Выбрать главу

– Nie – odparł ochryple.

– Może jednak chciałby pan posłuchać. – Nie.

Zachichotała cichutko.

– Może podsunę panu jakieś pomysły.

– Zamknij się! – warknął i prawie ją uderzył. Spuściła głowę jak pies skarcony przez surowego pana. Dan odezwał się po chwili:

– Ci mężczyźni, których do ciebie przysyłał Hoffritz… kto to był?

– Znam tylko ich imiona. Jeden miał na imię Andy, a pan mi powiedział, że nazywał się Cooper. Drugi to był Joe.

– Scaldone? Kto jeszcze?

– Howard, Shelby… Eddie.

– Jaki Eddie?

– Mówiłam panu, nie znam ich nazwisk.

– Jak często przychodzili?

– Większość z nich… raz czy dwa razy w tygodniu.

– Ciągle przychodzą?

– No pewnie. Oni mnie potrzebują. Był tylko jeden, który przyszedł raz i więcej nie wrócił.

– Jak się nazywał?

– Albert.

– Albert Uhlander?

– Nie wiem.

– Jak wyglądał?

– Wysoki, chudy, z… kościstą twarzą. Nie wiem, jak inaczej go opisać. Pan pewnie by powiedział, że wyglądał trochę jak jastrząb… jastrzębi nos… ostre rysy.

Dan nie obejrzał fotografii autora na książkach leżących obecnie w bagażniku jego samochodu, ale zamierzał to zrobić, jak tylko wyjdzie od Reginy.

– Albert, Howard, Shelby, Eddie… ktoś jeszcze? – zapytał.

– No, jak mówiłam, Andy i Joe. Ale oni już nie żyją, tak?

– Zgadza się.

– I jest jeszcze jeden. Przychodzi od dawna, ale nie znam nawet jego imienia.

– Jak wygląda?

– Około sześciu stóp wzrostu, dystyngowany. Piękne siwe włosy. Piękne ubrania. Niezbyt przystojny, wie pan, ale elegancki. Tak dobrze się nosi i bardzo dobrze mówi. Jest… kulturalny. Lubię go. Rani mnie tak… pięknie.

Dan głęboko zaczerpnął powietrza.

– Jeśli nie znasz nawet jego imienia, jak się do niego zwracasz?

Uśmiechnęła się szeroko.

– Och, on chce, żebym go nazywała tylko w jeden sposób. – Mrugnęła figlarnie do Dana. – Tatuś.

– Co?

– Mówię do niego Tatuś. Zawsze. Wie pan, udaję, że jest moim tatusiem, a on udaje, że jestem jego prawdziwą córką, i siadam mu na kolanach, rozmawiamy o szkole i…

– Wystarczy – uciął Dan. Zdawało mu się, że trafił do jakiegoś kręgu Piekła, gdzie znajomość miejscowych zwyczajów oznacza konieczność ich przestrzegania. Wolał nic nie wiedzieć.

Miał ochotę zrzucić fotografie ze stołu, roztrzaskać szkło w ramkach, strącić resztę fotografii z gzymsu kominka na palenisko i podpalić zapałką. Wiedział jednak, że Reginie nie pomoże zniszczenie pamiątek po Hoffritzu. Tak, okrutny dręczyciel zmarł, ale będzie żył przez lata w umyśle tej kobiety, niczym złośliwy gnom w ukrytej jaskini.

Dan ponownie dotknął jej twarzy, tym razem krótko i czule.

– Regino, co robisz ze swoim życiem, jak spędzasz czas? Wzruszyła ramionami.

– Chodzisz do kina, na tańce, na obiad z przyjaciółmi… czy tylko siedzisz tutaj i czekasz na kogoś, kto będzie ciebie potrzebował?

– Najczęściej zostaję w domu – odpowiedziała. – Podoba mi się tutaj. Tutaj Willy mnie chciał.

– A jak zarabiasz na życie?

– Robię, czego chcą.

– Skończyłaś psychologię, na litość boską. Milczała.

– Po co robiłaś dyplom w UCLA, jeśli nie zamierzałaś go wykorzystać?

– Willy chciał, żebym zrobiła dyplom. Zabawne, wie pan. Wyrzucili go, te dranie z uniwersytetu, ale mnie nie mogli wyrzucić tak łatwo. Zostałam, żeby przypominać im o Willym. Żeby mu zrobić przyjemność. Uważał, że to świetny żart.

– Mogłaś wykonywać ważną pracę, ciekawą.

– Robię to, do czego zostałam stworzona.

– Nie. Wcale nie. Tylko Hoffritz twierdził, że jesteś do tego stworzona. To wielka różnica.

