Выбрать главу

Zaparkował w sporej odległości od Znaku Pentagramu i przeszedł obok furgonetki Wiadomości Naocznych Świadków, podobnych pojazdów z działów wiadomości KNBC i K.TLA, oznakowanych i nieoznakowanych policyjnych samochodów oraz wozu koronera. Na chodniku zebrał się tłum złożony z miejscowych gapiów, dzieciaków ubranych jak punki i gangsta – raperzy, które pozowały na uliczników, ale pewnie mieszkały z rodzicami w domach za trzysta tysięcy dolarów, oraz spragnionych sensacji przedstawicieli mediów o rozbieganym spojrzeniu, które (według Dana) upodabniało ich do szakali. Przepchnął się przez zbiegowisko, dostrzegł dziennikarza z „Los Angeles Times” i wycofał się poza zasięg minikamery, przed którą reporter i jego ekipa filmowali odcinek do wiadomości o jedenastej na Kanale Czwartym. Dan wyminął nastolatkę z pasiastymi błękitno – zielonymi włosami skręconymi w punkowe kolce; nosiła czarne buty do kolan, mikroskopijną czerwoną spódniczkę i biały sweter w dziwaczny deseń z martwych niemowląt. Cały fronton sklepu pokrywały amatorsko wymalowane, lecz barwne okultystyczne i astrologiczne symbole. Umundurowany policjant z LAPD stał pod wyblakłym czerwonym pentagramem, pilnując wejścia. Dan mignął odznaką i wszedł.

Rozmiar zniszczeń wydawał się znajomy. Wściekły olbrzym, który poprzedniej nocy zdemolował dom w Studio City, znowu zlazł z łodygi fasoli i obrócił w ruinę również ten sklep. Elektroniczna kasa wyglądała jak roztrzaskana młotem kowalskim; jakimś cudem prąd nadal krążył w zmiażdżonych obwodach i jedna czerwona cyferka migała w rozbitym okienku wyświetlacza, szóstka, przypominająca ostatnie słowo umierającej ofiary, jakby kasa próbowała powiedzieć policjantom coś o swoim zabójcy. Kilka półek w regałach pękło, na podłodze leżały stosy okaleczonych książek o zgniecionych obwolutach, pogiętych okładkach i podartych stronicach. Lecz w Znaku Pentagramu sprzedawano nie tylko książki; podłogę zaśmiecały również świece wszelkich barw, kształtów i rozmiarów, karty tarota, połamane tabliczki ouija, wypchane sowy, totemy, figurki tiki oraz setki egzotycznych proszków i olejków. Pachniało tu olejkiem różanym, truskawkowym kadzidłem i śmiercią.

Detektywi Wexlersh i Manuello znajdowali się wśród gliniarzy i techników z badań naukowych i zauważyli Dana, gdy tylko wszedł do sklepu. Ruszyli w jego stronę, brodząc przez szczątki towarów. Na twarzach mieli identyczne lodowate uśmiechy, bez śladu humoru. Przypominali parę lądowych rekinów, równie drapieżnych i zimnokrwistych jak prawdziwe rekiny.

Wexlersh był niski, z bladoszarymi oczami i woskowo białą cerą, która w Kalifornii wyglądała niestosownie nawet w zimie.

– Co się panu stało w głowę? – zapytał.

– Uderzyłem się o niską gałąź – wyjaśnił Dan.

– Chyba raczej pobił pan jakiegoś biednego, niewinnego podejrzanego, pogwałcił jego prawa obywatelskie, a biedny niewinny podejrzany okazał się na tyle głupi, żeby stawiać opór.

– Czy tak traktujecie podejrzanych w wydziale East Valley?

– A może to była prostytutka, która nie chciała dać darmowej próbki tylko dlatego, że pan jej machnął odznaką przed nosem – wyszczerzył się Wexlersh.

– Nie powinieneś silić się na żarty – pouczył go Dan. – Masz tyle dowcipu co dziura w kiblu.

Wexlersh wciąż się uśmiechał, ale jego szare oczy wypełniała zimna złość.

– Haldane, według pana, z jakim wariatem mamy tutaj do czynienia?

Manuello, pomimo nazwiska, nie przypominał z wyglądu Hiszpana: wysoki blondyn o kwadratowych rysach twarzy, z dołkiem w brodzie jak Kirk Douglas.

– Właśnie, Haldane, niech pan podzieli się z nami swoją mądrością i doświadczeniem – powiedział.

