Drzwi zatrzasnęły się tak nagle, jak zostały otwarte. Lecz wirująca kolumna kwiecia wciąż się obracała, jakby ten wiatr nie był cząstką większego wiatru grasującego w nocnych ciemnościach, tylko jego samowystarczalnym potomkiem.
Nie, to niemożliwe. Szalone. A jednak rzeczywiste. Kipiąca turbulencja rzęziła, syczała, znowu wypluła liście, kwiaty i połamane łodygi, strząsnęła z siebie więcej ziemi, pączków i barwnych płatków. Stwór z wiatru w swoim prześwitującym, postrzępionym płaszczu roztańczonej roślinności zatrzymał się tuż za drzwiami (chociaż jego oddech dochodził do najdalszych kątów) i został tam, jakby się przyglądał, jakby podejmował decyzję, co dalej robić – a potem po prostu wyparował. Wiatr nie ucichł stopniowo: ustał w jednej chwili. Reszta kwiatów, których jeszcze nie zrzucił, opadła na kuchenną terakotę w bezładnym stosie, z miękkim szelestem. Potem cisza, spokój.
W nieoznakowanym policyjnym sedanie na parkingu McDonalda Dan przerwał połączenie z komputerem wydziału komunikacji i jeszcze raz wywołał bazy danych towarzystwa telefonicznego. Otrzymał numer telefonu i adres Reginy Hoffritz, ten sam adres, który podał wydział komunikacji.
Dan zerknął na zegarek: 9.32. Korzystał z terminalu około dziesięciu minut. W dawnych złych czasach, przed wprowadzeniem przenośnych komputerów, straciłby co najmniej dwie godziny na zdobycie tych informacji. Wyłączył monitor i ciemność zgęstniała we wnętrzu samochodu.
Kończył drugiego cheeseburgera, popijał colę i rozmyślał, jak szybko zmienia się świat. Nowy świat, fantastyczno – naukowe społeczeństwo wyrastało wokół niego z zatrważającą szybkością i zdecydowaniem. Życie w tych czasach było równie radosne jak straszne. Ludzkość posiadła wiedzę dostateczną, żeby sięgnąć gwiazd, żeby wykonać gigantyczny skok w górę i rozprzestrzenić się po wszechświecie, lecz dysponowała również dostatecznymi środkami, żeby zniszczyć samą siebie, zanim rozpocznie się nieuchronna emigracja. Nowe technologie – jak komputery – uwalniały mężczyzn i kobiety od rozmaitych żmudnych zajęć, oszczędzały mnóstwo czasu. A jednak… a jednak dodatkowy czas nie oznaczał więcej odpoczynku ani więcej okazji do medytacji i refleksji. Przeciwnie, z każdą nową falą technologiczną wzrastało tempo życia: wciąż było więcej do zrobienia, więcej decyzji do podjęcia, więcej doświadczeń do przeżycia, a ludzie skwapliwie sięgali po te propozycje i zapełniali godziny dopiero co otrzymane w prezencie. Z każdym rokiem życie uciekało coraz szybciej i szybciej, jakby Bóg odkręcił do oporu kran przepływu czasu. Ale porównanie kulało, ponieważ dla wielu ludzi nawet koncepcja Boga wydawała się przestarzała w epoce, kiedy codziennie zmuszano wszechświat do wyjawiania nowych tajemnic. Nauka, technologia i zmiana – oto jedyne współczesne bóstwa, nowa Trójca Święta; i chociaż nie są świadomie okrutne ani niesprawiedliwe, jak wielu dawnych bogów, ich zimna obojętność nie przynosi żadnej pociechy chorym, samotnym czy zagubionym.
Jak mogą prosperować sklepy podobne do Znaku Pentagramu w świecie komputerów, cudownych pigułek i statków kosmicznych? Kto zwraca się z pytaniami do okultystów, jeśli fizycy, biochemicy i genetycy dzień po dniu dostarczają więcej odpowiedzi niż wszystkie wróżby i seanse spirytystyczne od zarania historii? Dlaczego tacy naukowcy, jak Dylan McCaffrey i Wilhelm Hoffritz, zadają się z handlarzem nietoperzowego gówna i innych bzdur?
