Выбрать главу

– Tak. Gdy tylko oni wszyscy zginą, To przyjdzie po Melanie. Tak powiedziała dzisiaj wieczorem w domu, kiedy radio zostało… nawiedzone.

– Ale skąd ona o tym wie? Laura wzruszyła ramionami. Popatrzyli na śpiącą dziewczynkę.

– Musimy przebić się przez ten… ten jej trans, żeby nam powiedziała, co powinniśmy wiedzieć – oświadczył Dan.

– Próbowałam dzisiaj wcześniej. Terapia hipnozy regresyjnej. Ale nie odniosłam wielkiego sukcesu.

– Może pani spróbować jeszcze raz? Laura kiwnęła głową.

– Rano, kiedy córka trochę odpocznie.

– Nie możemy tracić czasu…

– Ona potrzebuje wypoczynku.

– No dobrze – ustąpił niechętnie.

Wiedziała, co myślał: Jeśli zaczekamy do rana, miejmy nadzieję, że nie będzie za późno.

32

Laura spała z Melanie w drugim łóżku, a Dan zajął pierwsze, ponieważ stało bliżej drzwi, czyli ewentualnego źródła kłopotów. Leżał w koszuli, spodniach, butach i skarpetkach; gotów do szybkiego działania. Zostawili zapaloną jedną lampę, ponieważ po wydarzeniach całego dnia nie ufali już ciemności. Dan słuchał głębokiego, spokojnego oddechu śpiących.

Nie mógł spać. Myślał o zmasakrowanych zwłokach Josepha Scaldonego, o zabitych ludziach w Studio City, o Reginie Savannah Hoffritz, która żyła fizycznie i umysłowo, lecz jej dusza została zamordowana. I jak zawsze, kiedy rozmyślał zbyt długo o tysięcznych odmianach morderstwa i zastanawiał się nad ludzką skłonnością do zabijania, nieodmiennie wracał myślami do zmarłego brata i zmarłej siostry.

Nigdy ich nie znał. Nie za życia. Zmarli, zanim poznał ich nazwiska i zaczął ich szukać. Co do niego, nie urodził się ani jako „Dan”, ani jako „Haldane”. Pete i Elsie Haldane adoptowali go, kiedy miał niecały miesiąc. Prawdziwi rodzice nazywali się Loretta i Frank Detwiler i przyjechali do Kalifornii z Oklahomy w pogoni za fortuną, której nigdy nie zdobyli. Zamiast tego Frank zginął w wypadku samochodowym, kiedy Loretta była w ciąży z trzecim dzieckiem; podczas ciąży wystąpiły poważne komplikacje i Loretta zmarła dwa dni po urodzeniu Dana. Nazwała go James. James Detwiler. Ale ponieważ nie miała krewnych i nikt nie przejął opieki nad trojgiem dzieci Detwilerów, rozdzielono je i oddano do adopcji.

Pete i Elsie Haldane nigdy nie ukrywali, że nie byli naturalnymi rodzicami Dana. Kochał ich i z dumą nosił ich nazwisko, ponieważ byli dobrymi ludźmi i wszystko im zawdzięczał. A jednocześnie wciąż myślał o swoich prawdziwych rodzicach i pragnął poznać ich tożsamość.

Z powodu przepisów obowiązujących agencje adopcyjne w tamtych czasach, Elsie i Pete nie wiedzieli nic o rodzicach dziecka, powiedziano im tylko, że naturalna matka i naturalny ojciec nie żyją. Ten jeden fakt jeszcze bardziej rozpalił ciekawość Dana, że rodzice nie porzucili go rozmyślnie, tylko stracił ich przez pechowe zrządzenie losu.

Na studiach Dan rozpoczął walkę z adopcyjną biurokracją, żeby zdobyć kopie akt agencji. Poszukiwania zabrały dużo czasu, lecz po wielu staraniach i sporych wydatkach Dan poznał swoje prawdziwe nazwisko i ze zdumieniem dowiedział się, że ma siostrę i brata. Brat, Delmar, miał cztery latka, kiedy Loretta Detwiler zmarła, a siostra Carrie liczyła sześć lat.

Poprzez rejestry agencji adopcyjnej, które uległy częściowemu zniszczeniu w pożarze i nie były tak dokładne, jak życzyłby sobie Dan, rozpoczął jeszcze żmudniejsze poszukiwania zaginionego rodzeństwa. Pete i Elsie Haldane zawsze zapewniali mu głębokie i trwałe poczucie więzi rodzinnej; traktował ich braci i siostry jak prawdziwych wujków i ciotki, uważał ich rodziców za swoich dziadków i kochał ich wszystkich. A jednak… wciąż dręczyła go dziwna pustka, niejasne i niemiłe poczucie zagubienia, które pozostanie – wiedział o tym – dopóki nie odnajdzie i nie uściska swoich krewnych. Tysiąc razy od tamtej pory żałował, że w ogóle zaczął ich szukać.

