Zdołał uchwycić jeden palec Mondale’a i zaczął go odginać do tyłu.
Mondale mocno zwarł szczęki. Mięśnie policzków napięły się i zadrżały.
Palec wyginał się coraz bardziej. Mondale stawiał opór, jednocześnie zwiększając nacisk na dłoń Dana, lecz Dan nieubłaganie wyginał palec coraz mocniej, coraz mocniej. Pot wystąpił na czoło kapitana.
Mój pies jest lepszy od twojego psa, moja mama jest ładniejsza od twojej mamy, pomyślał Dan. Jezu! Ile my mamy lat, czternaście? Dwanaście?
Ale wciąż nie spuszczał oczu z twarzy Mondale’a i niczym nie dał po sobie poznać, że cierpi. Wygiął cholerny palec jeszcze trochę, prawie do pęknięcia, i jeszcze trochę, aż nagle Mondale zachłysnął się i puścił.
Notes z adresami pozostał w ręku Dana. Dan przytrzymał palec Mondale’a jeszcze przez sekundę czy dwie, żeby nie było wątpliwości, kto pierwszy się poddał. Pojedynek był szczeniacki i głupi, ale nie dało się wykluczyć ewentualności, że Ross Mondale traktował go poważnie. Był śmiertelnie poważny. A jeśli kapitan zamierzał dać nauczkę Danowi z użyciem siły fizycznej, to może… może sam czegoś się nauczył dzięki zastosowaniu tych samych środków wychowawczych.
Stali w cichej kuchni, wpatrując się w radio. Wreszcie Earl powiedział:
– W jaki sposób…
– Nie wiem – odparła Laura.
– Czy ono kiedyś…
– Nigdy.
Radio z nieszkodliwego urządzenia zmieniło się w groźną, zaczajoną bestię.
– Niech pani znowu je podłączy – polecił Earl.
Laurę ogarnął irracjonalny strach, że jeśli znowu włoży wtyczkę do gniazdka, radio wypuści pająkowate plastikowe nogi i zacznie pełzać po blacie. Ta nietypowo dziwaczna myśl była zdumiewająca, zaskoczył ją nagły przypływ przesądnych lęków, ponieważ uważała się za naukowca, osobę zawsze logiczną i racjonalną. Nie mogła jednak opanować wrażenia, że jakaś złowieszcza siła wciąż kryje się w radiu i czeka niecierpliwie na ponowne włączenie do sieci. Nonsens.
– Podłączyć? Dlaczego? – odpowiedziała, grając na zwłokę.
– No – odparł Earl – chcę zobaczyć, co ono zrobi. Nie możemy tego tak zostawić. To jakaś niesamowita sprawa. Musimy to zbadać.
Laura wiedziała, że on ma rację. Z wahaniem sięgnęła po przewód. Niemal oczekiwała, że zacznie wić się w jej dłoni, zimny i śliski jak węgorz. Ale to był tylko przewód elektryczny: zwykły, nieożywiony przedmiot.
Dotknęła gałki radia i odkryła, że teraz można nią ruszać. Przekręciła ją do końca i przełączyła na pozycję OFF.
Z wielką ostrożnością włożyła ponownie wtyczkę do gniazdka.
Nic.
Pięć sekund. Dziesięć. Piętnaście.
Earl odezwał się:
– No, cokolwiek to było… Radio nagle zbudziło się do życia. Skala zajaśniała.
Powrócił arktyczny mróz.
Laura odsunęła się od blatu, cofnęła się w stronę stołu z obawy, że radio rzuci się na nią. Zatrzymała się obok Melanie i położyła dłoń na ramieniu dziewczynki, żeby ją uspokoić, ale Melanie wydawała się równie obojętna na te niezwykłe wydarzenia jak na wszystko inne.
Gałka głośności poruszyła się. Tym razem nie przekręciła się do końca, ale zatrzymała się w połowie drogi. Najnowszy kawałek ordynarnego gangsta – rapu załomotał w głośnikach. Ciężki beat rozbrzmiewał głośno, ale można było wytrzymać.
Następna gałka obróciła się, jakby kierowana niewidzialną ręką. To było pokrętło strojenia. Czerwona kropka wskaźnika prześliznęła się po świecącej zielonej skali, porzuciła rapowy utwór i szybko pomknęła w prawo, wyłapując tylko urywki piosenek, reklam, wiadomości i zapowiedzi prezenterów z wielu różnych stacji. Kropka dotarła do końca skali i zawróciła w lewo aż do końca, potem znowu popędziła w prawo tak szybko, że fragmenty rozmaitych audycji zlewały się w dziwaczny elektroniczny szum. Earl podszedł bliżej do odbiornika sony.