No, widocznie uważali, że nie wszystko to bzdury. Niektóre aspekty okultyzmu, niektóre paranormalne zjawiska najwyraźniej interesowały McCaffreya i Hoffritza, ponieważ wierzyli, że mają związek z ich własnymi badaniami albo znajdą w nich zastosowanie. W jakiś sposób chcieli połączyć naukę z magią. Ale jak? I dlaczego?
Dopijając dietetyczną colę, Dan przypomniał sobie urywek wiersza:
Pogrążymy się w ciemność, w cierpienie i mękę, gdzie Nauka i Diabeł kroczą ręka w rękę.
Nie pamiętał, gdzie usłyszał te słowa, chyba w piosence, w jakimś starym rockandrollowym kawałku z czasów, kiedy regularnie słuchał rocka. Próbował sobie przypomnieć, prawie mu się udało, skojarzyło mu się z jakimś protestsongiem o wojnie atomowej i zagładzie, ale nie potrafił uchwycić wspomnienia.
„Nauka i Diabeł kroczą ręka w rękę”.
To był naiwny obrazek, wręcz prostacki. Piosenka prawdopodobnie służyła tylko jako propaganda dla Nowych Luddystów, którzy pragnęli zburzyć cywilizację i wrócić do jaskiń czy szałasów. Dan nie sympatyzował z takimi poglądami. Wiedział, że szałasy są wilgotne i pełne przeciągów.
Ale z jakiegoś powodu wizja „Nauki i Diabła kroczących ręka w rękę” wywarła na nim potężne wrażenie; przeszedł go zimny dreszcz.
Nagle nie miał już ochoty na wizytę u Reginy Savannah Hoffritz. To był długi dzień. Pora wracać do domu. Bolało go rozbite czoło, liczne sińce pulsowały na całym ciele. Ogień płonął w kościach i stawach. Oczy paliły, łzawiły i piekły. Dan potrzebował piwa albo dwóch – i dziesięciu godzin snu.
Ale miał jeszcze robotę.
Wstrząśnięta Laura rozejrzała się z niedowierzaniem.
Ziemia, kwiaty, liście i inne śmiecie leżały rozrzucone na kuchennym stole i na niedojedzonych porcjach spaghetti. Zmaltretowane róże zaścielały podłogę i blaty. Skręcone, połamane pęki czerwonych i purpurowych niecierpków wystawały ze zlewu. Jedna biała róża wisiała na uchwycie drzwi lodówki, a strzępki zieleni i setki oberwanych płatków przywarły do ścian, zasłon i szafek. Pod drzwiami sterta wiotkich, powyginanych łodyg i zwichrzonych kwiatów znaczyła miejsce, gdzie zamarł wiatr.
– Wychodzimy stąd – powiedział Earl, wciąż trzymając rewolwer w ręku.
– Ale ten bałagan… – zaczęła Laura.
– Później – rzucił, podszedł do Melanie i podniósł nieprzytomne dziecko z krzesła.
– Aleja muszę posprzątać… – zaprotestowała oszołomiona Laura.
– Chodźmy, chodźmy – ponaglił niecierpliwie Earl. Z jego twarzy znikła czerstwa, rumiana cera wieśniaka, zastąpiona przez woskową bladość. – Do salonu.
Laura zawahała się, patrząc na skłębione szczątki.
– Chodźmy – powtórzył Earl – zanim coś gorszego wejdzie przez te drzwi!
23
Regina Savannah Hoffritz mieszkała przy jednej z biedniejszych uliczek na wzgórzach Hollywoodu. Jej dom stanowił jaskrawy przykład eklektycznoana – chronistyczno – wariackiej architektury, rzadko spotykanej w Kalifornii, którą jednak szowinistyczni nowojorczycy wytykali palcami jako bezguście typowe dla zachodniego wybrzeża. Sądząc po cegłach i wyeksponowanych belkach zewnętrznych ścian, Dan ocenił dom jako tudorowski w zamierzeniu, chociaż zauważył też bogato rzeźbione wiktoriańskie okapy, amerykańskie kolonialne okiennice… oraz – po obu stronach frontowych drzwi domu oraz drzwi garażu – wielkie mosiężne powozowe latarnie, których stylu ani epoki nie dało się określić. Dwa stiukowe pilastry ze szlakiem z meksykańskich kafelków, pomiędzy którymi otwierało się wejście na chodnik, dźwigały ciężkie lampy z kutego żelaza, całkowicie różne – lecz nie bliższe tudorowskiemu ideałowi – od mosiężnych detali zamontowanych wszędzie indziej.