Kierownik zmiany krzyczał do telefonu, żądając przysłania dodatkowych strażników z ochrony. Eddie uchwycił się stołu do black jacka, jak tonący człowiek chwyta się tratwy na wzburzonym morzu, i próbował stawić opór nieznanej sile czy istocie, która go szarpała. Lecz znacznie potężniejsza moc uniosła go z podłogi. Zawisł nad stołem, szamocząc się i wierzgając, utrzymywany w powietrzu jakby za pomocą czarów. Ten widok wywołał w tłumie najpierw gorączkową paplaninę, a potem pomruk zdumienia, niedowierzania i strachu. Nagle Eddie runął gwałtownie na powierzchnię stołu, pomiędzy karty, żetony i niedopite drinki porzucone przez graczy, którzy przed chwilą uciekli. Dźwignięto go i ponownie rzucono na stół, tym razem tak mocno, że stół załamał się pod nim; Eddiemu na pewno pękł kręgosłup.
Lecz to nie był koniec jego męki. Postawiono go na nogi raz jeszcze i popchnięto głową naprzód przez przejście pomiędzy stołami do kości i black Jacka, w stronę gąszczu jaskrawo świecących automatów. Ubranie miał podarte i zakrwawione, krew chlustała z niego, kiedy bezwolnie pędził przez kasyno. Był już nieprzytomny, może nawet martwy, bezwładny worek zmasakrowanego ciała i pogruchotanych kości, ożywionych nadnaturalną mocą.
Niezdrowa ciekawość tłumu przegrała walkę ze strachem. Ludzie biegli, przepychali się, deptali po sobie, niektórzy kierowali się do frontowych drzwi, inni do sali widowiskowej albo kawiarni, albo na schody prowadzące na antresolę, byle tylko uciec jak najdalej od tej koszmarnej, przerażającej postaci, która przypominała wszystkim zdeklarowanym eskapistom z tego Disneylandu dla dorosłych o śmierci, tajemnicy i przewrotności wszechświata.
Oszołomiona, przejęta mrocznym dreszczem, którego natury nie potrafiła określić, chociaż odczuwała go tak mocno, Regina towarzyszyła Eddiemu w jego makabrycznej pielgrzymce ku rzędom automatów. Trzymała się piętnaście stóp z tyłu i wiedziała, że ochroniarze z kasyna posuwają się za nią.
Jeden z nich powiedział:
– Stać! Niech pani się zatrzyma.
Obejrzała się na nich. Trzech potężnych strażników w mundurach. Trzymali broń w pogotowiu. Wszyscy byli bladzi i roztrzęsieni.
– Z drogi – rozkazał jeden z nich, a następny wymierzył w nią z rewolweru.
Uświadomiła sobie, że mogli pomyśleć, że ona jest w jakiś sposób odpowiedzialna za niemożliwe rzeczy, które zrobiono Eddiemu. Ale co właściwie myśleli? Że ona dysponuje nadprzyrodzoną mocą psychiczną i cierpi na manię zabójczą?
Zatrzymała się zgodnie z rozkazem, ale ponownie odwróciła się do Eddiego. Już tylko dziesięć stóp dzieliło go od automatów.
Prosto przed Eddiem dwudziestu chromowanych jednorękich bandytów – cały jeden rząd – zostało uruchomionych jakby czarami. Dwadzieścia cylindrów zawirowało jednocześnie.
W okienkach migały rozmazane serie wisienek, dzwonków, limonek i innych symboli tak szybko, że zlewały się w bezkształtne smugi barw. Cylindry wirowały przez kilka sekund, a potem wszystkie dwadzieścia zestawów zatrzymało się jednocześnie i we wszystkich okienkach maszyn pojawiły się cytryny.
Eddie gibnął się do przodu, opuścił głowę – czy raczej niewidzialny stwór opuścił mu głowę – runął prosto na świecący automat i rąbnął w niego głową dostatecznie mocno, żeby rozbić sobie czaszkę. Upadł. Ale natychmiast podniesiono go, szarpnięto do tyłu i po raz drugi pchnięto brutalnie na automat. Upadł. Został podniesiony. Odciągnięty do tyłu. Pchnięty do przodu. Tym razem uderzył w maszynę z taką siłą, że rozbił pleksiglasowe okienko i wyrwał szybkę z ramy.
Martwy człowiek upadł na podłogę.
Leżał bez ruchu, zakatowany.
Powietrze przez chwilę pozostało lodowate.
Regina objęła się ramionami.
Miała wrażenie, że coś ją obserwuje.
Potem zrobiło się cieplej i Regina wyczuła, że to coś, czymkolwiek było, odeszło.
