– Och, na pewno umarł.
– Może nie.
– Widziałem zwłoki. Mamy pozytywną identyfikację uzębienia i odcisków palców.
– Może – powtórzyła. – Ale… ciągle zdaje mi się, że on żyje. Czasami wyczuwam go gdzieś daleko… czuję jego obecność. To dziwne. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Ale właśnie dlatego nie załamałam się do końca. Bo jakoś nie całkiem wierzę w jego śmierć. On wciąż istnieje… gdzieś tam.
Tak uzależniła swoje samopoczucie i chęć do życia od Willy’ego Hoffritaa, tak bardzo potrzebowała jego pochwały i aprobaty albo przynajmniej rozmowy z nim przez telefon co jakiś czas, że nigdy nie pogodzi się z jego śmiercią. Dan podejrzewał, że mógłby zabrać ją do kostnicy, pokazać zakrwawionego trupa, zmusić, żeby położyła dłonie na zimnej martwej skórze, odsłonić przed nią groteskowo zmasakrowaną twarz, podsunąć jej pod nos raport koronera – i wcale by jej nie przekonał, że Hoffritz został zabity. Hoffritz wszedł do jej wnętrza, rozbił jej psychikę i połączył odłamki we wzór bardziej mu odpowiadający, posługując się własną osobą jako spoiwem. Gdyby Regina pogodziła się z rzeczywistością jego śmierci, straciłaby spójność własnej osobowości i groziłby jej obłęd. Jedyną jej nadzieję – tak pewnie sama uważała – stanowiła wiara, że Willy wciąż żyje.
– Tak, on gdzieś tam jest – powtórzyła. – Czuję to. On jest gdzieś daleko.
Z poczuciem całkowitej bezradności, gardząc własną niemocą, Dan ruszył do drzwi.
Za jego plecami Regina szybko wstała z sofy.
– Proszę. Zaczekaj – powiedziała. Obejrzał się na nią.
– Możesz… mnie mieć – zaproponowała.
– Nie, Regino.
– Zrób ze mną, co chcesz. – Nie.
– Będę twoim zwierzątkiem. Zrobił krok w stronę drzwi.
– Twoim małym zwierzątkiem. Powściągnął chęć ucieczki.
Podeszła do niego, kiedy otwierał drzwi. Jej perfumy pachniały subtelnie, lecz efektownie. Położyła dłoń na jego ramieniu.
– Podobasz mi się – oznajmiła.
– Gdzie mieszkają twoi rodzice, Regino?
– Działasz na mnie.
– Twoja matka i ojciec? Gdzie mieszkają?
Dotknęła jego ust smukłymi, ciepłymi palcami. Obrysowała zarys warg.
Odepchnął jej rękę.
– Naprawdę mi się podobasz.
– Może rodzice wyciągną cię z tego.
– Podobasz mi się.
– Regino…
– Zrób mi krzywdę. Bardzo wielką krzywdę. Odsunął ją od siebie takim gestem, jakim współczujący hipochondryk odpycha natrętnego trędowatego: stanowczo, z niesmakiem, obawiając się zarażenia, lecz uwzględniając jego ciężki stan.
– Kiedy Willy posłał mnie do szpitala, odwiedzał mnie codziennie. Załatwił mi separatkę i kiedy przychodził, zawsze zamykał drzwi, żebyśmy byli sami. Gdy zostawaliśmy sami, całował moje sińce. Codziennie przychodził i całował moje sińce. Nie wyobraża pan sobie, poruczniku, jak cudownie jego usta pieściły moje sińce. Jeden pocałunek i każde obolałe miejsce, każda mała, wrażliwa ranka ulegała przemianie. Zamiast bólu, każdy siniak wypełniała rozkosz. Zupełnie jakby… jakby łechtaczka wyrastała na miejscu każdego sińca, i kiedy mnie całował, szczytowałam raz po raz.
Dan wyszedł i zatrzasnął za sobą drzwi.
26
Zimny, porywisty wiatr pędził strzępki śmieci po nocnych ulicach, a w powietrzu wisiała groźba deszczu, kiedy Earl Benton zabrał Laurę i Melanie do mieszkania na parterze nieregularnego dwupiętrowego kompleksu w Westwood, na południe od Wilshire Boulevard. Mieszkanie składało się z pokoju, wnęki jadalnej, kuchni, sypialni i łazienki. Wydawało się większe niż w rzeczywistości, ponieważ duże okna wychodziły na bujnie zarośnięty dziedziniec, o tej porze oświetlony punktowymi błękitnymi i zielonymi reflektorami ukrytymi w gęstwinie.
