Выбрать главу

Seames wpatrywał się w niego bez mrugnięcia.

Dan ziewnął.

– No, czas walnąć piwo i do wyra.

Ruszył do drzwi. Czuł się beznadziejnie obnażony, przezroczysty jak szkło. Nie miał talentu do udawania. Seames odezwał się, kiedy Dan przekraczał próg.

– Jeśli Laurze McCaffrey i jej córce grozi niebezpieczeństwo, poruczniku, i jeśli pan naprawdę chce im pomóc, powinien pan ze mną współpracować.

– No, jak mówiłem, nie przypuszczam, żeby akurat w tej chwili coś im groziło – odparł Dan, chociaż nadal czuł krople potu spływające po twarzy, chociaż serce mu waliło, a żołądek skurczył się w bolesny węzeł.

– Cholera, dlaczego pan jest taki uparty? Dlaczego pan nie chce współpracować, poruczniku?

Dan spojrzał mu w oczy.

– Przed chwilą praktycznie oskarżył mnie pan, że się sprzedałem i wydałem komuś te McCaffrey.

– Podejrzliwość to część mojej pracy – wyjaśnił Seames.

– Mojej też.

– To znaczy… pan podejrzewa, że wcale nie chodzi mi o dobro tej dziewczynki?

– Panie Seames, przykro mi, ale chociaż ma pan okrągłą

1 gładką buzię cherubina, to wcale nie znaczy, że jest pan prawdziwym aniołem.

Dan wyszedł z domu, wsiadł do samochodu i odjechał. Nie próbowali go śledzić; pewnie doszli do wniosku, że nie warto marnować czasu.

Pierwszy telefon, który zobaczył Dan, należał do tego rodzaju urządzeń, których stopniowe znikanie symbolizuje upadek nowoczesnej cywilizacji: zamknięta ze wszystkich stron szklana budka. Stała na rogu parceli zajmowanej przez stację obsługi Arco.

Zanim Dan wreszcie znalazł budkę i zaparkował obok niej, cały się trząsł, jeszcze nie spanikowany, ale z pewnością na krawędzi paniki, co zupełnie do niego nie pasowało. Zwykle był spokojny, opanowany. Nawet w najgorszej sytuacji, nawet kiedy wszystko się waliło, potrafił zachować zimną krew. Ale nie tym razem. Może dlatego, że nie mógł przestać myśleć o Cindy Lakey, nie mógł zapomnieć swojej tragicznej porażki, a może przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny za dużo rozmyślał o morderstwie własnego brata i siostry, a może Laura McCaffrey pociągała go silniej, niż chciał przyznać, i jej utrata oznaczała dla niego wręcz niewyobrażalną katastrofę. Lecz bez względu na powód tej emocjonalnej zapaści, z każdą chwilą coraz bardziej puszczały mu nerwy. Wexlersh. Manuello.

Dlaczego nagle tak się ich przestraszył? Oczywiście nigdy ich nie lubił. Początkowo byli zastępcami i plotka głosiła, że należeli do najbardziej skorumpowanych w tamtym wydziale, i pewnie dlatego Ross Mondale załatwił im przeniesienie pod swoją komendę do East Valley; chciał mieć do dyspozycji ludzi, którzy wypełnią każde polecenie, którzy nie zadają pytań i nie kwestionują rozkazów, którzy pozostaną wobec niego lojalni, dopóki ich opłacał. Dan wiedział, że obaj byli pachołkami Mondale’a, oportunistami lekceważącymi własną pracę, nie żywiącymi szacunku dla koncepcji obowiązku czy bezpieczeństwa publicznego. Ale wciąż byli gliniarzami, złymi gliniarzami, leniwymi gliniarzami, ale nie płatnymi zabójcami jak Ned Rink. Na pewno nie stanowili zagrożenia dla Laury i Melanie. A jednak…

Coś było nie tak. Zaledwie przeczucie. Dan nie potrafił wyjaśnić swojego nagłego przerażenia, nie rozumiał jego przyczyn, ale przez lata nauczył się ufać swoim przeczuciom, dlatego teraz przepełnił go strach.

W budce telefonicznej pospiesznie, gorączkowo wygrzebał z kieszeni kilka monet. Wystukał na klawiaturze numer Kalifornia Paladyna.

Jego oddech zaparował wewnętrzną powierzchnię szkła, podczas gdy deszcz spływał po drugiej stronie tafli. Srebrzyste światła stacji obsługi mrugały przez falujące strużki wody, rozmyte i przyćmione za zaparowaną szybą.

