Выбрать главу

– Pamiętam – przyznał Dan. – I właśnie dlatego nie zastrzeliłem Dunbara, kiedy powinienem. Widziałem, że facet jest niezrównoważony, niebezpieczny. Wiedziałem intuicyjnie, że chce kogoś zastrzelić, ale podświadomie myślałem o tej nagonce na policję, o tych wszystkich oskarżeniach o pochopne użycie broni, i wiedziałem, że jeśli go zastrzelę, będę musiał za to odpowiadać. W tamtej atmosferze bałem się, że nikt mi nie uwierzy. Że mnie poświęcą. Bałem się, że stracę pracę, że wylecę z policji. Nie chciałem niszczyć sobie kariery. Więc czekałem, dopóki nie wyjął broni, czekałem, dopóki we mnie nie wycelował. Ale czekałem o sekundę za długo i on mnie załatwił, a ponieważ nie posłuchałem własnego instynktu ani rozumu, zdążył również załatwić Cindy Lakey.

Mondale z uporem pokręcił głową.

– Ale to nie była twoja wina. Obwiniaj durnych społecznych reformatorów, którzy wygłaszają opinie, chociaż za cholerę nie rozumieją naszej sytuacji i nie mają pojęcia, co się dzieje na ulicach. Ich obwiniaj. Nie siebie. Nie mnie.

Dan przeszył go wściekłym wzrokiem.

– Nie waż się porównywać ze mną, Ross. Nie waż się. Ty uciekłeś. Ja nawaliłem, bo bałem się o swój tyłek… o swoją emeryturę, na litość!… kiedy powinienem myśleć tylko o tym, jak najlepiej wykonać zadanie. Dlatego muszę żyć z tym ciężarem winy. Ale nigdy nie mów, że wina ciąży jednakowo na mnie i na tobie. Bo to nieprawda. To bzdurą i sam o tym wiesz.

Mondale próbował zrobić przejętą, zatroskaną minę, ale coraz trudniej mu było ukryć nienawiść.

– A może nie wiesz – ciągnął Dan. – To jeszcze gorzej. Może nie tylko trzęsiesz się o własny tyłek. Może naprawdę uważasz, że walka o stołki to jedyna sensowna zasada moralna.

Mondale bez odpowiedzi wstał i ruszył do drzwi.

– Naprawdę masz czyste sumienie, Ross? – zapytał Dan. – Boże ci dopomóż, myślę, że tak.

Mondale obejrzał się na niego.

– Rób, co chcesz w tej sprawie, ale nie wchodź mi w drogę.

– Nie miałeś ani jednej nieprzespanej nocy z powody Cindy Lakey, co, Ross?

– Mówiłem, nie wchodź mi w drogę.

– Z rozkoszą.

– Nie chcę więcej wysłuchiwać twojego gderania i jęczenia.

– Jesteś niesamowity.

Bez odpowiedzi Mondale otworzył drzwi.

– Z jakiej planety pochodzisz, Ross? Mondale wyszedł.

– Założę się, że na jego rodzinnej planecie mają tylko jeden kolor – powiedział Dan do pustego pokoju. – Brązowy. W jego świecie wszystko jest brązowe. Dlatego on nosi tylko brązowe ubrania… przypominają mu o domu.

To był słaby żart. Może dlatego Dan nie mógł się uśmiechnąć. Może.

W kuchni panował spokój.

Trwała cisza.

Powietrze znowu się ociepliło.

– Skończone – powiedział Earl.

Laura wyrwała się z odrętwienia. Układ scalony z rozbitego radia trzasnął pod jej stopą, kiedy przeszła przez kuchnię i uklękła obok Melanie.

Łagodnymi słowami i licznymi pieszczotami uspokoiła córkę. Otarła łzy z dziecięcej twarzy.

Earl zaczął grzebać w szczątkach, oglądał kawałki radia, mamrotał coś do siebie, zdumiony i zafascynowany.