A Wexlersh dodał:

– Tak, pan jest porucznikiem. My jesteśmy tylko skromnymi detektywami pierwszego stopnia.

– Tak, pragniemy wysłuchać pańskich spostrzeżeń i wnikliwych opinii o tej wyjątkowo ohydnej zbrodni – rzucił szyderczo Manuello. – Nie możemy się doczekać.

Chociaż Dan przewyższał ich rangą, tego rodzaju drobna niesubordynacja mogła im ujść bezkarnie, ponieważ mieli stały przydział do East Valley, nie do centrali, gdzie pracował Dan, ale głównie dlatego, że byli pieszczoszkami Rossa Mondale’a i wiedzieli, że kapitan ich obroni.

– Wiecie co, wy dwaj źle wybraliście zawód. Na pewno wolelibyście łamać prawo, niż go bronić – odezwał się Dan.

– Ale naprawdę, poruczniku – powiedział Wexlersh – do tej pory musiał pan już stworzyć jakąś teorię. Co to za wariat gania po mieście i tłucze ludzi na dżem truskawkowy?

– A przy okazji – podjął Manuello – co to za wariat tutaj zginął?

– Joseph Scaldone? – upewnił się Dan. – Właściciel tego sklepu? Dlaczego twierdzisz, że był wariatem?

– No – powiedział Wexlersh – na pewno nie był zwykłym biznesmenem.

– Wątpię, żeby go przyjęli do Izby Handlowej – dorzucił Manuello.

– Albo do Biura Rozwoju Biznesu – uzupełnił Wexlersh.

– Kompletny szajbus – podsumował Manuello.

– Co wy wygadujecie? – zdziwił się Dan. Manuello odparł:

– Nie uważa pan, że tylko szajbus mógł prowadzić sklep… – sięgnął do kieszeni płaszcza i wyjął buteleczkę wielkości i kształtu tych, w jakich zwykle sprzedaje się oliwki -…sklep handlujący czymś takim?

Na pierwszy rzut oka buteleczka istotnie wydawała się zawierać małe oliwki, lecz Dan natychmiast zorientował się, że to były gałki oczne. Nie ludzkie oczy. Mniejsze. I dziwne.

Niektóre miały żółte źrenice, inne zielone, pomarańczowe, czerwone, ale chociaż różniły się kolorami, wszystkie miały podobny kształt: nie okrągłe jak źrenice oczu człowieka i większości zwierząt, tylko podłużne, eliptyczne, promieniujące złem.

– Wężowe oczy – oznajmił Manuello, pokazując etykietę.

– A co pan na to? – zagadnął Wexlersh, wyjmując inną buteleczkę z kieszeni kurtki.

Wypełniał ją szarawy proszek. Starannie wypisana etykietka głosiła: GUANO NIETOPERZY.

– Gówno nietoperzy – przetłumaczył Wexlersh.

– Sproszkowane gówno nietoperzy – mówił Manuello – wężowe oczy, jaszczurcze języki, wianki czosnku, fiolki byczej krwi, magiczne zaklęcia, uroki i inne bzdury. Jacy ludzie przychodzą tutaj i kupują takie śmiecie, poruczniku?

– Wiedźmy – podpowiedział Wexlersh, zanim Dan zdążył się odezwać.

– Baby, którzy uważają się za wiedźmy.

– Czarownicy – ciągnął Wexlersh.

– Faceci, którzy uważają się za czarowników.

– Wariaci – zakończył Wexlersh.

– Popaprańcy – stwierdził Manuello.

– Ale tutaj przyjmują karty kredytowe Visa i MasterCard – oznajmił Wexlersh. – Oczywiście tylko z ważnym dowodem tożsamości.

– Tak, w naszych czasach czarownicy i wariaci używają MasterCard – zauważył Manuello. – Czy to nie dziwne?

– Płacą rachunki za nietoperze gówno i wężowe oczy w dwunastu dogodnych miesięcznych ratach – wyjaśnił Wexlersh.

– Gdzie jest ofiara? – zapytał Dan.

Wexlersh wskazał wyprostowanym kciukiem w głąb sklepu.

– Jest tam z tyłu, próbują go do głównej roli w sequelu „Teksaskiej masakry piłą łańcuchową”.

– Spodziewani się, że wy, faceci z centrali, macie mocne żołądki – rzucił Manuello, kiedy Dan ruszył w głąb sklepu.