Ta dziwaczna migotliwa poświata, połączona z niepokojącymi odgłosami burzy, wywołała u Dana niezwykłe uczucie, że jest zamknięty w kapsule i dryfuje poza nurtem czasu i przestrzeni. Wcisnąwszy ostatnią cyfrę numeru Paladyna, doznał niesamowitego wrażenia, że drzwi budki zamknęły się za nim na stałe, że już nigdy stąd nie wyjdzie, że nigdy nie zobaczy, nie usłyszy ani nie dotknie innej ludzkiej istoty, tylko wiecznie będzie dryfował w Strefie Mroku, uwięziony w tej szklanej kostce, i nie zdoła pomóc Laurze i Melanie, nie zdoła ostrzec Earla o niebezpieczeństwie, nawet sam siebie nie ocali. Czasami śniło mu się, że jest całkowicie bezradny, bezsilny, sparaliżowany, podczas gdy na jego oczach jakiś nieokreślony, lecz potworny stwór torturuje i morduje ludzi, których kochał; po raz pierwszy jednak ten koszmar dopadł go na jawie.

Skończył wstukiwać numer. Po kilku elektronicznych piskach i kliknięciach na linii zabrzęczał sygnał.

Początkowo nawet sygnał nie rozproszył miazmatów strachu tak gęstych, że tamowały oddech. Dan niemal spodziewał się, że sygnał będzie tak dzwonił i dzwonił, bez odpowiedzi, ponieważ wszyscy wiedzą, że nie istnieje połączenie telefoniczne pomiędzy rzeczywistym światem a Strefą Mroku. Jednak po trzecim dzwonku Lonnie Beamer powiedział:

– Kalifornia Paladyn.

Dan ledwie powstrzymał okrzyk ulgi.

– Lonnie, to znowu Dan Haldane.

– Już pan oprzytomniał?

– Mówiłem te wszystkie rzeczy tylko na użytek faceta, który wisiał mi nad głową.

– Zorientowałem się, jak pan położył słuchawkę.

– Słuchaj, tym razem, jak tylko się rozłączę, zadzwoń do Earla i powiedz mu, że coś tu śmierdzi z tą ochroną policyjną.

– O czym pan mówi?

– Powiedz mu, że goście, którzy tam przyjdą, to nie będą prawdziwi gliniarze, więc niech im nie otwiera.

– Gada pan bez sensu. Przecież to będą gliniarze.

– Lonnie, coś złego się kroi. Nie wiem dokładnie co i jak…

– Za to ja wiem, że rozmawiałem z Rossem Mondale’em. Znaczy, poznałem jego głos, ale i tak zadzwoniłem do niego na numer biura. Po prostu, żeby jeszcze raz go sprawdzić, zanim mu powiedziałem, gdzie Earl trzyma obie McCaffrey.

– W porządku – rzucił niecierpliwie Dan – nawet jeśli zjawią się prawdziwi Wexlersh i Manuello, powiedz Earlowi, że to śmierdzi. Powiedz mu, że wpadnie w gówno po szyję, jeśli ich wpuści.

– Słuchaj pan, nie mogę mu powiedzieć, żeby przepędził spod drzwi dwóch gliniarzy.

– Nie musi ich przepędzać. Powiedz mu tylko, żeby ich nie wpuszczał. Powiedz mu, że już jadę. Musi bronić twierdzy, dopóki nie przyjadę. I jaki jest ten cholerny adres bezpiecznego domu?

– Właściwie to mieszkanie – wyjaśnił Lonnie. Podał Da – nowi adres w Westwood, na południe od Wilshire. – Hej, naprawdę pan myśli, że coś im grozi?

– Dzwoń do Earla! – zażądał Dan.

Trzasnął słuchawką, szarpnięciem otworzył zaparowane drzwi budki i pobiegł do samochodu.

28

– Aresztować? – powtórzył Earl, zerkając niepewnie na Manuella.

Earl wydawał się równie zdumiony i zaskoczony jak Laura. Siedziała obok Melanie na sofie, gdzie detektywi kazali jej zostać, gdy tylko weszli do pokoju. Czuła się straszliwie bezbronna i nie rozumiała dlaczego, skoro w pokoju byli tylko policjanci, którzy twierdzili, że chcą jej pomóc. Widziała odznaki, a Earl najwyraźniej ich znał (chociaż chyba niezbyt dobrze), więc wszystko wskazywało, że są prawdziwi. A jednak w duszy Laury kiełkowały ciemne pąki podejrzeń i strachu; wyczuwała, że coś tu było nie w porządku, bardzo nie w porządku.

Nie podobał jej się również wygląd dwóch policjantów. Manuello miał złośliwe spojrzenie i uśmieszek pełen wyższości. Poruszał się z zamaszystą arogancją macho, jakby tylko czekał na podważenie swojego autorytetu, żeby kogoś skopać i wdeptać w ziemię. Wexlersh, z woskowobiałą skórą i płaskimi szarymi oczami, przyprawiał Laurę o dreszcze.