– Nie haftuj pan tutaj – ostrzegł Wexlersh.
– Właśnie, żaden sędzia nie dopuści dowodów w sądzie, jeśli jakiś gliniarz je obrzyga – wytłumaczył Manuello.
Dan zignorował ich. Gdyby zrobiło mu się niedobrze, starałby się obrzygać Wexlersha i Manuella.
Przestąpił przez stertę skotłowanych książek, przesiąkniętych rozlanym olejkiem jaśminowym, i podszedł do zastępcy patologa, który kucał nad bezkształtną szkarłatną masą, pozostałością po Josephie Scaldone.
W celu zweryfikowania teorii, że cętkowana kocica usłyszała odgłosy włamania zbyt ciche dla ludzkich uszu i przestraszyła się intruza w odległej części domu, Earl Benton przeszedł przez wszystkie pokoje, sprawdził drzwi i okna, zajrzał do szaf i za większe meble. Ale nie odkrył nic podejrzanego.
Znalazł Pieprzówkę w pokoju dziennym, już nie wystraszoną, lecz czujną. Kotka leżała na telewizorze. Pozwoliła się pogłaskać i zaczęła mruczeć.
– Co w ciebie wstąpiło, kiciu? – zapytał Earl.
Po kilku pieszczotach kotka wyciągnęła jedną nogę nad krawędzią telewizora i wskazała łapką na przyciski. Spojrzała na Earla prosząco, jakby chciała zapytać, czy mógłby włączyć grzejnik – z – dźwiękiem – i – obrazem, żeby trochę podgrzać jej tymczasowe legowisko.
Nie spełniwszy prośby, Earl wrócił do kuchni. Melanie wciąż siedziała przy stole, równie ożywiona jak marchewka.
Laura stała przy blacie, gdzie Earl ją zostawił, wciąż trzymając nóż. Chyba nic nie zrobiła od jego wyjścia. Po prostu czekała z nożem w ręku na wypadek, gdyby ktoś inny wrócił zamiast Earla.
Na jego widok wyraźnie doznała ulgi. Odłożyła nóż i zapytała:
– I co? – Nic.
Drzwi lodówki nagle same się otworzyły. Słoiki, butelki i inne przedmioty na szklanych półkach zaczęły trząść się i grzechotać. Drzwiczki kilku szafek rozwarły się nagle, jakby szarpnięte niewidzialną ręką.
Laura zachłysnęła się.
Earl instynktownie sięgnął do kabury po broń, ale nie miał do kogo strzelać. Zastygł w bezruchu, z dłonią na kolbie rewolweru, trochę zakłopotany i bardziej niż trochę zdumiony.
Naczynia brzęczały i szczękały na półkach. Kalendarz wiszący na ścianie obok tylnych drzwi spadł na podłogę z odgłosem przypominającym łopot skrzydeł.
Po dziesięciu czy piętnastu sekundach, które wydawały się godziną, naczynia przestały grzechotać, drzwi szafek przestały kołysać się na zawiasach, a zawartość lodówki znieruchomiała.
– Trzęsienie ziemi – oświadczył Earl.
– Czyżby? – zapytała z powątpiewaniem Laura McCaffrey.
Wiedział, o co jej chodzi. To było podobne do skutków niewielkiego trzęsienia ziemi, a jednak… inne. Pod wpływem osobliwej zmiany ciśnienia powietrze jakby zgęstniało, nagle pojawił się chłód zbyt ostry, żeby składać winę wyłącznie na otwarte drzwi lodówki. I rzeczywiście kiedy wstrząsy ustały, powietrze natychmiast się ociepliło, chociaż lodówka wciąż była otwarta.
Lecz jeśli nie trzęsienie ziemi, to co? Nie przelot nad – dźwiękowego samolotu. To nie tłumaczyło zimna ani zmiany ciśnienia. Nie duch. Earl nie wierzył w duchy. Zresztą skąd taki pomysł, do cholery? Kilka dni temu obejrzał „Ducha” na swoim magnetowidzie. Może stąd powstało skojarzenie. Ale nie tak łatwo poddawał się sugestii, żeby jeden porządny film grozy kazał mu szukać nadnaturalnych przyczyn tutaj i teraz, kiedy nasuwało się znacznie mniej egzotyczne wyjaśnienie.
– Tylko trzęsienie ziemi – powtórzył, chociaż wcale nie był o tym przekonany.
