Выбрать главу

Olbrzymi turystyczny dom na kółkach wyjechał zza rogu z rykiem silnika i przetoczył się przez ulicę niczym dinozaur.

Padrakis zmarszczył brwi na widok pudła w ręku Dana i podniósł głos, żeby przekrzyczeć hałaśliwy pojazd miłośników natury.

– Co tam masz?

– Książki.

– Książki?

– Zszyte kartki papieru zadrukowane słowami, w celu dostarczenia informacji lub rozrywki. Co z tym radiem? Czego chciał Mondale?

– Zabierasz te książki ze sobą?

– Właśnie.

– Nie wiem, czy możesz.

– Nie martw się. Poradzę sobie. Nie są takie ciężkie.

– Nie o to mi chodziło.

– Czego chciał Mondale?

Wpatrując się ponuro w pudło trzymane przez Dana, Padrakis zaczekał, aż zmotoryzowany dom minął ich niczym brontozaur człapiący ociężale przez pierwotne bagno. Owionął ich obłok spalin i zimnego powietrza.

– Przekazałem Mondale’owi, że tutaj jesteś.

– Jak przezornie z twojej strony, George.

– Właśnie zamierzał odwiedzić Znak Pentagramu na Bulwarze Ventura.

– Dobrze mu zrobi.

– Bardzo chce się tam z tobą spotkać.

– Co to jest ten cholerny Znak Pentagramu? Nazywa się jak bar dla wilkołaków.

– To chyba jakaś księgarnia czy coś w tym guście – odparł Padrakis, wciąż spoglądając pochmurnie na pudło z książkami. – Zabili tam faceta.

– Jakiego faceta?

– Chyba właściciela. Nazywa się Scaldone. Mondale mówił, że wygląda jak trupy w Studio City.

– Tyle z mojego obiadu – mruknął Dan. Ruszył chodnikiem, przez plamy czarnofioletowych cieni rozdzielone kałużami bladego bursztynowego światła, w stronę własnego samochodu.

Padrakis pospieszył za nim.

– Hej, te książki…

– Ty czytasz, George?

– Są własnością zmarłego…

– Nie ma jak wieczór z dobrą książką, chociaż trupa to już chyba nie bawi.

– I to nie jest miejsce przestępstwa, skąd możemy zabrać każdą rzecz jako dowód.

Dan oparł pudło na zderzaku samochodu, otworzył bagażnik, włożył pudło do środka i powiedział:

– „Człowiek, który nie czyta dobrych książek, w niczym nie jest lepszy od tego, który nie umie czytać”. Mark Twain tak powiedział, George.

– Słuchaj, dopóki ktoś z rodziny nie wyrazi zgody, naprawdę uważam, że nie powinieneś…

Dan zatrzasnął pokrywę bagażnika i wyrecytował:

– „W książkach kryją się skarby większe od wszystkich pirackich łupów na Wyspie Skarbów”. Walt Disney. On miał rację, George. Powinieneś więcej czytać.

– Ale…

– „Książki to coś więcej niż stosy martwego papieru, to żywe umysły na półkach biblioteki”. Gilbert Highet. – Poklepał Padrakisa po ramieniu. – Poszerzaj swoje ograniczone horyzonty, George. Nadaj barwę swojej szarej egzystencji detektywa. Czytaj, George, czytaj!

– Ale…

Dan wsiadł do samochodu, zamknął drzwi i uruchomił silnik. Padrakis patrzył na niego z wyrzutem przez szybę.

Dan pomachał i odjechał.

Skręcił za róg, przejechał kilka przecznic i zatrzymał samochód przy krawężniku. Wyjął notes z adresami Dylana McCaffreya. Pod literą S znalazł Josepha Scaldone, obok słowo „Pentagram”, numer telefonu i adres na Bulwarze Ventura.

Morderstwa w Studio City, śmierć Neda Rinka i obecne zabójstwo Scaldonego prawie na pewno były ze sobą powiązane. Coraz bardziej wyglądało na to, że ktoś rozpaczliwie próbuje zatuszować dziwaczną konspirację, eliminując wszystkich uczestników. Prędzej czy później zlikwidują również Melanie McCaffrey – albo porwą ją od matki. A jeśli bezimienni wrogowie ponownie dostaną w łapy dziewczynkę, mała zniknie na zawsze; nie będzie miała tyle szczęścia, żeby uratować się po raz drugi.

O dziewiętnastej zero pięć Laura była w kuchni, robiła obiad dla siebie, Melanie i Earla. Woda w dużym garnku zaczynała kipieć na piecyku, w mniejszym garnku podgrzewał się sos do spaghetti z pulpetami. Kuchnię wypełniały smakowite zapachy: czosnek, cebula, pomidory, bazylia i ser. Laura opłukała garść czarnych oliwek i wrzuciła je do wielkiej miski z sałatką.

Melanie siedziała przy stole, milcząca, nieruchoma, ze spuszczoną głową i dłońmi splecionymi na podołku. Oczy miała zamknięte, jakby spała. A może tylko wycofała się głębiej w swój własny, prywatny świat.