– Ostrożnie – ostrzegła Laura.
Potem uświadomiła sobie, że śmieszne jest ostrzeganie kogoś przed zwykłym radiem. To był nieożywiony przedmiot, na litość boską, nie żywa istota. Miała je od czterech lat, dotrzymywało jej towarzystwa. To było tylko radio.
Mondale cofnął dłoń, ale nie rozmasował jej ani nawet nie poruszył palcami, żeby zmniejszyć ból. Niczym tępy szkolny osiłek urażony w swej dumie, nadal grał rolę twardziela. Niedbale włożył rękę do kieszeni, jakby szukał kluczyków czy drobnych, i więcej jej nie wyjmował.
Wyciągnął drugą rękę do Dana i pogroził mu palcem.
– Nie wolno ci tego spieprzyć, Haldane. To ważna sprawa. Zrobi się gorąco, naprawdę gorąco. Będziemy pracować jak w cholernym wielkim piecu. Prasa depcze mi po piętach, FBI siedzi mi na karku i miałem już telefony od burmistrza i od szefa policji Kelseya z żądaniami wyników. Nie zamierzam tego spieprzyć. Moja kariera zależy od tej sprawy. Zachowam kontrolę, Haldane, ścisłą kontrolę. Nie pozwolę, żeby jakiś cwaniaczek wystawił mnie na odstrzał. Sam decyduję, kiedy mam narażać swój tyłek. To jest wysiłek zespołowy, rozumiesz, a ja jestem kapitanem, trenerem i strzelcem w jednej osobie, i nikt, kto nie potrafi grać w zespole, nie wyjdzie na boisko. Jasne?
Więc jednak nie dojdzie do ostatecznej rozgrywki. Ross będzie tylko pienił się i odgrażał. Lubił odgrywać ważniaka, rozstawiać podwładnych po kątach, sztorcować i musztrować.
Dan westchnął z pewnym rozczarowaniem, odchylił się do tyłu w fotelu i założył ręce za głowę.
– Wielkie piece, boiska… Ross, pomieszały ci się przenośnie. Stary, pogódź się z tym, że nigdy nie będziesz natchnionym mówcą… i nie zdobędziesz posłuchu u podwładnych. Daleko ci do generała Pattona.
Piorunując go wzrokiem, Mondale oświadczył:
– Na żądanie szefa Kelseya organizuję specjalną jednostkę do prowadzenia tej sprawy, tak jak zrobili kilka lat temu z Dusicielem z Hillside. Tylko ja decyduję o wszystkich przydziałach i właśnie przydzieliłem cię do pracy biurowej w centrali na ten okres. Będziesz koordynował dane dotyczące pewnych aspektów śledztwa.
– Nie pracuję za biurkiem.
– Teraz pracujesz.
– Mam biurkofobię. Jak mi każesz usiąść za biurkiem, dostanę załamania nerwowego. To oznacza spore odszkodowanie za utratę zdrowia.
– Nie rób ze mnie jaj – ostrzegł ponownie Mondale.
– Poza tym boję się bibularzy… a te plastikowe uchwyty na ołówki doprowadzają mnie do szaleństwa. Więc pomyślałem sobie, że jutro z samego rana zacznę szukać tej grupy Teraz Wolność i może…
– Wexlersh i Manuello to załatwią – przerwał mu Mondale. – I pogadają z kierownikiem wydziału psychologii w UCLA. A ty będziesz siedział za biurkiem, Haldane… będziesz siedział za biurkiem i robił, co ci każą.
Dan nie wyjawił, że już był w UCLA i rozmawiał z Irmatrudą Heidi Gelkenshettle. Na razie nie zamierzał dzielić się z Mondale’em. Zamiast tego powiedział:
– Wexlersh to żaden detektyw. Cholera, musi sobie pomalować fiuta na żółto, żeby go znaleźć, jak chce się wysikać. A Manuello pije.
– Akurat – rzucił ostro Mondale.
– Na służbie częściej jest pijany niż trzeźwy.
– To znakomity detektyw – upierał się Mondale.
– Dla ciebie „znakomity” znaczy tyle samo co „posłuszny”. Lubisz Manuella, bo ci się podlizuje. Potrafisz zadbać o własną karierę, Ross, ale marny z ciebie policjant i jeszcze gorszy zwierzchnik. Dla twojego dobra i nie tylko zamierzam zignorować ten biurowy przydział i prowadzić śledztwo na własną rękę.
– Dosyć, ty bezczelny draniu. Tego już za wiele! Koniec z tobą. Wylatujesz stąd. Zadzwonię do twojego szefa, zadzwonię do Templetona i każę mu wykopać twoją niesubordynowaną dupę z powrotem do centrali, gdzie twoje miejsce!