Założyli, że to jest Joseph Scaldone, właściciel, ponieważ wszystkie dokumenty w jego portfelu wystawione były na nazwisko Scaldone. Dopóki jednak nie sprawdzą karty dentystycznej albo odcisków palców, mogli go zidentyfikować tylko na podstawie zawartości portfela. Żaden znajomy Scaldonego nie potrafił go rozpoznać, ponieważ biedak nie miał już twarzy. Niewielkie szansę miała również identyfikacja na podstawie blizn czy innych znaków szczególnych, gdyż skóra została pocięta, poszarpana, pozdzierana i podziurawiona tak brutalnie, że stare blizny czy znamiona znikły wśród krwawych strzępów. Potrzaskane żebra sterczały przez dziury w koszuli, ostry odłamek kości przebił mięśnie nogi i materiał spodni.
Trup wyglądał jak… rozgnieciony.
Dan odwrócił się od zwłok i zobaczył człowieka, którego zegar biologiczny widocznie się rozregulował. Mężczyzna miał gładką, otwartą, pozbawioną zmarszczek twarz trzydziestolatka, siwiejące włosy pięćdziesięciolatka i przygarbione wiekiem ramiona emeryta. Nosił dobrze skrojony ciemnoniebieski garnitur, białą koszulę i ciemnoniebieski krawat ze złotym łańcuszkiem zamiast klipsa czy spinki.
– Pan jest Haldane? – zapytał.
– Zgadza się.
– Michael Seames, FBI.
Podali sobie ręce. Dłoń Seamesa była zimna i lepka. Odsunęli się od trupa i znaleźli kąt wolny od śmieci.
– Teraz wy to przejmujecie? – zagadnął Dan.
– Bez obaw. Nie odsuniemy pana od sprawy – zapewnił dyplomatycznie Seames. – Chcemy tylko w tym uczestniczyć. Tylko obserwować… na razie.
– Świetnie – odparł szczerze Dan.
– Rozmawiałem ze wszystkimi innymi pracującymi nad tą sprawą, więc chciałem tylko powtórzyć panu, co im powiedziałem. Proszę informować mnie na bieżąco. Chcę wiedzieć o każdym nowym odkryciu, nawet najbardziej nieistotnym.
– Ale jakie usprawiedliwienie podaje FBI, żeby wkroczyć w tę sprawę?
– Usprawiedliwienie? – Twarz Seamesa zmarszczyła się w wymuszonym uśmiechu. – Poruczniku, po czyjej pan jest stronie?
– Chciałem wiedzieć, jakie federalne przepisy zostały złamane?
– Powiedzmy, że to kwestia bezpieczeństwa narodowego.
W młodej twarzy Seamesa tkwiły oczy stare, doświadczone i czujne. Przypominały oczy drapieżnego jaszczura, który żył tutaj od czasów ery mezozoicznej i znał wszystkie sztuczki.
– Hoffritz pracował dawniej dla Pentagonu – zauważył Dan. – Robił dla nich badania.
– Owszem.
– Czy prowadził badania nad obronnością, kiedy go zabito?
– Nie.
Agent mówił płaskim głosem, pozbawionym modulacji, wypranym z emocji, dlatego Dan nie wiedział, czy tamten kłamie, czy mówi prawdę.
– A McCaffrey? – zapytał. – Czy on prowadził badania wojskowego typu?
– Nie dla nas – odparł Seames. – Przynajmniej nie ostatnio.
– Dla kogoś innego?
– Może.
– Dla Rosjan?
– W tych czasach prędzej dla Iraku, Iranu czy Libii.
– Mówi pan, że któryś z ich rządów go finansował?
– Tego nie powiedziałem – zaprzeczył Seames tym samym bezbarwnym głosem, który niczego nie zdradzał. – Nic nie wiemy i dlatego chcemy się włączyć w tę sprawę. McCaffrey pracował nad projektem finansowanym przez Pentagon, kiedy zniknął sześć lat temu ze swoją córką. Wtedy go sprawdziliśmy na polecenie Departamentu Obrony i doszliśmy do wniosku, że nie uciekł z żadną nową, cenną informacją dotyczącą projektu. Uważaliśmy, że nic się za tym nie kryło… wyłącznie osobista decyzja związana z nieprzyjemną kłótnią o prawo opieki nad dzieckiem.
– Może tak było.
– Tak, może tak było – przyznał Seames. – Przynajmniej z początku. Ale po pewnym czasie McCaffrey widocznie zajął się czymś ważnym… może nawet niebezpiecznym. Przynajmniej na to wygląda, kiedy się obejrzy ten szary pokój w Studio City. Co do Willy’ego Hoffritza… osiemnaście miesięcy po zniknięciu McCaffreya Hoffritz zakończył długofalowy projekt Pentagonu i odmówił przyjęcia następnych zleceń związanych z obronnością. Powiedział, że badania tego rodzaju zaczęły mu ciążyć na sumieniu. Początkowo wojskowi próbowali go przekonać, żeby zmienił zdanie, ale w końcu przyjęli jego rezygnację.