– Lepiej się pilnujcie, moje rokendrolowe manczkiny, lepiej uważajcie, bo to jest dziwny świat, zimny i straszny świat, gdzie potwory wyłażą w nocy, a wy nie macie żadnej obrony poza waszym kuzynem Frankiem, czyli mną, więc jeśli nie zostawicie radia w spokoju, jeśli teraz zmienicie stację, to lepiej uważajcie, uważajcie na okropne zębate potwory, które mieszkają pod łóżkiem i nie boją się niczego, tylko głosu wujka Frankiego. Lepiej się pilnujcie!
Earl położył jedną rękę na obudowie radia. Laura na wpół spodziewała się, że w plastiku otworzy się paszcza i odgryzie Earlowi palce.
– Zimne – powiedział, kiedy gałka strojenia przekręciła się na następną stację.
Laura potrząsnęła córką.
– Skarbie, obudź się, wstań. Dziewczynka nie reagowała.
Jedno wyraźne słowo dobiegło z radia, kiedy gałka strojenia znieruchomiała w środku wiadomości:
– …morderstwo…
Dan marzył, żeby czarodziejskim sposobem przenieść się z tego koszmarnego biura do delikatesów Saula, gdzie mógł zamówić wielką kanapkę reuben i wypić kilka butelek ciemnego becka. Jeśli nie do Saula, wystarczy mu Jack – in – the – Box. Jeśli nie tam, wolałby już siedzieć w domu i zmywać brudne naczynia zostawione w kuchni. Wszystko, byle nie konfrontacja z Rossem Mondale’em. Odgrzebywanie przeszłości było bezcelowe i przygnębiające.
Ale posunęli się już za daleko, żeby zawrócić. Musieli przejść od początku przez całe zabójstwo Lakey, rozdrapać stare blizny, podważać strupy i sprawdzać, czy rana pod spodem się zagoiła. I oczywiście tylko marnowali czas i energię psychiczną, ponieważ obaj wiedzieli, że rana nie zagoiła się i nigdy nie zagoi.
– Kiedy Dunbar postrzelił mnie na trawniku przed domem Lakeyów… – zaczai Dan.
– Pewnie myślisz, że to też moja wina – wtrącił Mondale.
– Nie – zaprzeczył Dan. – Nie powinienem był rzucać się na niego. Nie przypuszczałem, że użyje broni, i myliłem się. Ale kiedy mnie postrzelił, przez chwilę stał jak ogłuszony, oszołomiony tym, co zrobił, i wtedy był bezbronny.
– Gówno prawda. Był bezbronny jak rozpędzony czołg. Dostał szału, kompletnie mu odbiło i miał największy cholerny pistolet…
– Trzydziestkędwójkę – sprostował Dan. – Są większe pistolety. Każdy gliniarz może się nadziać na większy pistolet, zawsze i wszędzie. A on przez chwilę był bezbronny i miałeś mnóstwo czasu, żeby załatwić skurwysyna.
– Wiesz, czego zawsze w tobie nie znosiłem, Haldane? Ignorując go, Dan ciągnął:
– Ale ty uciekłeś.
– Zawsze nie znosiłem tego twojego koszmarnego zadufania.
– Gdyby Dunbar chciał, mógł mi wpakować następną kulę. Nikt by go nie powstrzymał, skoro zwiałeś za dom.
– A ty w całym swoim cholernym życiu ani razu nie popełniłeś błędu.
Obaj już prawie szeptali.
– Ale zamiast tego zostawił mnie…
– I nigdy się nie bałeś.
– …i odstrzelił zamek w drzwiach frontowych…
– Chcesz zgrywać bohatera, proszę bardzo. Ty i Audie Murphy. Ty i Jezus Chrystus.
– …wszedł do środka i uderzył pistoletem Fran Lakey…
– Nienawidzę cię.
– …a potem kazał jej patrzeć…
– Brzydzę się tobą.
– …jak zabijał jedyną istotę na świecie, którą naprawdę kochała – dokończył Dan.
Zachowywał się bezwzględnie, ale teraz nie mógł już przestać, dopóki wszystko nie zostało powiedziane. Żałował, że w ogóle zaczął, żałował, że odgrzebał przeszłość, ale skoro już zaczai, musiał skończyć. Ponieważ był jak Stary Marynarz z dawnego poematu. Ponieważ musiał oczyścić się z powracającego koszmaru. Ponieważ coś go pchało do mówienia. Ponieważ gdyby przerwał w połowie, przemilczane słowa utkwiłyby mu w gardle jak wielka, gorzka kula wymiotów, mocno zaklinowana, dławiąca na śmierć. Ponieważ – i taka była prawda, tym razem bez żadnych łatwych eufemizmów – po tych wszystkich latach wciąż uginał się pod brzemieniem winy, jakby jego dusza została przykuta łańcuchem do żelaznej kuli; więc jeśli wreszcie porozmawia z Rossem Mondale’em o śmierci małej Lakey, może znajdzie klucz, który uwolni go od tej żelaznej kuli, od tego łańcucha.
Radio znowu grało na pełny regulator i każde słowo eksplodowało niczym fragment kanonady:
– …krew…
– …nadchodzi…
– …uciekaj…
Bardziej nagląco niż przedtem, przerażona tym, co nadchodziło, usiłując przygotować Melanie do ucieczki, Laura powiedziała:
– Skarbie, rusz się, wstań. Z radia: -…kryj się…
I: -…nadchodzi… Natężenie dźwięku wzrosło.
– …to…
Przeraźliwe, rozdzierające uszy:
– …wolne…
Earl położył dłoń na gałce głośności.
– …to…
Earl gwałtownie oderwał dłoń od gałki, jakby poraził go prąd. Ze zgrozą spojrzał na Laurę. Energicznie wytarł dłoń o koszulę. Nie doznał elektrycznego wstrząsu; poczuł coś innego, kiedy dotknął gałki, coś obcego, dziwnego, odrażającego.
Radio powiedziało:
– …śmierć…
Nienawiść Mondale’a była jak mroczne, rozległe trzęsawisko, gdzie mógł się schronić, jeżeli prześladowała go niewygodna prawda o Cindy Lakey. Kiedy prawda podchodziła bliżej i wywierała na niego silniejszy nacisk, wycofywał się dalej we wszechogarniającą czarną nienawiść i krył się tam wśród węży, robactwa i brudu własnej psychiki.
Wciąż piorunował wzrokiem Dana, pochylony groźnie nad biurkiem, ale nie pozwalał, żeby nienawiść popchnęła go do czynu. Nie zamierzał uderzyć. Nie pragnął ani nie potrzebował atakować Dana, żeby ulżyć swojej nienawiści. Wolał podsycać w sobie tę nienawiść, gdyż pomagała mu uciec od odpowiedzialności. Osłaniała go przed prawdą, a im grubsza zasłona, tym lepiej dla niego.
W ten sposób działał umysł Mondale’a. Dan znał go dobrze, znał jego myśli.
Lecz chociaż Ross próbował to ukryć, prawda była taka, że Feliks Dunbar postrzelił Dana – a Mondale za bardzo się przestraszył, żeby odpowiedzieć ogniem. Prawda była taka, że następnie Dunbar wszedł do domu Lakeyów, uderzył pistoletem Fran Lakey i trzykrotnie strzelił do ośmioletniej Cindy Lakey, podczas gdy Ross Mondale był nie wiadomo gdzie i robił nie wiadomo co. I prawda była taka, że ciężko ranny, krwawiący Dan odszukał własną broń, wczołgał się do domu Lakeyów i zabił Feliksa Dunbara, zanim Dunbar zdążył rozwalić głowę również Fran Lakey. Przez cały ten czas Ross Mondale prawdopodobnie wymiotował w krzakach albo stracił panowanie nad pęcherzem, albo leżał rozciągnięty na trawniku za domem i ze wszystkich sił udawał naturalny element krajobrazu. Wrócił, kiedy wszystko się skończyło, spocony, blady jak ściana, cuchnący kwaśnym odorem tchórzostwa.
Teraz, wciąż siedząc za biurkiem Josepha Scaldonego, Dan powiedział:
– Spróbuj odsunąć mnie od tej sprawy albo wyłączyć z czynnego śledztwa, to rozgłoszę tę śmierdzącą historię o zastrzeleniu małej Lakey, opowiem prawdę każdemu, kto zechce słuchać, i to będzie koniec twojej błyskotliwej kariery.
Protekcjonalnym tonem, który mógł doprowadzić do furii, gdyby nie dawał się aż nazbyt łatwo przewidzieć, Mondale odparł:
– Gdybyś naprawdę zamierzał o tym powiedzieć, zrobiłbyś to już dawno.
– To na pewno pocieszające założenie – odparł Dan – ale błędne. Kryłem cię wtedy, bo byłeś moim partnerem i myślałem, że każdy ma prawo raz nawalić. Ale z czasem zacząłem tego żałować i jeśli dasz mi dobry pretekst, chętnie naprawię fałszerstwo.
– To było dawno temu – zauważył Mondale.