– Willy wiedział – odparła. – Willy wiedział wszystko.

– Willy był ostatnią świnią – oświadczył Dan.

– Nie. – Znowu łzy napłynęły jej do oczu.

– Więc oni tutaj przychodzą i wykorzystują cię, zadają ci ból. – Chwycił ją za ramię, podciągnął rękaw peniuaru, odsłonił dostrzeżone wcześniej sińce i otarcia od sznura na nadgarstku. – Oni cię krzywdzą, prawda?

– Tak, na różne sposoby, jedni bardziej, inni mniej. Niektórzy robią to lepiej. Z niektórymi to jest takie słodkie uczucie.

– Dlaczego godzisz się na to?

– Lubię to.

Atmosfera wydawała się jeszcze bardziej przytłaczająca niż przed paroma minutami. Gęsta, wilgotna, ciężka od niewidocznego brudu, który osiadał nie na skórze, lecz na duszy. Dan nie chciał wdychać tego powietrza. Przesycone było zaraźliwym zepsuciem.

– Kto opłaca twój czynsz? – zapytał.

– Nie płacę czynszu.

– Do kogo należy ten dom?

– Do firmy.

– Jakiej firmy?

– Co mogę dla ciebie zrobić?

– Do jakiej firmy?

– Pozwól, że zrobię coś dla ciebie.

– Do jakiej firmy? – nalegał.

– Przedsiębiorstwa Johna Wilkesa.

– Kto to jest John Wilkes?

– Nie wiem.

– Nigdy nie miałaś tutaj mężczyzny imieniem John? – Nie.

– Skąd wiesz o tych Przedsiębiorstwach Johna Wilkesa?

– Dostaję od nich czek co miesiąc. Bardzo przyzwoity czek. Dan chwiejnie wstał z kanapy.

Regina okazała wyraźne rozczarowanie. Dan rozejrzał się, spojrzał na walizki przy drzwiach, które zauważył, wchodząc.

– Wyjeżdżasz?

– Na parę dni.

– Dokąd?

– Do Las Vegas.

– Uciekasz, Regino?

– Od czego mam uciekać?

– Ludzie giną z powodu tego, co się stało w szarym pokoju.

– Ale ja nie wiem, co się stało w szarym pokoju, i nie chcę wiedzieć – odparła. – Więc jestem bezpieczna.

Patrząc na nią, Dan zrozumiał, że Regina Savannah Hoffritz miała własny szary pokój. Zabierała go wszędzie ze sobą, ponieważ w tym szarym pokoju znajdowała się prawdziwa Regina, zamknięta, uwięziona, schwytana w pułapkę.

– Regino – powiedział – potrzebujesz pomocy.

– Potrzebuję, żebyś mi rozkazywał.

– Nie. Potrzebujesz…

– Niczego mi nie brak.

– Potrzebujesz terapii.

– Jestem wolna. Willy nauczył mnie wolności.

– Wolności od czego?

– Odpowiedzialności. Strachu. Nadziei. Wolności od wszystkiego.

– Willy cię nie uwolnił. On cię zniewolił.

– Pan nie rozumie.

– On był sadystą.

– To nic złego.

– Wtargnął do twojego umysłu, skrzywił cię. Nie mówimy o jakimś niedowarzonym profesorku psychologii, Regino. Ten zboczeniec był grubą szychą. Facet pracował dla Pentagonu, zajmował się modyfikacją behawioralną, odkrywał nowe sposoby prania mózgu. Narkotyki tłumiące jaźń, Regino. Podprogowe warunkowanie. Willy był dla Wielkiego Brata tym, czym Merlin dla króla Artura. Tylko że Willy rzucał złe czary, Regino. Przemienił cię w to… w masochistkę, dla własnej rozrywki.

– I w ten sposób mnie uwolnił – oznajmiła pogodnie. – Widzi pan, kiedy człowiek już nie boi się bólu, kiedy uczy się kochać ból, wtedy nie boi się niczego. I dlatego jestem wolna.

Dan chciał nią potrząsnąć, ale wiedział, że potrząsaniem niczego nie osiągnie. Wręcz przeciwnie. Regina będzie tylko błagać o więcej.

Chciał postawić ją przed współczującym sędzią i bez jej zgody uzyskać nakaz leczenia psychiatrycznego. Ale nie był jej krewnym, tylko praktycznie obcym człowiekiem; żaden sędzia nie zechce go wysłuchać, po prostu tak się tego nie załatwia. Chyba nie mógł dla niej nic zrobić.

– Wie pan, ciekawa sprawa – odezwała się. – Myślę, że Willy tak naprawdę nie umarł.