Po raz pierwszy od sześciu lat Laura przygotowała posiłek dla córki i nawet żałosny stan Melanie nie mógł całkiem zepsuć tej chwili. Laura czuła się domowo i macierzyńsko. Minęło wiele czasu, odkąd ostatnio doznawała takich uczuć; zapomniała już, że macierzyństwo może dostarczać równie wielkiej satysfakcji jak osiągnięcia zawodowe.

Earl Benton nakrył do stołu, rozstawił talerze i szklanki, rozłożył sztućce i serwetki. Teraz siedział naprzeciwko Melanie, w koszuli z krótkimi rękawami – i z kaburą pod pachą – czytając gazetę. Kiedy natrafił na coś ciekawego, zabawnego czy szokującego w kolumnie z plotkami lub w kąciku samotnych serc, czytał to Laurze.

Pieprzówka, cętkowana kocica, zwinęła się wygodnie w kącie obok lodówki, ukołysana mruczeniem i wibracją silnika. Wiedziała, że nie wolno jej włazić na stół czy kuchenne blaty, i zwykle siedziała cichutko w kuchni z obawy, żeby jej całkiem nie wyrzucono. Nagle jednak kotka miauknęła przeraźliwie i zerwała się na nogi. Wygięła grzbiet w łuk, zjeżyła sierść. Spojrzenie miała dzikie, syczała i pluła z furią. Earl odłożył gazetę i zapytał:

– Co się stało, kiciu?

Laura odwróciła się od deski, na której kroiła warzywa na sałatkę.

Pieprzówka okazywała straszliwe zdenerwowanie. Jej uszy przywarły płasko do czaszki, wargi ściągnęły się, obnażając kły.

– Pieprzówka, co ci jest?

Wybałuszone ze zgrozy oczy kota zdawały się rozsadzać oczodoły. Przez chwilę patrzyły na Laurę. W tych oczach nie zostało nic z domowego zwierzątka, nic, tylko czysta dzikość.

– Pieprzówka…?

Kotka wyskoczyła z kąta, wrzeszcząc ze strachu lub wściekłości. Pomknęła w stronę rzędu szafek, lecz nagle zawróciła ostro, jakby zobaczyła coś potwornego. Rzuciła się do zlewu, potem zapiszczała i znowu gwałtownie zmieniła kierunek. Jej pazurki drapały po płytkach podłogi. Przez kilka obrotów ścigała własny ogon, plując i kłapiąc szczękami, potem wyskoczyła prosto w górę, jakby dźgnięta niewidzialnym szpikulcem. Drapała powietrze pazurami, skakała i kręciła się na tylnych łapach w dziwacznym tańcu świętego Wita. Wreszcie opadła na cztery łapy i natychmiast rzuciła się do ucieczki. Jak błyskawica śmignęła pod stołem, pomiędzy krzesłami, przez kuchenne drzwi do jadalni. Zniknęła. •’. Odegrała niesamowite przedstawienie. Laura nigdy nie widziała niczego w tym rodzaju.

Melanie nie zwróciła uwagi na szaleństwa kota. Siedziała spokojnie z rękami na kolanach, z zamkniętymi oczami, ze spuszczoną głową.

Earl rzucił gazetę i wstał z krzesła. W głębi domu Pieprzówka wydała ostatni żałosny wrzask. Potem zapadła cisza.

Znak Pentagramu to był nieduży sklep w ruchliwym kwartale, stanowiącym samą esencję południowokalifornijskich nadziei i marzeń. Fotografia tej części Bulwaru Ventura mogła służyć za słownikową ilustrację hasła „drobny kapitalizm”. Małe sklepiki i restauracje tłoczyły się jedne przy drugim, całe szeregi firm prowadzonych przez właścicieli w najróżniejszym wieku i najrozmaitszego pochodzenia, i każdy mógł tam znaleźć coś ciekawego, zaspokoić każdy gust, egzotyczny czy zwyczajny: koreańska restauracja z najwyżej piętnastoma stolikami; feministyczna księgarnia; dostawca ręcznie wyrabianych noży; coś o nazwie Gejowskie Centrum Rozrywki; pralnia chemiczna, obsługa przyjęć, ramiarz, kilka delikatesów i sklep ze sprzętem elektronicznym; księgarnia sprzedająca wyłącznie fantasy i fantastykę naukową; Finanse Braci Ching, „Pożyczki dla Rzetelnych”; maleńka restauracyjka oferująca „zamerykanizowaną kuchnię nigeryjską” i druga specjalizująca się w „chinois, potrawy francusko – chińskie”; handlarz oferujący wojskowe wyposażenie wszelkiego rodzaju, chociaż nie broń. Niektórzy z tych przedsiębiorców zbijali majątek, inni nie mieli na to szans, wszyscy jednak marzyli i Dan nie mógł się oprzeć wrażeniu, że w wieczornym zmierzchu nadzieja oświetlała Bulwar Ventura nawet jaśniej niż latarnie.