– Ż tego, co o nim słyszałem – mruknął Dan – wątpię, czy Hoffritz w ogóle miał sumienie.
Przenikliwe jastrzębie oczy Seamesa wpatrywały się w Dana.
– Chyba ma pan rację pod tym względem. Wtedy, kiedy Hoffritz odstawił ten numer z mea culpa, Departament Obrony nie prosił nas o zweryfikowanie jego nagłego nawrócenia na pacyfizm. Przyjęli to za dobrą monetę. Ale dzisiaj przyjrzałem się dokładniej Willy’emu Hoffritzowi. W moim przekonaniu Hoffritz przestał korzystać z grantów Pentagonu tylko dlatego, że nie chciał dłużej podlegać wyrywkowym okresowym kontrolom służb bezpieczeństwa. Nie chciał, żeby ktoś mu patrzył na ręce. Potrzebował anonimowości dla jakiegoś własnego projektu.
– Na przykład torturowania dziewięcioletniej dziewczynki – podsunął Dan.
– Tak. Przed paroma godzinami byłem w Studio City, obejrzałem ten dom. Wstrętne.
Ani wyraz twarzy, ani spojrzenie nie pasowało do niesmaku i potępienia w jego głosie. Sądząc po oczach, wręcz nasuwało się podejrzenie, że Michael Seames uważał szary pokój raczej za interesujący niż odrażający.
– Jak pan myśli, dlaczego oni robili takie rzeczy z Melanie McCaffrey? – zapytał Dan.
– Nie mam pojęcia. Zwariowana historia – ocenił Seames, szeroko otwierając oczy i w zadziwieniu kręcąc głową. Lecz ta mina niewiniątka wyglądała na wykalkulowaną.
– Jaki efekt chcieli uzyskać?
– Nie wiem.
– W tamtym domu nie prowadzili zwykłych badań nad modyfikacją behawioralną – stwierdził Dan.
Seames wzruszył ramionami.
– Badali metody prania mózgu, całkowitej kontroli umysłu… i coś jeszcze… coś gorszego.
Seames wydawał się znudzony. Jego wzrok ześliznął się z Dana i powędrował w stronę techników z wydziału badań naukowych, przesiewających spryskane krwią śmieci.
– Ale dlaczego? – powtórzył Dan.
– Naprawdę nie wiem – ponownie oświadczył Seames, tym razem ze zniecierpliwieniem. – Ja tylko…
– Ale rozpaczliwie próbujecie się dowiedzieć, kto finansował ten cały piekielny projekt – ciągnął Dan.
– Nie powiedziałbym „rozpaczliwie”. Powiedziałbym, że nam zależy. Bardzo zależy.
– Więc musicie chociaż trochę orientować się, do czego oni zmierzali. Coś wiecie i dlatego wam zależy.
– Na litość boską, Haldane – rzucił gniewnie Seames, ale nawet jego gniew wydawał się wykalkulowany; podstęp obliczony na zmylenie przeciwnika. – Widział pan, w jakim stanie są ciała. Wybitni naukowcy, dawniej finansowani przez Pentagon, zamordowani w niewytłumaczalny sposób… cholera, pewnie, że jesteśmy zainteresowani!
– Niewytłumaczalny? – zdziwił się Dan. – Przecież to jasne. Pobito ich na śmierć.
– Daj pan spokój, Haldane. To bardziej skomplikowane. Gdyby pan pogadał z własnym biurem koronera, dowiedziałby się pan, że nie potrafią określić rodzaju tego cholernego narzędzia zbrodni. I że ofiary nie miały żadnej szansy obrony… brak krwi, skóry czy włosów pod ich paznokciami. I wielu ciosów nie mógł zadać człowiek walący maczugą, bo żaden człowiek nie ma tyle siły, żeby w ten sposób zmiażdżyć kości innego człowieka. To wymaga ogromnej siły, mechanicznej siły… nieludzkiej siły. Ich nie pobito tak zwyczajnie na śmierć, ich rozgnieciono jak pluskwy! I jeszcze te drzwi.
Dan zmarszczył czoło.
– Jakie drzwi?
– Tutaj, w tym sklepie, frontowe i tylne drzwi.
– Co z nimi?
– Pan nie wie?
– Dopiero przyszedłem. Jeszcze z nikim nie rozmawiałem. Seames nerwowo poprawił krawat. Ten gest zaniepokoił
Dana. Jeszcze nigdy nie widział nerwowego agenta FBI. A zdenerwowanie Michaela Seamesa było chyba jedyną rzeczą, której nie udawał.
– Drzwi były zamknięte na klucz, kiedy przyjechali pana ludzie – zaczął agent. – Scaldone skończył dzisiaj prac? tuż przed zabójstwem. Tylne drzwi pewnie były zamknięte przez cały czas, ale zanim został zabity, zamknął również drzwi frontowe na klucz i zaciągnął roletę. Pewnie zamierzał wyjść tylnymi drzwiami – jego samochód stoi za budynkiem – po podliczeniu dziennego utargu. Ale nie skończył liczyć. Został napadnięty w zamkniętym sklepie. Pierwszy policjant, który dotarł na miejsce zbrodni, musiał wyłamać zamek w drzwiach frontowych.