Tropiąc wstecz przez lata, odnalazł w końcu brata Delmara. W grobie. Nazwisko na nagrobku brzmiało Rudy Kessman, nie Delmar ani Detwiler. Tak nazwali Delmara przybrani rodzice.

Osierocony przez matkę w wieku czterech lat, Delmar doskonale nadawał się do adopcji i szybko znalazł miejsce u młodej pary – Perry i Janette Kessmanów – w Fullerton, Kalifornia. Lecz agencja adopcyjna nie przeprowadziła wystarczająco dokładnego wywiadu i nie wykryła entuzjazmu pana Kessmana dla nowych, niebezpiecznych i często nielegalnych doświadczeń. Perry Kessman ścigał się podrasowanymi samochodami, co oczywiście było zgodne z prawem. Pasjonowały go motocykle, co było potencjalnie niebezpieczne, lecz bynajmniej nie zabronione. W dokumentach podał wyznanie katolickie, często jednak eksperymentował z nowymi kultami, nawet przez kilka miesięcy uczęszczał do kościoła panteistów i przez dłuższy czas należał do grupy czczącej UFO; ale nikt nie oskarża człowieka, który szuka Boga, nawet jeśli szuka Go w niewłaściwych miejscach. Kessman ponadto palił marihuanę, wykroczenie poważniejsze w tamtych czasach niż teraz, chociaż nadal nielegalne. Później przerzucił się na haszysz, środki pobudzające i uspokajające oraz rozmaite inne substancje. Pewnej nocy, pod wpływem halucynacji w narkotycznym stanie paranoi albo też składając krwawą ofiarę jakiemuś nowemu bogu, Perry Kessman zabił żonę, przybranego syna i na koniec siebie.

Rudy – Delmar – Kessman – Detwiler został zamordowany w wieku siedmiu lat. Krócej nosił nazwisko Kessman niż Detwiler.

Teraz, leżąc na motelowym łóżku w nikłym świetle, które prawie nie rozpraszało ciemności, tylko ubierało wszystkie znajome przedmioty w tajemnicze cienie, Dan nawet nie musiał zamykać oczu, żeby zobaczyć cmentarz, gdzie wreszcie odnalazł starszego brata. Nagrobki wyglądały jednakowo, osadzone płasko w ziemi, żeby nie psuły pięknych zarysów falistego krajobrazu. Każdy nagrobek stanowił prostokąt granitu, pośrodku każdego prostokąta znajdowała się wypolerowana miedziana tabliczka z nazwiskiem zmarłego, datą urodzenia i datą śmierci, a czasami cytatem z Pisma Świętego lub kilkoma czułymi słowami. W przypadku Delmara nie było żadnego cytatu z Biblii, żadnych pożegnalnych słów, tylko nazwisko i daty, zimne i bezosobowe. Dan dobrze pamiętał ten ciepły październikowy dzień na cmentarzu, łagodny wietrzyk, cienie brzóz i krzewów laurowych na bujnej zielonej trawie. Lecz przede wszystkim przypominał sobie, co czuł, kiedy upadł na kolana i położył dłoń na miedzianej tabliczce, która wyznaczała miejsce spoczynku nieznanego brata: dojmujące, przytłaczające poczucie straty, które zaparło mu dech w piersiach.

Chociaż minęło wiele lat, chociaż już dawno pogodził się z wieczną nieobecnością brata, znowu zaschło mu w ustach. Gardło mu się ścisnęło. Ucisk przewędrował do piersi. Dan mógł wtedy zapłakać cicho, jak płakał w inne noce, kiedy wspomnienie powracało nieproszone; zmęczenie szybciej sprowadzało łzy. Lecz Melanie zamamrotała przez sen i wydała cichy okrzyk strachu, i te odgłosy natychmiast poderwały go z łóżka.

Dziewczynka skręcała się pod przykryciem, ale inaczej niż przedtem, nie tak gwałtownie. Jęknęła cicho ze strachu, zbyt cicho, żeby zbudzić matkę. Szarpnęła się, jakby odpychała napastnika, lecz widocznie zabrakło jej sił, żeby stawić zdecydowany opór.

Dan zastanawiał się, jaki potwór z koszmaru ją ściga.

Potem w pokoju nagle się ochłodziło i Dan zrozumiał, że potwór ścigają nie w sennym koszmarze, lecz w rzeczywistości.

Szybko podszedł do własnego łóżka i wziął rewolwer, który leżał na nocnym stoliku.

Powietrze było lodowate. Coraz zimniejsze.

Dwaj mężczyźni siedzieli za stołem przy dużym oknie z kwaterami, grali w karty, pili szkocką z mlekiem i udawali, że spędzają wspólnie kawalerski wieczór i dobrze się bawią.