Выбрать главу

Spojrzała na niego wyczekująco.

– Spotkałaś kiedyś Ernesta Andrew Coopera? – Nie.

– Kłamiesz.

– Czyżby?

Powściągając narastające współczucie i litość, jakie wobec niej odczuwał, Dan przybrał jeszcze bardziej lodowaty ton i wzniósł pięść nad jej głową, chociaż nie zamierzał jej uderzyć.

– Czy znasz Coopera?

Nie odpowiedziała, tylko wpatrywała się w wielką pięść z perwersyjnym uwielbieniem, którego nie mógł wytrzymać. Pod wpływem nagłej inspiracji udał gniew, którego nie odczuwał.

– Odpowiadaj, ty dziwko!

Drgnęła na tę obelgę, ale nie wydawała się zdziwiona ani urażona. Drgnęła tak, jakby przeszedł ją dreszcz rozkoszy. Nawet drobna słowna zniewaga stanowiła klucz, który ją otwierał.

Przywierając wzrokiem do jego pięści, powiedziała:

– Proszę.

– Może.

– Spodoba się panu.

– Może… jeśli mi powiesz, co chcę wiedzieć. Cooper.

– Nie mówią mi nazwisk. Znałam jednego Erniego, ale nie wiem, czy to był Cooper.

Dan opisał nieżyjącego milionera.

– Tak – potwierdziła, wpatrując się na zmianę w jego pięść i w oczy. – To był on.

– Willy cię z nim poznał? – Tak.

– A Joseph Scaldone?

– Willy… przedstawił mnie mężczyźnie imieniem Joe, ale jego nazwiska też nie znałam.

Dan opisał Josepha Scałdonego. Kiwnęła głową.

– To on.

– A Ned Rink?

– Chyba nigdy go nie spotkałam.

– Niski, przysadzisty, raczej brzydki.

W trakcie tego opisu zaczęła kręcić głową.

– Nie. Nigdy go nie spotkałam.

– Widziałaś szary pokój?

– Tak. Śni mi się czasami. Że siedzę w tym krześle, a oni mi to robią, wstrząsy, elektryczność.

– Kiedy to widziałaś? Ten pokój, krzesło?

– Och, kilka lat temu, kiedy po raz pierwszy malowali pokój, instalowali sprzęt, kończyli przygotowania…

– Co oni robili z Melanie McCaffrey?

– Nie wiem.

– Nie okłamuj mnie, do cholery. Zawsze spełniasz oczekiwania innych i robisz to, czego od ciebie chcą, wszystko, czego od ciebie chcą, więc skończ z tym gównem i odpowiadaj.

– Naprawdę nie wiem – powiedziała potulnie. – Willy nigdy mi nie mówił. To był sekret. Ważny sekret. Miał zmienić świat, tak mówił Willy. Tylko tyle wiem. Nie włączał mnie w tamte sprawy. Oddzielał życie ze mną od pracy z tamtymi ludźmi.

Dan wciąż stal nad nią, a ona ciągle kuliła się w narożniku sofy. Chociaż posłużył się groźbą przemocy wyłącznie dla efektu, czuł się nieswojo, niczym brutal maltretujący słabszą ofiarę.

– Co okultyzm miał wspólnego z tymi eksperymentami?

– Nie mam pojęcia.

– Czy Willy wierzył w zjawiska nadprzyrodzone? – Nie.

– Dlaczego tak twierdzisz?

– No… bo Dylan McCaffrey wierzył bezkrytycznie we wszystko… w duchy, media, nawet w wilkołaki, o ile pamiętam… a Willy wyśmiewał się z niego, że jest taki łatwowierny.

– Więc dlaczego pracował z McCaffreyem?

– Willy uważał Dylana za geniusza.

– Pomimo jego przesądów?

– Aha.

– Kto ich finansował, Regino?

– Nie wiem.

Poruszyła się w ten sposób, że peniuar rozchylił się szerzej i odsłonił prawie całą krągłą pierś.

– Gadaj – rzucił niecierpliwie. – Kto płacił ich rachunki? Kto, Regino?

– Przysięgam, że nie wiem.

Dan usiadł obok niej na kanapie. Wziął ją pod brodę, ujął jej twarz nie delikatnie, nie z erotycznym zamiarem, lecz jako przedłużenie fizycznej groźby, początkowo ucieleśnionej przez wzniesioną pięść.

Pomimo całej teatralności tego gestu Regina zareagowała. Tego właśnie pragnęła: strachu, posłuszeństwa i wypełniania rozkazów.

– Kto? – powtórzył.

