Za piętnaście jedenasta, kiedy dotarł do domu Laury w Sherman Oaks, padał zimny deszcz. Chociaż w kilku pokojach paliły się światła, nikt nie otworzył drzwi. Dan dzwonił, potem pukał, później walił w drzwi – bez rezultatu.
Gdzie jest Earl Benton? Miał tu zostać do północy, zanim go zmieni następny agent z Paladyna.
Dan pomyślał o zmiażdżonych, porozrywanych trupach w Studio City poprzedniej nocy i o martwym zabójcy Nedzie Rinku. Coraz bardziej zaniepokojony, odszedł od drzwi, z mlaskaniem przebrnął przez rozmiękły trawnik, przecisnął się pomiędzy dwoma ciężkimi od kwiatów krzakami hibiskusa i zajrzał w najbliższe okno. Nie zobaczył nic niezwykłego, żadnych trupów, krwi ani zniszczeń. Podszedł do następnego okna, ale też nic nie dostrzegł, więc pospieszył do bocznej furtki, wszedł na podjazd i pobiegł na tyły domu. Serce mu waliło, ostry ból rozdzierał wnętrzności.
Drzwi kuchenne nie były zamknięte na klucz. Otworzył je i wchodząc do środka zauważył, że framuga popękała, a zerwany łańcuch zwisał z zaczepu. Potem zobaczył bałagan w kuchni: poszarpane, zwiędłe kwiaty, zgniecione, podarte liście, jakieś roślinne szczątki, grudy wilgotnej ziemi. Brak krwi.
Na stole stały trzy talerze z niedojedzonym spaghetti, posypanym kurzem i brudem. Jedno przewrócone krzesło.
Splątana masa niecierpków wylewająca się z kuchennego zlewu.
Ale żadnej krwi. Bogu dzięki. Żadnej krwi. Na razie. Wyciągnął rewolwer.
Pełen obaw, z rozpaczą myśląc o zmasakrowanych trupach, które muszą leżeć gdzieś w domu, wymknął się z kuchni i ostrożnie zaglądał do wszystkich pokojów po kolei. Nikogo nie znalazł, spłoszył tylko wystraszonego kota.
Sprawdził garaż i zobaczył, że zniknęła błękitna honda Laury McCaffrey. Nie wiedział, co o tym myśleć.
Kiedy upewnił się, że nigdzie nie ma żadnych trupów, doznał tak wielkiej ulgi, jakby przedtem wędrował po dnie oceanu, przygniatany milionami ton wody, i nagle został przeniesiony na suchy ląd, gdzie dźwigał na ramionach tylko powietrze. Ulga była tak głęboka, a towarzysząca jej radość tak silna, że musiał przyznać się przed samym sobą, iż traktował tę kobietę z chorym dzieckiem inaczej niż wszystkie inne ofiary, z jakimi miał do czynienia przez czternaście lat policyjnej roboty. Jego niezwykłe zaangażowanie i empatia nie wynikały z niejasnego podobieństwa tej sprawy do przypadku Fran i Cindy Lakey sprzed lat; Laura McCaffrey nie pociągała go wyłącznie dlatego, że ratując ją i Melanie, mógł odkupić śmierć Cindy Lakey, której nie zdołał ocalić. Owszem, częściowo zainteresowała go z tego powodu, ale pociągała go również jako kobieta. Nigdy przedtem nie przeżywał takiej fascynacji; Laura wywarła na nim wrażenie nie tylko swoją urodą, niezaprzeczalnie wyjątkową, i nie tylko wybitną inteligencją, ważną dla niego, ponieważ nigdy nie podzielał skłonności ogółu mężczyzn do głupich blondynek czy pustogłowych brunetek, ale także niezwykłą siłą i determinacją w obliczu straszliwego zagrożenia.
Lecz nawet jeśli Laura i Melanie wyjdą żywe z tej historii, pomyślał, nie mam żadnych szans na związek z tą kobietą. Ona jest doktorem psychologii, na litość boską. Ja jestem gliniarzem. Ona jest bardziej wykształcona ode mnie. Zarabia więcej ode mnie. Daj sobie spokój, Haldane. Nie dorastasz do jej klasy.
Niemniej, kiedy nie znalazł w domu żadnych ciał, poczuł ogromną ulgę i serce wezbrało mu dziwną radością, jakiej nie doznałby, gdyby kto inny uniknął śmierci zamiast tej kobiety i jej dziecka.
