Kapitan zamaszyście obrócił się na pięcie i ruszył do drzwi. Dan powiedział:
– Jeśli zmusisz Templetona, żeby odebrał mi ten przydział, powiem mu… i wszystkim innym… o Cindy Lakey.
Mondale zatrzymał się z ręką na klamce, oddychając ciężko, ale nie odwrócił się do Dana.
Dan powiedział do jego pleców:
– Opowiem wszystkim, jak to mała Cindy Lakey, ośmioletnia dziewczynka, dalej by żyła, dzisiaj już jako młoda kobieta, może mężatka z własną córeczką… gdyby nie ty.
Laura stała obok Melanie, z jedną ręką na ramieniu dziewczynki, gotowa złapać ją i uciekać w razie konieczności.
Earl Benton pochylił się nisko nad radiem, jak urzeczony przez magicznie wirującą gałkę strojenia i czerwony wskaźnik, który śmigał tam i z powrotem po oświetlonej skali.
Nagle czerwona kropka zatrzymała się, ale tylko na chwilę, dostatecznie długo, żeby didżej zdążył wypowiedzieć jedno słowo:
– …coś…
…a potem pomknęła przez skalę i znieruchomiała na innej częstotliwości. Ponownie wychwyciła z paplaniny prezentera pojedyncze słowo:
– …nadchodzi…
…potem ruszyła dalej po świetlistym zielonym pasku, zatrzymała się jeszcze raz i wybrała jedno słowo z tekstu piosenki:
– …coś…
…znowu przeskoczyła na nową stację i trafiła w środek ogłoszenia:
– …nadchodzi…
…i znowu popędziła po skali.
Laura nagle zorientowała się, że selektor częstotliwości robi pauzy w określonym celu.
Przekazuje nam wiadomość, pomyślała.
Coś nadchodzi.
Ale wiadomość od kogo? Skąd?
Earl spojrzał na nią i zdumienie na jego twarzy świadczyło, że zadawał sobie te same pytania.
Laura chciała wyjść, uciec, wyrwać się stąd. Nie mogła unieść stóp. Stawy w jej kończynach przestały funkcjonować.
Mięśnie zesztywniały.
Czerwona kropka znieruchomiała najwyżej na sekundę, może na ułamek sekundy. Tym razem Laura rozpoznała piosenkę, z której zostało wyrwane słowo. Śpiewali Beatlesi. Zanim czerwona kropka ruszyła dalej, z głośnika padło pojedyncze słowo, jednocześnie tytuł piosenki:
– Coś…
Kropka prześliznęła się dalej po zielono rozświetlonej skali, zatrzymała się na kolejną chwilę:
– …nad…
Zeszła z tej częstotliwości, złapała następną:
– …chodzi…
Powietrze było lodowate, ale Laura drżała nie tylko z tego powodu.
Coś… nad… chodzi.
Te dwa słowa stanowiły nie tylko wiadomość, lecz również przestrogę.
Nie otwierając drzwi, które łączyły biuro zmarłego Josepha Scaldonego z salą sklepową Znaku Pentagramu, Mondale ponownie odwrócił się twarzą do Dana. Wcześniejsza złość i oburzenie ustąpiły miejsca czystej nienawiści.
Dan wymienił nazwisko Cindy Lakey po raz pierwszy od ponad trzynastu lat. To był ten brudny sekret, który ich łączył, jad ukryty w samym rdzeniu ich związku. Teraz, kiedy Dan wyciągnął sprawę na jaw, cieszyła go perspektywa, że Mondale wreszcie będzie musiał uznać konsekwencje swoich postępków.
Zniżonym głosem, z naciskiem kapitan oznajmił:
– Ja nie zabiłem Cindy Lakey, do cholery!
– Dopuściłeś do tego, chociaż mogłeś temu zapobiec.
– Nie jestem Bogiem – odparł Mondale z goryczą.
– Jesteś gliną. Ponosisz odpowiedzialność.
– Ty załgany draniu.
– Ślubowałeś chronić społeczeństwo.
– Taak? Czyżby? Tylko że to zasrane społeczeństwo nigdy nie płacze nad martwym gliniarzem – oświadczył Mondale, pomimo wściekłości nie podnosząc głosu, żeby rozmowa nie dotarła do niepowołanych uszu w sąsiednim sklepie.
– I masz obowiązek wspierać kolegę, osłaniać plecy swojego partnera.
– Gadasz jak jakiś nieopierzony harcerzyk – prychnął pogardliwie Mondale. – Esprit de corps. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Bzdet! Jak robi się gorąco, każdy myśli tylko o sobie i dobrze o tym wiesz.