Laura usiadła na podłodze obok Melanie, wzięła dziewczynkę na kolana, przytuliła ją i kołysała z olbrzymią ulgą, że wciąż ma kogo pocieszać. Dałaby wszystko, żeby wymazać wydarzenia z ostatnich kilku minut. Żałowała, że nie może uznać ich za nierealne. Lecz była zbyt dobrym psychiatrą, żeby pozwalać sobie na jakieś umysłowe gierki, które pomniejszą znaczenie tego niesamowitego odkrycia; nie zamierzała również racjonalizować tego na siłę za pomocą standardowego żargonu swojej profesji. Nie miała halucynacji. Ten paranormalny epizod – ten nadnaturalny fenomen – nie dawał się również wyjaśnić jako zwykłe zakłócenie percepcji: percepcja Laury pozostała wierna i dokładna, bez względu na nieprawdopodobieństwo obserwowanych zjawisk. Nie nakładała subiektywnych, nielogicznych fantazji na logiczny ciąg wydarzeń, jak wielu schizofreników. Earl również to widział. I to nie była wspólna iluzja, zbiorowa halucynacja, To było szalone, niemożliwe – ale realne. Radio zostało… nawiedzone.

Kilka kawałków sony jeszcze dymiło. Gryzący odór zwęglonego plastiku wisiał w powietrzu. Melanie jęknęła cicho. Drgnęła.

– Spokojnie, kochanie, spokojnie.

Dziewczynka podniosła wzrok na matkę i ten kontakt wzrokowy wstrząsnął Laurą. Melanie już nie patrzyła przez nią na wylot. Ponownie wróciła ze swojego mrocznego świata i Laura modliła się, żeby tym razem córka wróciła na dobre, chociaż sama w to nie wierzyła.

– Ja… chcę – powiedziała Melanie.

– Czego chcesz, kochanie? Co to jest? Oczy dziecka odszukały twarz Laury.

– Ja… muszę.

– Wszystko, Melanie. Cokolwiek zechcesz. Tylko mi powiedz. Powiedz mamie, czego chcesz.

– To dopadnie ich wszystkich – oznajmiła Melanie głosem zgrubiałym ze strachu.

Earl podniósł wzrok znad dymiących szczątków radia i słuchał uważnie.

– Co? – zapytała Laura. – Co ich dopadnie, skarbie?

– A potem… dopadnie… mnie – wyjąkała dziewczynka.

– Nie – zaprzeczyła szybko Laura. – Nic cię nie dopadnie. Zaopiekuję się tobą. Obronię…

– To… wyjdzie… ze środka.

– Ze środka czego?

– …ze środka…

– Co to jest, kochanie? Czego się boisz? Co to jest?

– …to… wyjdzie… i zje mnie… – Nie.

– …zje mnie… całą – dokończyła dziewczynka i zadygotała.

– Nie, Melanie. Nie bój się…

Głos uwiązł jej w gardle, ponieważ zauważyła, że spojrzenie dziewczynki uległo subtelnej przemianie. Nie straciło całkowicie ostrości, ale nie spoczywało już na Laurze.

Melanie westchnęła i jej oddech zwolnił. Wróciła do tego prywatnego miejsca, gdzie ukrywała się, odkąd znaleziono ją wędrującą nago po ulicy.

– Pani doktor, rozumie pani coś z tego? – odezwał się Earl.

– Nie.

– Bo ja zupełnie nic nie kojarzę.

– Ja też.

Wcześniej, gotując obiad, poczuła przypływ optymizmu w związku z Melanie i przyszłością. Poczuła się prawie normalnie. Ale sytuacja zmieniła się na gorsze i Laura znowu zaczęła się denerwować.

W tym mieście byli ludzie, którzy chcieli porwać Melanie, żeby dalej na niej eksperymentować. Laura nie wiedziała, co chcieli osiągnąć ani dlaczego wybrali Melanie, ale miała pewność, że istnieją. Nawet FBI tak uważało. Inni ludzie pragnęli śmierci Melanie. Odkrycie trupa Neda Rinka dowodziło, że dziewczynce niewątpliwie groziło niebezpieczeństwo. Teraz jednak okazało się, że nie tylko ci bezimienni ludzie chcieli dostać w ręce Melanie. Teraz pojawił się następny wróg. Taki był sens ostrzeżenia przekazanego za pośrednictwem radia.

Lecz kto lub co opanowało radio? I w jaki sposób? Kto lub co wysłało ostrzeżenie? I dlaczego?

Co ważniejsze, kim był ten nowy wróg?

„To”, powiedziało radio, dając do zrozumienia, że ten nowy wróg był bardziej przerażający i bardziej niebezpieczny niż wszyscy inni razem wzięci. TO było wolne, powiedziało radio, TO nadchodziło. Musieli uciekać, powiedziało radio. Musieli się ukryć. Przed TYM.

– Mamo? Mamusiu?

– Tutaj jestem, skarbie.

– Mamoooooo!

– Jestem tutaj. Już dobrze. Jestem przy tobie.

– Ja… ja… ja się… boję.