Выбрать главу

Teraz próbowała przywołać z pamięci kolejne wybuchy entuzjazmu Dylana, teorie stanowiące jego obsesję. Usiłowała odnaleźć coś, co mogło wyjaśnić obecne wydarzenia, ale nic istotnego nie przychodziło jej do głowy, bo przecież nigdy nie chciała go słuchać, kiedy opowiadał o rzeczach, które wydawały się czystą fantazją – albo czystym szaleństwem.

W reakcji na łatwowierność i irracjonalność matki, Laura zbudowała swoje życie na ścisłej logice i rozsądku. Wierzyła wyłącznie w to, co mogła zobaczyć, usłyszeć, powąchać, posmakować, czego mogła dotknąć.

Nie wierzyła, że pęknięte lustro oznacza siedem lat nieszczęścia, i nie rzucała rozsypanej soli przez ramię. Mając wybór, zawsze przechodziła pod drabiną zamiast obok, po prostu żeby udowodnić, że jest zupełnie inna od matki. Nie wierzyła w diabły, demony, opętania i egzorcyzmy. W głębi serca czuła, że Bóg istnieje, ale nie chodziła do kościoła i nie wyznawała żadnej konkretnej religii. Nie czytała powieści o duchach, nie oglądała filmów o wampirach czy wilkołakach. Nie wierzyła w telepatię, jasnowidzenie, przepowiadanie przyszłości.

Nic nie przygotowało jej na wydarzenia z ostatnich dwudziestu czterech godzin.

Wprawdzie logika i rozsądek tworzyły najbardziej solidne fundamenty pod budowę życia, Laura jednak zrozumiała, że do zaprawy murarskiej należy domieszać poczucie zadziwienia, szacunek dla nieznanego, a przynajmniej obiektywizm. Inaczej krucha zaprawa zacznie wysychać, pękać i odpadać. Krańcowe uzależnienie matki od religii i zabobonów niewątpliwie było chore. Może jednak nie należało wpadać w drugą krańcowość filozoficznego spektrum. Wszechświat wydawał się znacznie bardziej skomplikowany niż przedtem.

Coś czyhało w ciemnościach.

Coś, czego nie rozumiała.

I chciało Melanie.

Lecz nawet kiedy stała przy oknie i wpatrywała się w deszczową noc z nowym szacunkiem dla tajemniczych, niesamowitych spraw, jej umysł szukał bardziej racjonalnych rozwiązań, namacalnych wrogów z krwi i kości. Słyszała, jak Earl rozmawia przez telefon z kimś w biurze, i nagle uświadomiła sobie, że nikt oprócz Paladyna nie znał miejsca pobytu jej i córki. Przez okropną chwilę doznała uczucia, że zrobiła coś bardzo złego, bardzo głupiego, zgodziła się wyrwać spod czujnej obserwacji FBI, zerwać kontakt z przyjaciółmi, sąsiadami i policją. Melanie zagrażało nie tylko niewidzialne To, przed którym ich ostrzeżono, lecz również prawdziwi ludzie, tacy jak wynajęty morderca, którego znaleziono na szpitalnym parkingu. A jeśli ci ludzie mieli wtyczki w Kalifornia Paladynie? Jeśli sam Earl był katem?

Przestań!!!

Wzięła głęboki oddech. Następny.

Stała na śliskim zboczu emocji i osuwała się w otchłań histerii. Ze względu na Melanie, jeśli nie na siebie, musiała wziąć się w garść.

27

Dan wyszedł z domu Reginy i zatrzasnął za sobą drzwi, ale nie ruszył na podjazd. Czekał i nasłuchiwał pod drzwiami. Jego podejrzenia potwierdziły się, kiedy usłyszał męski głos: Regina miała gościa.

Mężczyzna był wściekły. Krzyczał, a ona mówiła do niego Eddie i odpowiadała potulnym, skamlącym głosem. Suchy, twardy, jednoznaczny odgłos policzka poprzedził jej okrzyk – meczenie dźwięczące częściowo bólem, częściowo strachem, częściowo jednak podnieceniem i przyjemnością.

Wiatr węszył hałaśliwie wokół Dana, gałęzie drzew ocierały się o siebie, więc Dan nie słyszał wyraźnie, co mówiono w domu. Rozróżnił dostatecznie dużo słów, żeby zrozumieć, że Eddie złościł się, ponieważ Regina ujawniła zbyt wiele. Żałosnym, służalczym tonem Regina próbowała mu wytłumaczyć, że nie miała wyboru, że musiała powiedzieć Danowi wszystko; Dan nie pytał, tylko żądał odpowiedzi – a co ważniejsze, żądał w taki sposób, że nie mogła się oprzeć. Regina była posłuszną istotą, dla której jedyny cel, sens i radość życia stanowiło wypełnianie rozkazów. Eddie i jego przyjaciele lubili ją taką, mówiła, chcieli ją taką, a przecież nie mogła być taka z nimi i całkiem inna z innymi. „Nie rozumiesz, Eddie? Nie rozumiesz?”. Może i rozumiał, ale jej wyjaśnienia wcale nie złagodziły jego furii. Spoliczkował ją ponownie, i jeszcze raz, a jej bolesny, lecz odstręczająco gorliwy okrzyk nie brzmiał przekonująco.