– Więc?
– Więc w środku była tylko ofiara – podjął Seames. Jedne i drugie drzwi były zamknięte na klucz, kiedy przyjechała policja, ale zabójca wydostał się ze sklepu.
– Co w tym takiego dziwnego? Widocznie zabójca miał klucz.
– I pozamykał za sobą, kiedy wychodził?
– Możliwe.
Seames pokręcił głową.
– Nie, jeśli wiemy, jak były pozamykane drzwi. Oprócz podwójnych zamków z zasuwą na każdych był też rygiel, ręcznie zamykany tylko od środka.
– Ręczne rygle na obu drzwiach? – upewnił się Dan.
– Tak. I w sklepie są tylko dwa okna. Wielkie okno wystawowe, zamocowane na stałe. Nikt tędy nie wyjdzie, jeśli najpierw nie rozbije go cegłą. Drugie jest na zapleczu, w gabinecie. Okno do wentylacji z żaluzjami.
– Dostatecznie duże dla człowieka?
– Tak – potwierdził Seames. – Tylko że od wewnątrz jest zakratowane.
– Zakratowane?
– Zakratowane.
– Więc musi być inna droga wyjścia.
– Niech pan znajdzie – zaproponował Seames tonem sugerującym, że nawet nie warto szukać.
Dan ponownie ocenił wzrokiem rozmiar zniszczeń i potarł twarz ręką, jakby próbował zetrzeć zmęczenie. Skrzywił się, kiedy czubki palców musnęły wciąż lepką ranę na czole.
– Mówi pan, że Scaldone został pobity na śmierć w pokoju zamkniętym na klucz.
– Zamordowany w zamkniętym pokoju, tak. Ciągle nie mam pewności co do określenia „pobity”.
– l zabójca nie mógł się stąd wydostać przed przyjazdem pierwszej ekipy?
– Nie miał którędy.
– Ale go tutaj nie ma.
– Właśnie. – Zbyt młoda twarz Seamesa jakby usiłowała dopasować się do siwiejących włosów i zgarbionych ramion: w ciągu ostatnich dziesięciu minut postarzała się co najmniej o kilka lat. – Rozumie pan, dlaczego mi zależy, poruczniku Haldane? Zależy mi na wyjaśnieniu śmierci dwóch byłych czołowych naukowców od obronności, ponieważ zabiły ich jakieś nieznane osoby lub siły, jakaś broń, która przenika przez ściany i zamknięte drzwi i przed którą absolutnie nie ma ucieczki.
To było nieco inne niż trzęsienie ziemi, ale Laura nie potrafiła dokładnie określić różnicy. No, po pierwsze nie słyszała dzwonienia szyb, chociaż przy trzęsieniu dostatecznie silnym, żeby pootwierać drzwiczki szafek, okna powinny klekotać i brzęczeć. Nie odczuła również żadnego ruchu, żadnego kołysania; oczywiście, jeśli znajdowali się dostatecznie daleko od epicentrum, niełatwo byłoby wykryć poruszenia gruntu. Powietrze wydawało się dziwnie przytłaczające, nie duszne ani wilgotne, tylko… naładowane. Laura przeżyła już kilka trzęsień ziemi, ale nie pamiętała tak ciężkiego powietrza. I coś jeszcze przemawiało przeciwko teorii trzęsienia ziemi, coś ważnego, czego ciągle nie mogła uchwycić.
Earl wrócił do stołu i gazety, a Melanie ciągle siedziała ze zwieszoną głową. Laura skończyła robić sałatkę i wstawiła ją do lodówki, czekając, aż makaron się ugotuje.
Woda zawrzała. Nad garnkiem uniosła się para.
Laura właśnie wyjmowała wermiszel z pudełka, kiedy Earl podniósł wzrok znad gazety i zawołał:
– Hej, to wyjaśnia kota! Laura nie zrozumiała. – Co?
– Tutaj piszą, że zwierzęta zwykle wyczuwają nadchodzące trzęsienie ziemi. Robią się nerwowe i dziwnie reagują. Może dlatego Pieprzówka wpadła w histerię i ścigała duchy po całej kuchni.
Zanim Laura zdążyła rozważyć słowa Earla, włączyło się radio, zupełnie jakby niewidzialna ręka przekręciła gałkę. Mieszkając sama przez ostatnie sześć lat, Laura czasami nie mogła znieść ciszy i pustki panującej w domu, toteż trzymała radia w kilku pokojach. Kuchenne wielozakresowe sony stało obok pojemnika na pieczywo, zaledwie kilka stóp od Laury, i kiedy samodzielnie się włączyło, odezwała się stacja KRLA, którą Laura ostatnio nastawiła. Bonnie Tyler śpiewała „Total Eclipse of the Heart”.