Выбрать главу

– Co się stało? – zapytała. – Pan Benton pracuje dla mnie. Płacę za jego opiekę. – A potem zaświtała jej szaleńcza myśl, którą natychmiast wyraziła na głos: – Mój Boże, chyba nie uważacie, że on nas tutaj trzyma wbrew naszej woli?

Detektyw Manuello zignorował ją i zwrócił się do Earla Bentona:

– Nosi pan broń?

– Jasne, ale mam zezwolenie.

– Pokaż pan.

– Zezwolenie?

– Broń.

– Chce pan moją broń?

– No już.

Wyciągając własny rewolwer, Wexlersh ostrzegł:

– Podaj ją bardzo ostrożnie.

Wyraźnie zdumiony tonem i zachowaniem Wexlersha, Earl powiedział:

– Myślicie, że jestem niebezpieczny, na litość boską?

– Tylko ostrożnie – powtórzył zimno Wexlersh.

– Po co miałbym strzelać do glin? – zapytał Earl, oddając broń Manuellowi.

Kiedy Manuello wetknął rewolwer za pasek spodni, zadzwonił telefon.

Laura zaczęła się podnosić, ale Manuello powiedział:

– Niech dzwoni.

– Ale…

– Niech dzwoni! – warknął Manuello. Telefon zadzwonił ponownie.

Mroczna chmura niepokoju wypłynęła na twarz Earla i coraz bardziej ciemniała z każdą chwilą.

Telefon dzwonił i dzwonił, a wszyscy zamarli jak sparaliżowani tym dźwiękiem.

– Hej, słuchajcie, popełniacie poważny błąd – odezwał się Earl.

Telefon dzwonił.

Dan przyczepił przenośnego policyjnego koguta do krawędzi dachu sedana. Chociaż samochód był nieoznakowany, miał również syrenę, którą posłużył się Dan, żeby wymusić pierwszeństwo przejazdu. Samochody posłusznie zjeżdżały mu z drogi. Zważywszy na warunki jazdy, prowadził trochę zbyt brawurowo i niezbyt przejmował się bezpieczeństwem swoim czy innych kierowców, kiedy pędził w stronę Westwood.

Jeśli ktoś przekupił Rossa Mondale’a – czego bynajmniej nie można wykluczyć – i kazał mu wydać Melanie, Mondale bez trudu nakłoniłby Wexlersha i Manuella do współpracy. Mogli pojechać do bezpiecznego domu, wejść do środka dzięki policyjnym odznakom i zabrać dziecko. Musieliby pewnie zabić Earla i Laurę, żeby zatuszować zdradę, lecz im więcej Dan o tym myślał, tym bardziej był pewien, że nie cofną się nawet przed morderstwem, jeśli coś na tym zyskają. I nie ryzykowali specjalnie, ponieważ zawsze mogli powiedzieć, że po przyjeździe do domu znaleźli trupy i że dziecko zniknęło wcześniej.

Dojechał do miejsca, gdzie ulica przechodziła pod autostradą. Zagłębienie w jezdni pod wiaduktem wypełniała woda, tamując dalszy ruch. Jeden samochód utknął pośrodku wirującej kipieli, zanurzony do połowy drzwi, a kilka innych zatrzymało się na granicy zalanego odcinka. Właśnie przyjechała ciężarówka z miejskiego zarządu dróg. Robotnicy w odblaskowych pomarańczowych kamizelkach podłączali pompę, ustawiali barierki i kierowali ruch w przeciwną stronę, ale na dobrą chwilę Dan utkwił w korku, pomimo migającego koguta na dachu sedana.

Siedział i klął wściekle, zablokowany przez samochód osobowy z przodu i ciężarówkę z tyłu, a deszcz wybębniał monotonny rytm na masce i dachu sedana. Każde uderzenie kropli było jak tyknięcie zegara odliczającego cenne sekundy, czas rozmywał się w deszczu, strumienie ważnych chwil spływały do rynsztoka.

Telefon zadzwonił dziesięć razy i po każdym dzwonku narastało napięcie w pokoju.

Earl wiedział, że coś nie gra, ale nie potrafił tego określić. Spotkał już wcześniej Wexlersha i Manuella, słyszał o nich różne rzeczy i wiedział, że nie należeli do orłów intelektu. Nic dziwnego, że popełniali błędy. Bo to na pewno był błąd. Lonnie Beamer powiedział, że przyjeżdżają wziąć pod policyjną ochronę Laurę i Melanie; nic nie wspominał o nakazie aresztowania Earla, zresztą nie mogli dostać nakazu, bo Earl nie popełnił żadnego przestępstwa. Z tego, co słyszał o Wexlershu i Manuellu, to na nich wyglądało: wszystko im się pochrzaniło i wpadli tutaj zdezorientowani, źle poinformowani, działając w błędnym przeświadczeniu, że wysłano ich nie tylko dla ochrony Laury i Melanie, ale również żeby aresztować Earla.

