kiedy masz leżeć spokojnie, ty głupi sukinsynu?

– Teraz?

– Tak, teraz!

– Okay.

– Nie wstawaj!

– Dobrze.

Intruz odsunął się i chociaż ciągle mierzył z pistoletu do Dana, nie przyciskał już broni do jego zębów. Przez chwilę nieufnie wpatrywał się w Dana, po czym wstał. Z trudem.

Teraz Dan widział go lepiej, ale to nie miało znaczenia, ponieważ nie znał tego człowieka.

Facet wycofał się w stronę kuchni. Trzymał broń jedną ręką, a drugą dotykał krwawiącego ucha.

Bezbronny, nie mogąc się ruszyć pod groźbą postrzelenia, Dan leżał na plecach na podłodze korytarza, z uniesioną głową, krew spływała mu do oczu, czuł zapach krwi, jej smak, serce mu waliło, chciał walczyć dalej, chciał rzucić się na drania pomimo pistoletu, ale musiał zapanować nad sobą, nie mógł nic zrobić, tylko patrzeć z bezsilną furią na ucieczkę włamywacza.

Bandzior dotarł do kuchni. Tylne drzwi były otwarte. Wyszedł przez nie tyłem, zawahał się, potem pobiegł.

Dan na czworakach poszukał własnej broni, która leżała na podłodze pod drzwiami pokoju, gdzie go napadnięto. Chwycił rewolwer, chwiejnie dźwignął się na nogi, wrzasnął, kiedy granat bólu eksplodował w kontuzjowanym kolanie, cudem wepchnął ból do małej skrzyneczki swojego umysłu i zatrzasnął wieko, po czym ruszył do kuchni.

Zanim dotarł do tylnych drzwi i wyszedł na chłodne nocne powietrze, intruz zniknął. Nie miał pojęcia, którą część sekwojowego płotu przeskoczył włamywacz.

Dan obmył twarz w łazience Rinka. Na czole miał siniec i otarcie.

Wróciła mu ostrość wzroku. Chociaż odnosił wrażenie, że jego głowa zmieniła się w kowadło, nie musiał obawiać się wstrząsu mózgu.

Nie tylko głowa go bolała. Czuł bolesne pulsowanie w plecach, ramionach, karku i lewym kolanie.

W apteczce nad zlewem znalazł paczkę gazy, zrobił z niej kompres i odłożył. Odkrył również pojemnik ze środkiem dezynfekcyjnym, więc spryskał poranione czoło, osuszył je niezręcznie, spryskał jeszcze raz. Przyłożył gazowy kompres do czoła i mocno przycisnął prawą ręką w nadziei, że całkiem zatamuje krwawienie, zanim skończy przeszukiwać dom.

Wszedł do pokoju, gdzie go napadnięto, i zapalił światło. Był to gabinet, mniej elegancki, lecz równie kosztownie umeblowany jak salon. Jedną ścianę w całości zakrywały regały zbudowane wokół telewizora i magnetowidu. Połowę półek zajmowały książki; drugą połowę wypełniały kasety wideo. Najpierw obejrzał taśmy i znalazł kilka znajomych tytułów: „Transamerican Express”, „Arthur”, wszystkie filmy Abbotta i Costella, „Tootsie”, „Żegnaj dziewczyno”, „Dzień świstaka”, „Nieczysta gra”, „Pani Doubtfire”, kilka filmów z Charliem Chaplinem, dwa obrazy braci Mara. Wszystkie filmy fabularne to były komedie; widocznie zawodowy zabójca potrzebował odrobiny humoru, kiedy wracał zmęczony do domu po całym dniu rozwalania ludzi. Ale większość filmów była pornograficzna, z tytułami w rodzaju „Debbie załatwia Dallas” albo „Sperminator”; na oko jakieś dwieście do trzystu pornosów.

Książki bardziej zainteresowały Dana, ponieważ o nie najwyraźniej chodziło włamywaczowi. Na podłodze przed regałem stało kartonowe pudło, w którym leżało kilka tomów zdjętych z półki. Dan najpierw obejrzał całą kolekcję i odkrył, że wszystkie książki to niebeletrystyczne traktaty na temat tej czy innej dziedziny okultyzmu. Potem, wciąż przyciskając gazę jedną ręką do czoła, przerzucił siedem tomów w pudle i zobaczył, że wszystkie napisał ten sam autor, Albert Uhlander. Uhlander?

Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął mały notesik z adresami, który zabrał poprzedniej nocy z domu w Studio City, ze zdewastowanego gabinetu Dylana McCaffreya. Przekartkował stroniczki do U i znalazł tylko jedno nazwisko. Uhlander.

McCaffrey interesował się okultyzmem i znal Uhlandera. Rink, który interesował się okultyzmem, co najmniej czytywał Uhlandera; może również znał go osobiście. Istniało powiązanie pomiędzy McCaffreyem a Nedem Rinkiem. Ale czy walczyli po tej samej stronie, czy byli wrogami? I co miał z tym wspólnego okultyzm?

Kręciło mu się w głowie, nie tylko od uderzenia kolbą pistoletu.

W każdym razie Uhlander najwyraźniej stanowił klucz do zagadki. Widocznie intruz włamał się tylko po to, żeby usunąć te książki z domu, żeby ukryć powiązania z Uhlanderem.

Przyciskając gazę do czoła, Dan wyszedł z gabinetu. Ból, niczym prąd elektryczny, wydawał się płynąć przez gazę do jego dłoni, w górę ręki do prawego ramienia, w dół przez plecy, w górę do lewego ramienia, przez kark i lewy policzek, i zamykał obwód z powrotem na czole, gdzie cala zabawa zaczynała się od początku.

Oszczędzając lewe kolano, przekładając rzeczy jedną ręką i czując się jak wielki okaleczony owad, przeszukał metodycznie cały dom i nie znalazł więcej nic ciekawego. Rink był płatnym mordercą, a płatni mordercy nie przechowują poręcznych małych notesików z adresami i rejestrów zleceń, żeby pomagać w policyjnym śledztwie.

Wróciwszy do łazienki, zdjął kompres i zobaczył, że krwawienie rzeczywiście ustało.

Wyglądał koszmarnie. Ale całkiem stosownie, ponieważ również czuł się koszmarnie.

21

Kiedy Dan dokuśtykał do krawężnika, niosąc niewielkie pudło z książkami, George Padrakis wciąż siedział za kierownicą nieoznakowanego sedana, w ciemności, za uchylonym oknem. Opuścił szybę do końca, kiedy zobaczył Dana.

– Właśnie gadałem przez radio. Mondale chce… Hej, co ci się stało w głowę?

Dan opowiedział mu o włamywaczu.

Padrakis otworzył drzwi i wysiadł z auta. Wyglądał i mówił jak Perry Como, i poruszał się tak samo: leniwie, niedbale, z wrodzonym wdziękiem. Nawet kiedy wyciągał rewolwer spod marynarki, zrobił to niedbale.

– Facet zwiał – oznajmił Dan, kiedy Padrakis zrobił krok w stronę domu Rinka. – Już dawno.

– Ale jak się tam dostał?

– Tylnym wejściem.

– Na tej ulicy jest cicho, a ja miałem uchylone okno – zaprotestował Padrakis. – Usłyszałbym rozbijanie szyby czy cokolwiek.

– Nie znalazłem rozbitej szyby – wyjaśnił Dan. – Myślę, że wszedł kuchennymi drzwiami, pewnie miał klucz.

– Więc to nie moja wina – stwierdził Padrakis i włożył rewolwer do kabury. – Nie mogę być w dwóch miejscach naraz, do cholery. Jak chcieli obstawić również tył domu, powinni przydzielić dwóch ludzi. Dobrze się przyjrzałeś temu cwaniaczkowi, który ci przyłożył?

– Nie za dobrze. – Dan zwrócił Padrakisowi klucz. – Ale jeśli zobaczysz faceta ze strasznie zmasakrowanym uchem, to on.

– Uchem?

– Prawie mu urwałem ucho.

– Po co?

– Po pierwsze dlatego, że chciał mi rozwalić łeb – odparł niecierpliwie Dan. – Poza tym ja jestem jak matador. Zawsze chcę przynieść do domu trofeum, a ten facet nie miał ogona.

Padrakis wydawał się zbity z tropu.