Выбрать главу

Wiatr świstał pod okapem chaty.

Noc była mroźna i burzliwa, jak przystało na luty w górach, lecz nie zanosiło się na kolejną śnieżycę. Za oknem wielki księżyc wędrował po gwiaździstym niebie, rzucał perłowy blask na ośnieżone sosny i jodły, na górską łąkę pokrytą śniegiem.

Daleko uciekli od zatłoczonych ulic i jaskrawych świateł Wielkiej Pomarańczy.

Sheldon Tolbeck wyjechał z Los Angeles razem z Howardem Renseveerem w desperackiej nadziei, że odległość zapewni im bezpieczeństwo. Nie mówili nikomu, dokąd wyjeżdżają – w równie desperackiej nadziei, że morderczy psychogeist nie zdoła ich wytropić w miejscu, którego nie zna.

Wczoraj po południu ruszyli samochodem na północ i dalej na północny wschód, w wysokie góry, do narciarskiego domku opodal Mammoth, gdzie dotarli przed kilkoma godzinami. Domek należał do brata Howarda, lecz sam Howard nigdy przedtem z niego nie korzystał, nie miał żadnych powiązań z tym miejscem i nikt nie spodziewał się go tutaj.

I tak nas znajdzie, pomyślał ponuro Tolbeck. Jakoś nas wywęszy.

Nie wypowiedział na głos swych domysłów, bo nie chciał drażnić Howarda Renseveera. Energiczny, przebojowy Howard w wieku czterdziestu lat zachował niemal chłopięcy wygląd i jeszcze do niedawna wierzył, że będzie żył wiecznie. Howard uprawiał jogging; Howard starał się nie jadać tłuszczu ani cukru rafinowanego; Howard codziennie medytował przez pół godziny; Howard zawsze oczekiwał od życia wszystkiego najlepszego i życie zwykle mu ulegało. Howard optymistycznie traktował ich szansę. Howard – jak sam twierdził – był absolutnie przekonany, że stwór, którego się lękali, nie mógł podróżować tak daleko ani ich śledzić, jeśli dokładnie zatarli trop. Lecz nie uszło uwagi Tolbecka, że Howard nerwowo spoglądał w okno za każdym razem, kiedy porywisty wiatr głośniej zawył pod okapem dachu, że podskakiwał za każdym razem, kiedy ogień strzelił na kominku. Zresztą sam fakt, że obaj nie spali o tej ponurej godzinie nad ranem, zadawał kłam rzekomej beztrosce Howarda.

Tolbeck dolewał sobie szkockiej i mleka, a Howard Renseveer tasował karty, kiedy w pokoju powiało chłodem. Obaj spojrzeli na kominek, gdzie płomienie strzelały wysoko; wentylatory mruczały, napędzając ciepłe powietrze od paleniska. Żadne okno ani drzwi nie zostały otwarte. I po chwili zrozumieli z mrożącym krew przerażeniem, że to nie był zbłąkany przeciąg, ponieważ robiło się coraz zimniej i zimniej.

To nadeszło. Cudowny, bezbożny adwent. W jednej chwili go nie było, w następnej zjawiło się wśród nich, demoniczne i zabójcze skupisko energii psychicznej.

Tolbeck zerwał się na równe nogi.

Howard Renseveer skoczył tak gwałtownie, że przewrócił swoją szkocką z mlekiem, a potem krzesło. Karty wypadły mu z ręki. Wnętrze chaty zmieniło się w lodownię, chociaż ogień nadal buzował w kominku.

Duży okrągły szmaciany chodnik, który leżał na podłodze pomiędzy dwoma sofami barwy soczystej zieleni, wzniósł się w powietrze na wysokość sześciu stóp. Wisiał tam nie miękki i pofałdowany jak kawałek tkaniny, lecz sztywny i twardy. Potem zaczął wirować coraz szybciej i szybciej, niczym ogromna płyta gramofonowa na niewidocznym talerzu.

Kierowany szaleńczą myślą o ucieczce, która natychmiast wydała mu się beznadziejnie głupia, Tolbeck cofnął się w stronę tylnych drzwi chaty.

Renseveer stał obok stołu, sparaliżowany widokiem wirującego dywanu, wyraźnie niezdolny do wykonania jakiegokolwiek ruchu.

Nagle dywan opadł jak łachman bez życia. Jedna sofa przeleciała przez pokój z takim impetem, że przewróciła mały stolik i lampę, złamała sobie dwie nogi i rozbiła stojak na czasopisma; błyszczące magazyny rozsypały się po podłodze, trzepocząc kartkami, niczym stado ptaków niezdolnych poderwać się do lotu.