Ale dlaczego nie odbierali telefonu? Przecież ktoś mógł dzwonić do nich. Earl nic z tego nie rozumiał.

Telefon wreszcie przestał dzwonić. Cisza przez chwilę wydawała się równie absolutna jak w próżni. Potem do Earla ponownie dotarło bębnienie deszczu na dachu i na dziedzińcu.

– Skuj go – powiedział Wexlersh do swojego partnera.

– Co jest, do cholery? – zapytał Earl. – Jeszcze mi nie powiedzieliście, za co mnie aresztujecie.

Manuello wyjął parę elastycznych plastikowych jednorazowych kajdanek z kieszeni marynarki.

– Przeczytamy ci oskarżenie na posterunku – odparł Wexlersh.

Obaj wydawali się zdenerwowani, jakby chcieli jak najszybciej załatwić sprawę. Dlaczego tak się spieszyli?

Dan skręcił ostro z Wilshire Boulevard na Westwood Boulevard, w kierunku południowym. Przejechał przez kałużę głęboką na stopę, wzbijając podwójną fontannę wody tak wysoką, jakby na samochodzie nagle wyrosły fosforyzujące skrzydła.

Wytężał wzrok, patrząc przez zalewaną deszczem szybę na mokry, czarny asfalt, który wydawał się zwijać i skręcać pod migotliwym odbiciem ulicznych świateł i neonów. Zmęczone, podrażnione oczy paliły go coraz mocniej. Rozbita głowa tętniła boleśnie, ale Dan odczuwał też inny, wewnętrzny ból, wywołany przez niechcianą świadomość porażki, przemożne, natrętne przeczucie śmierci i rozpaczy.

Z plastikowymi kajdankami w ręku Manuello podszedł do Earla i powiedział:

– Odwróć się i złóż ręce za plecami.

Earl zawahał się. Spojrzał na Laurę i Melanie. Spojrzał na Wexlersha, który trzymał rewolwer Smith & Wesson Police Special. Ci faceci byli glinami, ale Earl nagle nie miał pewności, czy powinien wypełniać ich polecenia, nie miał pewności, czy dobrze zrobił oddając broń, natomiast miał cholerną pewność, że nie lubi kajdanek.

– Zamierzasz stawiać opór przy aresztowaniu? – zagadnął Manuello.

– Właśnie, Benton – dorzucił Wexlersh – na litość boską, chyba rozumiesz, że opór przy aresztowaniu oznacza koniec twojej licencji prywatnego detektywa?

Earl niechętnie odwrócił się i złączył dłonie za plecami.

– Nie przeczytacie mi moich praw?

– Mamy na to mnóstwo czasu w samochodzie – odparł Manuello, wsunął plastikowe kajdanki na nadgarstki Earla i zacisnął mocno.

– Lepiej weźcie płaszcze – Wexlersh zwrócił się do Laury i Melanie.

– A mój płaszcz? – zapytał Earl. – Powinniście mi pozwolić, żebym włożył płaszcz, zanim mnie skuliście.

– Poradzisz sobie bez płaszcza – stwierdził Wexlersh.

– Pada deszcz.

– Nie jesteś z cukru – burknął Manuello. Telefon znowu zaczął dzwonić.

Jak poprzednio, detektywi zignorowali dzwonienie.

Syrena wysiadła.

Dan stuknął stopą w przełącznik, włączył go, wyłączył i znowu włączył, ale syrena nie chciała powrócić do życia. Został mu tylko migający czerwono kogut na dachu i klakson, żeby przebić się przez spowolniony deszczem ruch uliczny.

Spóźni się. Znowu. Tak jak z Cindy Lakey. Za późno. Przeskakiwał z pasa na pas, kluczył, lawirował, wymuszał pierwszeństwo i trąbił z narastającą pewnością, że oni już nie żyją, wszyscy nie żyją, że stracił przyjaciela i niewinne dziecko, które miał nadzieję obronić, i kobietę, która – przyznaj to – zrobiła na nim piorunujące wrażenie. Wszyscy nie żyją.

Laura wzięła płaszcz Melanie i ubrała ją najpierw. Trwało to dłużej, niż powinno, ponieważ dziewczynka wcale nie pomagała.

Manuello rzucił:

– Co z nią… zapóźniona czy jak?

– Nie mogę uwierzyć, że pan naprawdę tak powiedział – oświadczyła zdumiona i rozgniewana Laura.