Początkowo wydawało się, że Seames jakimś cudem odkrył romantyczną skłonność Dana do Laury. Teraz nagle wyjaśniło się, że agenta dręczyły mroczniejsze podejrzenia.
Na litość boską, pomyślał Dan, on się zastanawia, czyjej nie sprzedałem Ruskim albo komuś innemu!
– Jezu, Seames, co panu chodzi po głowie!
– Oni gotowi są dużo zapłacić, żeby dostać ją w swoje ręce, i chociaż w naszym mieście policyjny detektyw zarabia całkiem nieźle, nigdy się nie wzbogaci… jeśli nie kombinuje.
– Nie podobają mi się pańskie pomówienia.
– A ja żałuję, że pan nie chce wyraźnie zaprzeczyć tym pomówieniom.
– Nie. Nigdy, nigdzie, nikomu się nie sprzedałem. Nie, nie t, stanowczo zaprzeczam. Czy to panu wystarczy?
Seames nie odpowiedział, tylko burknął:
– W każdym razie kiedy zespół inwigilacyjny zgubił Bentona, wrócili tutaj, żeby zaczekać, czy nie zjawi się znowu ta kobieta i dziewczynka albo może ktoś inny. Po namyśle postanowili rozejrzeć się koło domu, znaleźli otwarte drzwi tak jak pan… i ten niesamowity bałagan.
– No właśnie, co z tym bałaganem? – zapytał Dan. – Co pan z tego rozumie?
– Kwiaty pochodzą z ogrodu za domem.
– Ale co tutaj robią? Kto je przyniósł?
– Nie mamy pojęcia.
– I dlaczego łańcuch jest wyrwany z drzwi?
– Widocznie ktoś się włamał do środka.
– Naprawdę? Rany, wy z Biura niczego nie pominiecie.
– Nie całkiem rozumiem pańską postawę.
– Jak wszyscy inni.
– Pańską niechęć do współpracy.
– Po prostu jestem bardzo złym chłopcem. – Dan ruszył do telefonu, a Seames chciał wiedzieć, w jakim celu, więc Dan wyjaśnił: – Dzwonię do Paladyna. Jeśli Earl czuł, że Laurze i Melanie coś tutaj grozi, mógł je pospiesznie ewakuować, tak jak pan mówił, ale kiedy dotarł na miejsce przeznaczenia, na pewno zadzwonił do biura i zawiadomił, gdzie się przenieśli.
Nocny operator w Kalifornia Paladynie, niejaki Lonnie Beamer, znał Dana dostatecznie dobrze, żeby rozpoznać jego głos.
– Tak, poruczniku, Earl zabrał ich do bezpiecznego domu. Lonnie widocznie myślał, że Dan zna adres bezpiecznego domu, jednak mylił się. Earl wspominał o domu kilka razy, kiedy opowiadał o rozmaitych sprawach, przy których pracował, ale nawet jeśli dokładnie opisał położenie domu, Dan tego nie pamiętał. Nie mógł poprosić Lonniego o adres bez wzbudzania podejrzeń Seamesa, który uważnie słuchał rozmowy. Postanowił zadzwonić do nocnego operatora z innego telefonu, jak już urwie się agentowi.
– Ale pewnie długo tam nie posiedzą – powiedział Lonnie.
– Dlaczego?
– Nie słyszał pan? Pani McCaffrey i dzieciak już nie potrzebują naszej ochrony… chociaż ona jeszcze nas nie zwolniła. Może jeszcze będzie korzystała z naszych usług, ale głównie wasi ludzie przejmują zadanie. Przydzielono jej policyjną ochronę.
– Poważnie mówisz?
– Aha – przytaknął Lonnie. – Całodobowa ochrona policyjna. W tej chwili Earl jest w Westwood, w bezpiecznym domu, i czeka na dwóch waszych ludzi, żeby przejęli od niego te McCaffrey. Powinni zjawić się za parę minut.
– Kto?
– Ee… zobaczymy… kapitan Mondale zarządził ochronę i Earl ma przekazać nasze klientki detektywom Wexlershowi i Manuellowi.
Coś było nie tak. Bardzo nie tak. Departament miał za mało ludzi, żeby zapewniać całodobową ochronę nawet w takiej sprawie. Zresztą Ross nie dzwoniłby osobiście do Paladyna; takie rzeczy zawsze zlecał asystentom. Poza tym, gdyby przydzielono ochronę, to w postaci umundurowanych policjantów, a nie potrzebnych gdzie indziej detektywów w cywilu, których brakowało jeszcze bardziej niż mundurowych.
I dlaczego akurat Wexlersh i Manuello?
– Więc równie dobrze może pan zostać w Sherman Oaks – ciągnął Lonnie – bo wasi ludzie pewnie tam odwiozą panią McCaffrey z dzieckiem.