– Nie wiem – odparła. – Naprawdę, naprawdę nie wiem. Powiedziałabym, gdybym wiedziała. Przysięgam. Powiedziałabym panu wszystko.

Tym razem jej uwierzył. Ale nie uwolnił jej twarzy.

– Wiem, że Melanie McCaffrey wycierpiała wiele fizycznych i psychicznych tortur w tym szarym pokoju. Ale chcę wiedzieć… Chryste, nie chcę wiedzieć, ale muszę wiedzieć… czy była również maltretowana seksualnie?

Regina odpowiedziała trochę niewyraźnie, ponieważ ściskał jej podbródek i szczęki:

– Skąd mam wiedzieć?

– Powinnaś wiedzieć – nalegał. – W ten czy inny sposób powinnaś to wyczuć, nawet jeśli Hoffritz nie opowiadał ci ze szczegółami, co się działo w Studio City. Może nie wyjaśniał, co chce osiągnąć z tą dziewczynką, ale na pewno przechwalał się, jak nad nią dominuje. Tego jestem pewien. Nie znałem go osobiście, ale wiem o nim dosyć, żeby mieć pewność.

– Nie wierzę, żeby w tym było coś seksualnego – oświadczyła Regina.

Ścisnął jej twarz, aż się skrzywiła, ale spostrzegł (z konsternacją), że sprawiło jej to przyjemność, więc rozluźnił uścisk, chociaż jej nie puścił.

– Jesteś pewna?

– Prawie całkowicie. Może chciał… ją mieć. Ale pan chyba ma rację: powiedziałby mi, gdyby to zrobił, gdyby był z nią w ten sposób…

– Czy robił kiedyś takie aluzje?

– Nie.

Dan poczuł głęboką ulgę. Nawet się uśmiechnął. Przynajmniej dziecko nie zostało w ten sposób poniżone. Potem przypomniał sobie, jakie inne poniżenia znosiła Melanie, i jego uśmiech szybko zgasł.

Wypuścił twarz Reginy, ale został obok niej na sofie. Czerwone, stopniowo blednące ślady znaczyły miejsca, gdzie jego palce naciskały wrażliwą skórę.

– Regino, powiedziałaś, że nie widziałaś Willy’ego od ponad roku. Dlaczego?

Spuściła oczy, pochyliła szyję. Jeszcze bardziej skuliła ramiona i wcisnęła się głębiej w róg sofy.

– Dlaczego? – powtórzył.

– Willy… znudziłam mu się.

Jej przywiązanie do Willy’ego przyprawiało Dana o mdłości.

– Już mnie nie chciał – podjęła tonem, jakim należało raczej zawiadamiać o nieuchronnej śmierci na raka. Willy już jej nie chciał i najwyraźniej uważała, że nie mogło jej spotkać nic gorszego. – Robiłam wszystko, wszystko, ale jemu nic nie wystarczało…

– Po prostu zerwał, z rozmysłem?

– Nigdy więcej go nie widziałam, odkąd mnie… odesłał. Ale czasami rozmawialiśmy przez telefon. Musieliśmy.

– Musieliście rozmawiać przez telefon? O czym? Prawie szeptem:

– O innych, których do mnie przysyłał.

– Jakich innych?

– Jego znajomych. Innych… mężczyznach.

– Przysyłał do ciebie mężczyzn? – Tak.

– Po seks?

– Po seks. Po wszystko, czego chcieli. Zrobię wszystko, czego zażądają. Dla Willy’ego.

W wyobraźni Dana obraz zmarłego Wilhelma Hoffritza z każdą chwilą nabierał bardziej monstrualnych kształtów. Ten człowiek był skończonym łajdakiem.

Nie tylko zrobił Reginie pranie mózgu i podporządkował ją sobie dla własnych seksualnych celów, ale nawet kiedy przestała go pociągać, nadal ją tyranizował i maltretował cudzymi rękami. Widocznie sam fakt, że nadal była maltretowana, chociaż przez innych, zaspokajał go wystarczająco, żeby zachować żelazną kontrolę nad jej udręczonym umysłem. Hoffritz był bardzo chorym człowiekiem. Więcej niż chorym: obłąkanym.

Regina podniosła głowę i zapytała z pewną dawką entuzjazmu:

– Czy mam opowiedzieć o różnych rzeczach, które mi kazali robić?

Dan zagapił się na nią, oniemiały ze wstrętu.

– Chętnie wszystko opowiem – zapewniła. – Może się panu spodoba. Nie miałam nic przeciwko robieniu tych rzeczy i z chęcią opowiem panu dokładnie, co robiłam.