Tolbeck wycofał się z pokoju do wnęki kuchennej, czyli wydzielonej części jednego wielkiego pomieszczenia, które zajmowało cały parter chaty. Prawie dotarł do tylnych drzwi. Zaczął już myśleć, że mu się uda. Nie śmiał odwrócić się plecami do niewidzialnej, lecz realnej istoty w pokoju, tylko wyciągnął rękę za siebie i macał dłonią w powietrzu, szukając klamki.

Rozrzucone karty poderwały się z podłogi i zawirowały wokół Renseveera, ożywione magiczną i złowrogą siłą podobną do tej, która potrafi zmienić miotłę w istne utrapienie dla ucznia czarnoksiężnika. Otoczyły Renseveera ruchliwym rojem niczym liście schwytane w trąbę powietrzną, szeleściły i szurały, trąc o siebie w szaleńczym tańcu. Coś w tym dźwięku przypomniało Tolbeckowi ostrzenie małych noży. Zaledwie odkrył to niepokojące skojarzenie, kiedy zobaczył, że Howard Renseveer, który gorączkowo odganiał od siebie nawałnicę pokrytych plastikiem prostokątów, krwawi z obu rąk i licznych ranek na twarzy. Oczywiście karty nie były dostatecznie twarde ani ostre, żeby głębiej rozciąć skórę… a jednak drapały, kąsały, a Renseveer wrzeszczał z bólu.

Tolbeck wyciągnął za siebie jedną rękę i namacał gałkę u drzwi. Nie chciała się przekręcić. Zamknięte na zatrzask. Mógł odwrócić się, znaleźć przycisk i w mgnieniu oka wydostać się z chaty, lecz spektakl w pokoju przyciągał go z hipnotyczną siłą. Strach dodawał energii i jednocześnie paraliżował, wywoływał pragnienie ucieczki i odbierał władzę w nogach.

Karty opadły bezwładnie jak poprzednio dywan. Pokancerowane dłonie Howarda Renseveera wyglądały jak uwięzione w ciasnych szkarłatnych rękawiczkach.

Zanim jeszcze karty spadły na podłogę, coś odrzuciło kratę sprzed kominka. Płonąca kłoda wystrzeliła z paleniska, przemknęła przez pokój i trafiła Renseveera, zbyt oszołomionego, żeby uchylić się przed tym pociskiem. Kłoda była wypalona do połowy, narzędzie mordu utworzone z drewna, rozżarzonych węgli, popiołu i pełgających płomyków. Kiedy uderzyła Renseveera w brzuch, zwęglona część rozpadła się na czarne, dymiące okruchy, które obsypały mu buty. Lecz nie spalony rdzeń kłody był twardy i sękaty niczym prymitywna, wyjątkowo sadystyczna włócznia, która przebiła żołądek i brutalnie wtargnęła do środka, nie tylko rozrywając naczynia krwionośne i miażdżąc wnętrzności na swojej drodze, lecz także niosąc ogień w głąb ciała.

Ten groteskowy, mrożący krew w żyłach widok wystarczył, żeby wyleczyć Tolbecka z paraliżu wywołanego strachem, który wcześniej unieruchomił go w drzwiach kuchni na długie, cenne sekundy. Tolbeck znalazł przycisk, przekręcił gałkę, szarpnął drzwi i wyskoczył w noc, ciemność i wiatr, żeby uciec przed śmiercią.

Temperatura powietrza podniosła się równie szybko, jak poprzednio spadła. W motelowym pokoju znowu zrobiło się ciepło.

Dan Haldane zadawał sobie pytanie, co, u diabła, się stało – albo prawie się stało. Co oznaczały zmiany temperatury? Czy jakaś nadprzyrodzona istota była tutaj przez kilka sekund? Jeśli tak, po co się zjawiła, skoro nie zaatakowała Melanie? I dlaczego odeszła?

Melanie jakby wyczuła zniknięcie zagrożenia, ponieważ ucichła i leżała spokojnie pod kocami.

Stojąc przy łóżku, Dan popatrzył na wychudzoną dziewczynkę i po raz pierwszy zauważył, że wyrośnie na równie piękną kobietę jak jej matka. Przeniósł spojrzenie na Laurę, która leżała obok córki głęboko uśpiona, nie słysząc jej cichego mamrotania, nieświadoma kąsającego zimna, które ogarnęło pokój na pół minuty lub dłużej. Jej śliczna twarz w spoczynku przypominała mu oblicza madonn, które oglądał na obrazach w muzeum. Gęste, jedwabiste, kasztanowe włosy Laury, rozrzucone na poduszce w bladobursztynowym świetle pojedynczej żarówki, wyglądały jak utkane z czerwono – złotych blasków jesiennego zachodu słońca. Dan miał ochotę dotknąć ich i poczuć, jak przesypują się przez palce.

Wrócił do własnego łóżka.

Położył się na plecach i zapatrzył się w sufit.