Spojrzała na Eddiego. Wyglądał jak krwawy strzęp, nie do rozpoznania. W głębi serca Regina trochę litowała się nad nim, lecz przede wszystkim próbowała sobie wyobrazić, jaka była jego śmierć, co czuje się w tych ostatnich brutalnych minutach niewyobrażalnie intensywnego bólu, wszechogarniającego bólu, rozdzierającego i słodko wypełniającego bólu.
Melanie leżała spokojnie przez kilka minut, dostatecznie długo, żeby Laura uznała, iż najgorsze minęło, a Dan odłożył rewolwer. Kiedy wrócili do małego stolika pod oknem, dziewczynka ponownie zaczęła rzucać się i jęczeć. W pokoju zrobiło się zimno. Z walącym sercem Laura znowu podeszła do łóżka.
Rysy Melanie były groteskowo wykrzywione – nie z bólu, lecz (jak się wydawało) z przerażenia. W tamtej chwili wcale nie przypominała dziecka. Wydawała się… nie stara… lecz pomarszczona, przytłoczona brzemieniem jakiejś ohydnej i bolesnej wiedzy, daleko wykraczającej poza jej wiek, wiedzy przynoszącej lęk i cierpienie, wiedzy o mrocznych sprawach, jakich lepiej nie znać.
TO nadchodziło albo już nadeszło. Prymitywnym instynktem, którego sama nie rozumiała, Laura wyczuwała złowrogą moc podchodzącą coraz bliżej. Zjeżyły jej się drobne włoski na ramionach i na karku. TO.
Desperacko rozejrzała się po pokoju. Żadnych demonicznych stworów. Żadnych piekielnych straszydeł.
No pokaż się, cholerniku, pomyślała gniewnie. Kimkolwiek jesteś, czymkolwiek jesteś, skądkolwiek przychodzisz, daj nam jakiś konkret, do którego można strzelać.
Lecz To pozostało poza zasięgiem jej zmysłów i jedynym wyczuwalnym znakiem jego obecności był chłód, którym zawsze się otaczało.
Temperatura powietrza spadała nieprawdopodobnie szybko, szybciej niż przedtem i tak nisko, że oddechy ludzi tworzyły widoczne obłoczki pary. Na szybach i lustrze pojawiła się wilgoć i skrystalizowała się w szron, który stwardniał na lód. Lecz zaledwie po trzydziestu, czterdziestu sekundach powietrze znowu się ociepliło. Dziecko przestało jęczeć i raz jeszcze niewidzialny wróg odszedł, nie wyrządziwszy jej krzywdy.
Melanie nagle szeroko otwarła oczy, ale wciąż wpatrywała się w coś ze swojego snu.
– To ich dopadnie.
Dan Haldane pochylił się nad nią i położył dłoń na jej chudym ramieniu.
– O co chodzi, Melanie?
– To. To ich dopadnie – powtórzyła dziewczynka nie tyle do niego, ile do siebie.
– Co to za cholerny stwór? – zapytał Dan.
– To ich dopadnie – wymamrotała dziewczynka i zadrżała.
– Spokojnie, skarbie – odezwała się Laura.
– A potem – ciągnęła Melanie – dopadnie mnie.
– Nie – zapewniła ją Laura. – Obronimy cię, Melanie. Przysięgam.
Dziewczynka powiedziała:
– To wyjdzie… ze środka… i zje mnie… zje mnie całą…
– Nie – zaprzeczyła Laura. – Nie.
– Ze środka? – zdziwił się Dan. – Ze środka czego?
– Zje mnie całą – beznadziejnie powtórzyła dziewczynka.
– Skąd to wychodzi? – zapytał Dan.
Dziecko wydało przeciągły, powoli cichnący skowyt, który zabrzmiał bardziej jak westchnienie rezygnacji niż jęk strachu.
– Czy coś tutaj było przed chwilą, Melanie? – wypytywał Dan. – Ten stwór, którego tak się boisz… czy był w tym pokoju?
– To chce mnie – oznajmiła dziewczynka.
– Jeśli to chce ciebie, dlaczego cię nie zabrało, kiedy tutaj było?
Dziewczynka nie słuchała. Cichym, zachrypłym głosem powiedziała:
– Drzwi…
– Jakie drzwi?
– Drzwi do grudnia.
– Co to znaczy, Melanie?
– Drzwi…
Dziewczynka zamknęła oczy. Oddech jej się zmienił. Zapadła w sen.
Patrząc nad łóżkiem na Dana, Laura powiedziała:
– To chce najpierw innych, ludzi związanych z eksperymentem w szarym pokoju.
– Eddie Koliknikow, Howard Renseveer, Sheldon Tolbeck, Albert Uhlander i może jeszcze inni, o których nie wiemy.