Dan odsunął się od drzwi i przeszedł wzdłuż fasady domu do pierwszego okna. Chciał spojrzeć na tego Eddiego.

Przez szparę w zasłonach zobaczył fragment salonu i mężczyznę w wieku około czterdziestu pięciu lat. Facet miał rude włosy, wąsy i ciastowate rysy twarzy. Nosił czarne spodnie, białą koszulę, szarą wełnianą kamizelkę i muszkę. Wyglądał jak podstarzały, zepsuty dzieciak. Chociaż wydawał się zgrzybiały, poruszał się nienaturalnie dziarskim krokiem karłowatego koguta, jakby uważał, że autorytet zawsze należy wzmocnić wypinaniem piersi, wymachiwaniem ramion i buńczuczną kogucią postawą. Pomimo tych pozorów sprawiał wrażenie słabego i niedołężnego, niczym nauczyciel z liceum, który nie potrafi utrzymać dyscypliny wśród uczniów. Bynajmniej nie należał do tego rodzaju mężczyzn, którzy biją kobiety; pewnie wcale nie uderzyłby Reginy, gdyby była inną kobietą, ponieważ inna kobieta mogłaby mu oddać.

Eddie najbardziej przejął się tym, że Regina powiedziała Danowi o Przedsiębiorstwach Johna Wilkesa, które ją utrzymywały, do których należał jej dom i które przysyłały jej czek co miesiąc. Regina klęczała przed nim z pochyloną głową, niczym wasal korzący się przed feudałem, a on górował nad nią, przestępował z nogi na nogę, gestykulował z nerwowym ożywieniem i ciągle beształ ją za niepotrzebne mielenie ozorem.

Przedsiębiorstwa Johna Wilkesa.

Dan wiedział, że zdobył klucz do następnego zamka w tej tajemnicy zamkniętej na cztery spusty.

Odsunął się od okna i wrócił na ulicę, gdzie zaparkował samochód. Otworzył bagażnik i z kartonowego pudła wyjął jedną z siedmiu książek Alberta Uhlandera, które wcześniej wyniósł z domu Neda Rinka. Regina powiedziała, że mężczyzna imieniem Albert odwiedził ją raz i w przeciwieństwie do innych, którzy ją wykorzystywali, nigdy nie przyszedł ponownie; mówiła, że miał kościstą twarz i ostre jastrzębie rysy. Teraz, w upiornym blasku rtęciowych latarni ulicznych i jeszcze bardziej niesamowitym świetle żarówki w bagażniku, Dan obejrzał fotografię autora na okładce. Uhlander miał długą, wąską, niemal trupią twarz, wydatne czoło, szczęki i kości policzkowe; oczy spoglądały zimno i drapieżnie, co w połączeniu z zakrzywionym, haczykowatym nosem rzeczywiście upodabniało mężczyznę do jastrzębia czy innego okrutnego drapieżnego ptaka.

Więc to Uhlander odwiedził Reginę, ale tylko raz, powodowany nie przemożną i perwersyjną seksualną potrzebą jak inni, lecz raczej ciekawością, jakby musiał zobaczyć na własne oczy, że Regina istnieje i że Hoffritz całkowicie ją zniewolił. Może chciał osobiście przekonać się o geniuszu Hoffritza w tej dziedzinie, zanim przyłączył się do dziwacznego projektu Hoffritza i McCaffreya związanego z Melanie.

Dan chciał z nim porozmawiać. Dopisał Uhlandera do pamięciowej listy osób, które zamierzał przesłuchać, listy obejmującej już Mary O’Harę, żonę Ernesta Andrew Coope – ra, żonę Josepha Scaldonego (jeśli takową posiadał), zarządców i/lub właścicieli Przedsiębiorstw Johna Wilkesa, srebrnowłosego dystyngowanego zboczeńca, który regularnie odwiedzał Reginę i którego znała tylko pod pseudonimem „Tatuś”, oraz innych mężczyzn, którzy ją wykorzystywali – Eddiego, Shelby’ego i Howarda.

Włożył książkę z powrotem do pudła, zamknął bagażnik i wsiadł do samochodu, kiedy ciężkie krople deszczu zaczęły rozpryskiwać się na chodniku. Wciąż miał w kieszeni listę wysyłkową Scaldonego i wiedział, że wkrótce znajdzie nazwiska Eddiego, Shelby’ego i Howarda wśród tych trzystu klientów Znaku Pentagramu. Ale światło było marne, czuł się zmęczony, oczy go piekły i chciał porozmawiać z Laurą McCaffrey, zanim zrobi się późno, więc zostawił listę w kieszeni, uruchomił silnik i wyjechał ze wzgórz Hollywood.