Mieszkanie należało do Paladyna i spełniało funkcję „bezpiecznego domu”. Agencję czasami zatrudniano do wyciągania nastolatków i dzieci w wieku szkolnym z fanatycznych sekt religijnych; natychmiast po uwolnieniu dzieci przywożono do tego mieszkania, gdzie przechodziły kilkudniowe odwarunkowanie, zanim wróciły do rodziców.
Bezpieczny dom służył również za tymczasowe schronienie dla żon, którym grozili porzuceni mężowie, a kilkakrotnie wysocy urzędnicy korporacyjni z rozmaitych gałęzi przemysłu spotykali się tutaj na parę dni, żeby planować tajne przejęcie wrogich firm, ponieważ tutaj nie musieli się obawiać elektronicznego podsłuchu ani szpiegostwa przemysłowego. Kalifornia Paladyn raz nawet przetrzymywał w tych pokojach pastora baptystów, kiedy młodociany gang z L.A. zawarł kontrakt na jego życie, żeby zemścić się za zeznawanie przeciwko jednemu z braci. Gwiazdor rocka ukrywał się tutaj przed wyjątkowo uciążliwym wezwaniem w kosztownym procesie cywilnym. A słynna aktorka potrzebowała akurat tyle całkowitej prywatności we właśnie takim nieprawdopodobnym miejscu, żeby odbyć rekonwalescencję po utrzymywanej w tajemnicy operacji usunięcia nowotworu, której ujawnienie kosztowałoby ją role w następnych filmach; producenci nie chcieli zatrudniać gwiazd niezdolnych do wypełnienia zobowiązań kontraktu, gwiazd, które mogły zachorować czy nawet umrzeć w połowie kręcenia filmu.
Melanie i Laura mogły schronić się w tych cichych, skromnych pokojach przynajmniej na jedną noc. Laura miała nadzieję, że kryjówka będzie zabezpieczała przed ścigającą ich dziwną siłą równie skutecznie, jak przed młodocianymi gangami i doręczycielami pozwów.
Earl włączył ogrzewanie i poszedł do kuchni, żeby zaparzyć dzbanek kawy.
Laura próbowała zachęcić Melanie do gorącej czekolady, ale dziewczynka nie chciała pić. Jak lunatyczka podeszła do największego fotela w pokoju, wdrapała się na niego, usiadła z podwiniętymi nogami i wpatrzyła się we własne dłonie, które letargicznie ciągnęły, skubały, drapały i pocierały się nawzajem. Palce splatały się i rozplatały, i łączyły się ponownie. Melanie wpatrywała się w swoje dłonie z takim skupieniem, jakby nie rozumiała, że stanowią jej cząstkę, tylko traktowała je jak dwa małe, ruchliwe zwierzątka bawiące się na jej kolanach.
Kawa pokonała chłód, który przeniknął ich w drodze ze smaganego wiatrem parkingu do budynku, ale nie mogła pokonać innego zimna – wywołanego nie przez fizyczne bodźce, lecz przez niespodziewany i niechciany kontakt z nieznanym.
Kiedy Earl dzwonił do biura, żeby zawiadomić o opuszczeniu domu w Sherman Oaks, Laura stanęła w oknie bawialni z kubkiem kawy w dłoniach i wdychała ciepły aromat. Patrzyła na kałuże cieni, na plamy i smugi zielonego i błękitnego blasku, kiedy pierwsze grube krople deszczu zabębniły o liście palmowe.
Gdzieś tej nocy coś tropiło Melanie, coś wykraczające poza ludzkie pojęcie, niedosiężny stwór, którego ofiary wyglądały jak po przejściu połowy cyklu w zgniatarce śmieci, zanim ktoś nacisnął wyłącznik alarmowy. Uniwersyteckie wykształcenie Laury i doktorat z psychologii pomogłyby jej w końcu wyprowadzić Melanie z quasiautystycznego stanu, lecz na żadnym uniwersytecie nie nauczono jej, jak pokonać To. Czy to był demon, duch, siła psychiczna? Takie rzeczy nie istnieją. Prawda? Nie istnieją. Ale… co takiego rozpętali Dylan i Hoffritz? I w jakim celu?
Dylan wierzył w zjawiska nadprzyrodzone. Dostawał okresowych obsesji na punkcie tego czy innego aspektu okultyzmu, i w tych okresach bywał bardziej spięty, nerwowy i kłótliwy niż zwykle. Właściwie Dylan podczas napadów obsesji przypominał Laurze jej matkę, ponieważ jego żelazna wiara w okultyzm – i wieczne kazania na ten temat – wyrastały z tego samego źródła co religijny fanatyzm i przesądne manie, które zrobiły z Beatrice taką wiedźmę; właśnie ta cecha, bardziej niż wszystko inne, przyczyniła się do rozwodu, ponieważ Laura nie mogła znieść niczego, co przypominało jej zatrute strachem dzieciństwo.