Wrócił do kuchni, żeby dokładniej obejrzeć zniszczenia, i wtedy zorientował się, że nie jest już sam w domu. Michael Seames, agent FBI, którego poznał przed paroma godzinami w Znaku Pentagramu, stał przy stole z rękami w kieszeniach i wpatrywał się w roślinne szczątki, które zaśmiecały pomieszczenie. Twarz Seamesa, dziwnie młoda pomiędzy siwymi włosami a przygarbionymi ramionami, wyrażała zdumienie i zatroskanie.
– Dokąd oni pojechali? – zapytał Dan.
– Miałem nadzieję, że to pan mi powie – odparł Seames.
– Za moją radą zatrudniła całodobową ochronę…
– Kalifornia Paladyn.
– Tak, zgadza się. Ale o ile mi wiadomo, nie zamierzali proponować, żeby się ukryła czy coś w tym rodzaju. Mieli tutaj z nią zostać.
– Jeden z nich był tutaj. Niejaki Earl Benton…
– Tak, znam go.
– Jeszcze godzinę temu. Potem bez ostrzeżenia wyniósł się razem z Laurą McCaffrey i dziewczynką. Zwiewali, jakby się paliło. Mamy furgonetkę inwigilacyjną po drugiej stronie ulicy.
– Och?
– Próbowali ścigać Bentona, ale za szybko jechał. – Seames zmarszczył brwi. – Właściwie wyglądało na to, że od nas też chciał uciec. Nie podejrzewa pan dlaczego?
– Będę strzelał w ciemno. Pewnie za słabo się orientuję, żeby coś takiego sugerować. Ale może on wam nie ufa.
– Jesteśmy tutaj, żeby chronić dziecko.
– Na pewno wasz rząd nie chce jej zabrać na chwilę, żeby sprawdzić, co takiego z nią robili McCaffrey i Hoffritz w tym szarym pokoju?
– Możliwe – przyznał Seames. – Jeszcze nie podjęto decyzji w tej sprawie. Ale to jest Ameryka, wie pan…
– Tak słyszałem.
– …i nie porywamy dzieci.
– Więc jak to nazywacie – „pożyczaniem”?
– Nie zrobimy żadnych badań bez zgody jej matki. Dan westchnął, niepewny, w co ma wierzyć.
– Nie poradził pan przypadkiem Bentonowi, że powinien nas zgubić? – zagadnął Seames.
– Dlaczego miałbym to zrobić? Jestem stróżem prawa, tak jak pan.
– Więc pan zawsze pracuje w takich godzinach, przez cały dzień i pół nocy, przy wszystkich sprawach?
– Nie przy wszystkich sprawach.
– Przy większości spraw?
Dan mógł odpowiedzieć zgodnie z prawdą:
– Tak, właściwie przy większości spraw pracuję w nadgodzinach. Zaczyna się śledztwo i jeden trop prowadzi do następnego, i nie zawsze można codziennie skończyć o piątej. Większość detektywów pracuje w nadgodzinach, na różne zmiany. Na pewno pan to wie.
– Słyszałem, że pan pracuje ciężko jak mało kto. Dan wzruszył ramionami.
– Mówią na pana buldog – ciągnął Seames – mówią, że pan kocha swoją pracę, że pan naprawdę wgryza się zębami i nie puszcza.
– Może. Pracuję dosyć ciężko. Ale w sprawie zabójstwa trop szybko stygnie. Zwykle, jeśli nie wykryje się mordercy po dwóch czy trzech dniach, już nigdy nie można go złapać.
– Ale pan wkłada w tę sprawę nawet więcej serca niż zwykle, więcej niż przeciętny detektyw. Prawda, poruczniku?
– Może.
– Pan wie, że tak.
– Hau, hau.
– Co?
– Buldog we mnie.
– Dlaczego buldog akurat przy tej sprawie?
– Chyba po prostu byłem w nastroju do działania.
– To żadna odpowiedź.
– Zjadłem za dużo psiej karmy, mam za dużo energii i muszę ją wyładować.
Seames potrząsnął głową.
– To dlatego, że panu wyjątkowo zależy na tej sprawie.
– Zależy mi?
– A nie?
– Nic o tym nie wiem – odparł Dan, chociaż śliczna twarz Laury McCaffrey nieproszona wypłynęła z jego pamięci.
Seames przyjrzał mu się podejrzliwie i powiedział:
– Słuchaj pan, Haldane, jeśli ktoś ładował forsę w Hoffritza i McCaffreya, bo ich projekt miał wojskowe zastosowania, to ci sami… nazwijmy ich „finansiści”… ci sami finansiści mogą wydać sporą kasę, żeby znowu dostać dziewczynkę w ręce. Ale ich forsa zawsze będzie brudna, cholernie brudna. Każdy facet, który jej dotknie, złapie śmiertelną infekcję. Rozumiemy się?