Dan chciał wiedzieć więcej, ale nie mógł rozmawiać swobodnie, kiedy czuł oddech Seamesa na karku.
– No nic, dzięki, Lonnie – powiedział. – Chociaż moim zdaniem to niewybaczalne, że nie wiecie, gdzie jest wasz pracownik ani co się dzieje z waszymi klientami.
– Hę? Przecież właśnie panu powiedziałem…
– Zawsze myślałem, że Paladyn jest najlepszy, ale jeśli nie zaczniecie lepiej pilnować swoich agentów i klientów, zwłaszcza klientów narażonych na ryzyko…
– Co się z panem dzieje, Haldane? – zapytał Lonnie.
– Jasne, jasne – powiedział Haldane na użytek Seamesa – na pewno są bezpieczne. Wiem, że Earl to dobry agent i na pewno nie pozwoli, żeby coś im się stało, ale lepiej zróbcie tam u siebie porządek, bo prędzej czy później coś się stanie klientowi i odbiorą wam licencję.
Lonnie zaczął coś mówić, ale Dan odłożył słuchawkę.
Rozpaczliwie pragnął wydostać się stąd, znaleźć inny telefon i zadzwonić do Lonniego po więcej szczegółów. Nie chciał jednak zdradzić swojej niecierpliwości przed Seamesem, bo nie chciał, żeby Seames z nim poszedł. A gdyby Seames myślał, że Dan zna miejsce pobytu Laury i Melanie, nigdy nie zostawiłby go w pokoju.
Agent FBI patrzył na Dana twardym wzrokiem.
– W Paladynie nic nie wiedzą – oświadczył Dan.
– Tak panu powiedzieli? – Tak.
– Co jeszcze panu powiedzieli?
Dan chciał i musiał ufać Seamesowi oraz FBI. Ostatecznie był gliną z wyboru i wierzył w prawo, w system władzy i porządku. Normalnie obdarzyłby Seamesa zaufaniem odruchowo, bez namysłu.
Ale nie tym razem. To była pokręcona sytuacja i w grę wchodziła stawka tak wysoka, że normalne zasady przestały obowiązywać.
– Ni cholery mi nie powiedzieli – odparł Dan. – A o co chodzi?
– Strasznie pan się spocił.
Dan czuł pot na twarzy, zimny i kroplisty. Szybko wymyślił odpowiedź.
– To przez tę rozbitą głowę. Nie boli i zapominam o tym, a potem nagle znowu zaczyna boleć tak mocno, że słabo mi się robi.
– Kapelusze? – zainteresował się Seames.
– Co?
– W Znaku Pentagramu powiedział mi pan, że skaleczył się podczas przymierzania kapeluszy.
– Naprawdę? No, po prostu się mądrzyłem.
– No więc… co się naprawdę stało?
– Widzi pan, zwykle nie przemęczam się myśleniem. Nie przywykłem do tego. Wielki tępy glina, pan rozumie. Ale dzisiaj myślałem tak ciężko, że głowa mi się rozgrzała i dostałem bąbli na czole.
– Moim zdaniem pan zawsze dużo myśli, Haldane. Bez przerwy.
– Za wysoko mnie pan ceni.
– Radzę panu poważnie pomyśleć o jednym: pan jest zwykłym miejskim gliną, a ja jestem agentem federalnym.
– Jestem całkowicie świadom pańskiego wysokiego stanowiska oraz obecności ducha J. Edgara Hoovera.
– Chociaż nie mogę bez powodu wtrącać się do pańskiej jurysdykcji, znam sposoby, żeby pan pożałował, jeśli mi pan wejdzie w drogę.
– Nigdy tego nie zrobię, sir. Przysięgam. Seames tylko popatrzył na niego.
– No, to chyba będę leciał – oznajmił Dan.
– Dokąd?
– Pewnie do domu – skłamał Dan. – Miałem długi dzień. Pan ma rację: za dużo pracuję. I głowa mnie boli jak diabli. Wezmę aspirynę i zrobię sobie okład z lodu.
– Tak nagle przestał pan się martwić o te McCaffrey?
– Jasne, martwię się o nie – przyznał Dan – ale na razie nic więcej nie mogę zrobić. To znaczy, ten bałagan w domu wygląda dosyć podejrzanie, ale niekoniecznie świadczy o próbie zabójstwa, prawda? Myślę, że one są bezpieczne z Earlem Bentonem. To dobry człowiek. Poza tym, panie Seames, gliniarz od zabójstw musi mieć grubą skórę. Nie może utożsamiać się z ofiarami, pan rozumie. Jeśli zaczniemy się przejmować, wszyscy trafimy do czubków. Racja?