Dan zdążył już pożałować, że w ogóle wspomniał o Cindy Lakey. Radosne uniesienie rozwiało się bez śladu. Powróciła depresja, jeszcze silniejsza niż przedtem. Dan poczuł się straszliwie zmęczony. Zamierzał zmusić Mondale’a do poniesienia odpowiedzialności po tych wszystkich latach, ale było już za późno. Zawsze było za późno, ponieważ Mondale należał do ludzi, którzy nie potrafią przyznać się do słabości czy błędu. Zawsze tuszował swoje pomyłki albo znajdował sposób, żeby przerzucić winę na innych. Miał czyste, nieskazitelne konto i pewnie zawsze pozostanie nieskazitelny, nie tylko w oczach większości, lecz również w swoich własnych. Nie potrafił przyznać się do błędów i słabości nawet przed sobą. Ross Mondale nie znał poczucia winy ani wyrzutów sumienia. W tej chwili, stojąc przed Danem, wcale nie czuł się odpowiedzialny za los Cindy Lakey; nie odczuwał żadnej skruchy; przepełniała go jedynie paląca, irracjonalna nienawiść do byłego partnera.
– Jeśli ktoś był odpowiedzialny za śmierć tej dziewczynki, to jej matka – oświadczył.
Dan nie chciał ciągnąć tej walki. Czuł się wypompowany jak stulatek, który przetańczył całą noc na swoim przyjęciu urodzinowym.
– Powinieneś oskarżać jej cholerną matkę, nie mnie – ciągnął Mondale.
Dan nie odpowiedział.
– Przecież to jej matka spotykała się z Feliksem Dunbarem – nie ustępował Mondale.
Wpatrując się w kapitana niczym w kupkę jakiejś szkodliwej, odrażającej substancji znalezionej na ulicy, Dan powiedział:
– Chcesz mi wmówić, że Fran Lakey powinna wiedzieć, że Feliks jest niezrównoważony?
– Jasne, cholera.
– To był miły facet, według wszelkich kryteriów.
– Odstrzelił jej głowę, do kurwy nędzy – warknął Mondale.
– Miał własną firmę. Dobrze ubrany. Nie notowany. Regularnie chodził do kościoła. Wszystko świadczyło, że był normalnym, porządnym obywatelem.
– Porządni obywatele nie rozwalają ludziom głów. Fran Lakey spotykała się z czubkiem, świrem, kompletnym nieudacznikiem. Jak słyszałem później, spotykała się z wieloma facetami i prawie każdy był świrem. To ona narażała życie córki, nie ja.
Dan patrzył na Mondale’a z taką miną, jakby obserwował wyjątkowo obrzydliwego owada pełznącego po obrusie.
– Twierdzisz, że powinna była przewidzieć przyszłość? Skąd miała wiedzieć, że jej facetowi odbiło, kiedy wreszcie z nim zerwała? Skąd miała wiedzieć, że przyjdzie do jej domu z bronią i będzie próbował zabić ją i jej córkę tylko dlatego, że nie chciała z nim pójść do kina? Gdyby potrafiła tak dobrze przepowiadać przyszłość, Ross, wysadziłaby z interesu wszystkie wróżki, Cyganki i media. Zdobyłaby sławę.
– Naraziła na niebezpieczeństwo życie córki – upierał się Mondale.
Dan pochylił się do przodu, zgarbił nad biurkiem i jeszcze bardziej zniżył głos.
– Gdyby umiała przewidzieć przyszłość, wiedziałaby tamtej nocy, że nie warto dzwonić po gliny. Wiedziałaby, że ty odbierzesz telefon i że się zakrztusisz, i…
– Nie zakrztusiłem się – zaprotestował Mondale. Zrobił krok w stronę biurka, ale ten gest stanowił pustą groźbę.
– Coś… nadchodzi… Zafascynowany Earl wpatrywał się w radio.
Laura spojrzała na drzwi, które wychodziły na patio i trawnik za domem. Były zamknięte na klucz. Podobnie okna. Zaciągnięte rolety. Jeśli coś nadchodziło, to skąd? I co to będzie, na litość boską, co to będzie?
Radio powiedziało:
– Uważaj… Potem:
– …cię…
Laura wpiła wzrok w otwarte drzwi do jadalni. Cokolwiek nadchodziło, może już było w domu. Może nadejdzie z salonu, przez jadalnię…
Selektor częstotliwości zatrzymał się znowu i głos didżeja zadudnił w głośniku. Pospieszna paplanina miała tylko wypełnić kilka sekund przerwy pomiędzy dwiema piosenkami, lecz dla Laury posiadała niezamierzone złowieszcze znaczenie: