Выбрать главу

Trzymając się u boku Eddiego, który niestrudzenie krążył po ogromnej sali, przechodził od stolika do stolika, ale nigdzie nie zagrał, Regina reagowała na zgiełk Vegas w sposób dla niej nietypowy. Przyspieszony puls, nagły przypływ adrenaliny, dziwne elektryzujące podniecenie, od którego mrowiła skóra – to wszystko kazało jej wierzyć, że stanie się coś wielkiego. Nie wiedziała, co się stanie, ale wiedziała, że już się zbliża. Wyczuwała to. Może wygra dużo pieniędzy. Może właśnie o tym mówią ludzie, którzy opowiadają, że „mieli szczęście”. Regina nigdy jeszcze nie miała szczęścia. Nigdy jeszcze nie czuła się szczęśliwa. Może dzisiaj też nie będzie miała szczęścia, ale wyczuwała, że coś się stanie. Coś wielkiego. Niedługo.

W motelowym pokoju robiło się coraz zimniej. Melanie kręciła się we śnie i kopała nogami koce. Gwałtownie wciągnęła powietrze, jęknęła cicho i wymamrotała:

– Drzwi… te… drzwi…

Dan podszedł do drzwi i sprawdził zamek, ponieważ dziewczynka jakby wyczuwała, że coś nadchodzi.

– …zamknij je!

Drzwi były zamknięte na klucz.

Temperatura powietrza spadła jeszcze bardziej.

– Nie… nie… nie wypuszczaj tego! – szeptała natarczywie Melanie.

Chyba „nie wpuszczaj”, pomyślała Laura. Ona powinna się bać, że coś wejdzie do środka.

Melanie rzucała się, dygotała, głośno łapała powietrze, ale nie obudziła się ze snu.

Przytłoczona poczuciem całkowitej bezsilności, Laura rozejrzała się po małym pomieszczeniu, próbując odgadnąć, który nieożywiony przedmiot, podobnie jak radio w jej kuchni, nagle zbudzi się do życia.

Dan Haldane wyciągnął rewolwer.

Laura odwróciła się w obawie, że okno eksploduje, że drzwi rozprysną się w drzazgi, że krzesła lub telewizor nagle ożyją i ruszą do ataku.

Dan został w pobliżu drzwi, jakby spodziewał się zagrożenia z tamtej strony.

Lecz wówczas zakłócenia ustały równie nagle, jak się zaczęły. Powietrze znowu się ociepliło. Melanie przestała dyszeć i pojękiwać, umilkła. Leżała na łóżku całkiem nieruchomo, oddychała niezwykle spokojnie i głęboko.

– Co się stało? – zapytał Dan.

– Nie wiem – odparła Laura.

W pokoju było teraz tak ciepło jak przed zakłóceniami.

– Skończyło się? – zapytał Dan.

– Nie wiem.

Melanie była blada jak śmierć.

Regina nosiła suknię z obnażonymi ramionami, dlatego poczuła zmianę w powietrzu wcześniej niż Eddie. Stali przy stole do kości, obserwując grę i Eddie nie mógł zdecydować, czy postawić razem z rzucającym. Ludzie tłoczyli się ze wszystkich stron i w kasynie było gorąco, tak gorąco, że Regina marzyła o wachlarzu. Potem nagle w atmosferze zaszła zmiana. Regina zadrżała i zobaczyła gęsią skórkę na swoich ramionach. Przez chwilę myślała, że kierownictwo przesadnie zareagowało na zaduch i za bardzo podkręciło klimatyzację, ale potem zorientowała się, że temperatura spadła zbyt szybko i gwałtownie jak na efekty zwykłej klimatyzacji.

Kilka innych kobiet też poczuło chłód, a potem zmiana dotarła do świadomości Eddiego i wywarła zdumiewający skutek. Eddie odwrócił się od stołu, zadygotał i objął się ramionami. Na jego twarzy odmalowało się przerażenie. Skóra zrobiła się bezkrwista i biała jak alabaster, oczy straciły blask. Spojrzał dzikim wzrokiem w lewo i w prawo, potem, porzuciwszy Reginę, przepchnął się przez tłum zgromadzony wokół stołu i zaczął łokciami torować sobie drogę w stronę szerokiego przejścia pomiędzy rzędami stołów do gry. Poruszał się nierównymi zrywami jak pod wpływem paniki.

– Eddie? – zawołała za nim. Nie obejrzał się na nią.

– Eddie!

Teraz zrobiło się zimno jak w grudniu, przynajmniej obok stołów do kości. Ludzie komentowali głośno ten nagły i niewytłumaczalny mróz.

Regina przepchnęła się przez tłum w pogoni za Eddiem. Dotarł do głównego przejścia i znalazł wolne miejsce. Okręcał się w kółko z uniesionymi ramionami, jakby spodziewał się ataku i zamierzał odeprzeć napastnika. Ale żaden napastnik się nie pokazał i Regina pomyślała, że facetowi odbiło. Ciągle zbliżała się do niego i teraz zobaczyła, że ochroniarz również zauważył dziwne zachowanie Eddiego i zmierza w jego stronę.

Ponownie zawołała Eddiego, lecz nawet jeśli usłyszał, nie miał szans odpowiedzieć, bo w tej samej chwili coś uderzyło go tak mocno, że zatoczył się w bok. Zderzył się z ludźmi przechodzącymi obok stołów do black jacka i upadł na kolana.

Ale kto go uderzył?

Przez tę krótką chwilę znajdował się na wysepce pustej przestrzeni pomiędzy szerokimi strumieniami ludzi. Nikt nie podszedł do niego bliżej niż na sześć czy osiem stóp. Ale coś go uderzyło. Włosy miał w nieładzie i twarz zalaną krwią.

Jezu, tyle krwi.

Zaczął krzyczeć.

Wodospad dźwięków przelewał się przez zatłoczone kasyno – radosne okrzyki i pohukiwania wygrywających w kości, odwieczna litania dealerów i graczy w black jacka, trzask kart, stukot kości, tyk – tyk – tyk koła fortuny, hurgot i grzechot kulki w ruletce, śmiech, jęki zawodu na widok złej karty, przenikliwe dzwonienie i wycie syren z tych automatów, które wypłacały wygraną, grzmiąca muzyka kwartetu przygrywającego w westybulu – lecz wszystko ucichło, kiedy Eddie zaczął krzyczeć. Przeraźliwe, mrożące krew w żyłach wrzaski brzmiały jak wycie potwora z kos/marnego snu. Sam ten szokujący koncert ryku i zawodzenia wystarczyłby, żeby przyciągnąć uwagę, teraz jednak niewidzialne wzmacniacze – albo jakaś dziwna potęgująca dźwięk właściwość zimnego, zadymionego powietrza – podchwyciły wrzask, powtórzyły go echem i ponownym echem, podwoiły i potroiły siłę głosu. Zupełnie jakby niewidzialny potwór szydził z ofiary, nagłaśniając jej wrzaski do jeszcze bardziej histerycznego poziomu. Wszelkie rozmowy ucichły, potem ustały gry i nawet orkiestra umilkła, i jedynym dźwiękiem – poza krzykami bólu, udręki i strachu – było dzwonienie automatu w odległym zakamarku przestronnej sali.

Ludzie odsuwali się od Eddiego, zostawiali mu więcej miejsca.

Regina również zatrzymała się, kiedy zobaczyła go wyraźnie. Prawe ucho zwisało mu bezwładnie, urwane do połowy, broczące krwią. Cała prawa strona twarzy krwawiła jak obdarta ze skóry, na głowie brakowało kępki wyrwanych włosów. Wyglądał jak obity kijem przez piekielnie silnego i rozwścieczonego napastnika, ale jeszcze nie stracił przytomności. Wypluł krew i wybite zęby, zaczął podnosić się z kolan, ale otrzymał cios tak silny, że jego krzyki zamilkły. Coś podniosło go z podłogi i cisnęło w tłum gapiów przy sąsiednim stole do kości. Ludzie rozbiegli się, ich krzyki zmąciły krótką nienaturalną ciszę i nawet ochroniarz, który zmierzał do Eddiego, zatrzymał się zdumiony i przestraszony.

Eddie upadł jak sterta zakrwawionych łachmanów, lecz natychmiast poderwał się ponownie, chociaż nie z własnej woli. Postawiono go na nogi jak marionetkę kierowaną przez niewidocznego lalkarza. Wykonał kilka chwiejnych, nierównych kroków dalej od stołu, zgiął się, obrócił, potknął i zatoczył na boki, podskoczył, zawirował, jakby straszliwe pioruny biły nad głową niewidocznego lalkarza, spływały po sznurkach na tę krwawą marionetkę i zmuszały ją do spazmatycznych pląsów.

Regina ustąpiła z drogi, kiedy Eddie przetoczył się obok niej. Szaleńczo młócił ramionami na wszystkie strony, jakby lalkarzowi poplątały się sznurki. Prawie oko miał podbite i zamknięte, ale lewe mrugało, obracało się i gorączkowo szukało widmowego napastnika. Wpadł na wolne stołki przy stole do black jacka, przewrócił jeden, a patrzący ze zdumieniem dealer umknął w popłochu.