Выбрать главу

Pomyślał o Cindy Lakey. Zabita przez oszalałego z zazdrości przyjaciela matki.

Pomyślał o swoim bracie Delmarze. Zabity przez naćpanego, niepoczytalnego zastępczego ojca.

Oczywiście pomyślał też o swojej siostrze. Taka była nieunikniona kolejność wspomnień, tych samych każdej nocy, kiedy nie mógł zasnąć: Delmar, Carrie, Cindy Lakey.

W końcu poprzez archiwa agencji adopcyjnej, która rozproszyła rodzinę Detwilerów po śmierci matki, Dan odnalazł siostrę, z którą go rozdzielono, kiedy miał miesiąc, a ona sześć lat. Podobnie jak Delmar leżała w grobie, kiedy Dan wreszcie ją wytropił.

Sześcioletnia w dniu śmierci matki, Carrie bardzo źle zniosła rozpad swojej rodziny. To przeżycie okaleczyło ją psychicznie i emocjonalnie, a problemy z zachowaniem utrudniały jej adopcję. Wędrowała z sierocińca do różnych domów zastępczych, z powrotem do sierocińca i znowu do kolejnych zastępczych domów, na pewno z rosnącym przeświadczeniem, że nigdzie nie należała i nikt jej nie chciał. Jej zachowanie pogarszało się coraz bardziej i wreszcie zaczęła uciekać z tych domów, a po każdej ucieczce władze miały spore trudności z odnalezieniem zbiega. Zanim skończyła siedemnaście lat, nauczyła się wymykać organom ścigania i od tamtej pory żyła wolna, na własną rękę. Wszystkie dostępne fotografie świadczyły, że Carrie była śliczną dziewczyną, lecz niezbyt dobrze radziła sobie w szkole i nie miała żadnego zawodu, więc podobnie jak wiele ślicznych dziewcząt z rozbitych domów wybrała prostytucję jako sposób zarabiania na życie – czy raczej prostytucja ją wybrała, bo sama Carrie właściwie nie miała wyboru.

Skończyła dwadzieścia osiem lat i była kosztowną dziwką na telefon, kiedy jej krótkie nieszczęśliwe życie dobiegło końca. Jeden z jej klientów chciał czegoś wyjątkowo specjalnego, ona odmówiła i kłótnia szybko doprowadziła do rękoczynów. Carrie zginęła pięć tygodni wcześniej, zanim Dan ustalił miejsce jej pobytu, i od miesiąca leżała w grobie, kiedy ją odwiedził. Spóźnił się dwanaście lat na spotkanie z bratem, co było smutne, lecz nie tak bolesne, jak głupie trzydzieści dni spóźnienia na spotkanie z siostrą.

Powtarzał w kółko, że byli sobie obcy. Nie mieli nic albo niewiele wspólnego ze sobą. Może nie chciałaby go znać, skoro był gliną, a ona prostytutką. Może sam nie chciałby poznać kobiety, na jaką wyrosła jego siostra. Prawie na pewno w danych okolicznościach spotkanie i ewentualny związek przyniosłyby wiele cierpienia i mało radości. Ale miał dopiero dwadzieścia dwa lata i zaczynał staż w policji, kiedy odnalazł grób siostry, a w tym wieku nie był jeszcze taki twardy jak teraz; płakał nad nią. Cholera, nawet teraz, po przeszło piętnastu latach policyjnej roboty, piętnastu latach oglądania ludzi zastrzelonych, zadźganych, uduszonych i pobitych na śmierć, zahartowany przez codzienne obowiązki, nadal czasami opłakiwał ją i utraconego brata, kiedy w najciemniejszej godzinie bezsennej nocy rozpamiętywał przeszłość, która przepadła.

Częściowo obwiniał się za śmierć Carrie. Czuł, że powinien jej szukać z większym poświęceniem, powinien ją znaleźć na czas, żeby uratować. Lecz wiedział również, że nie ponosi żadnej winy. Nawet gdyby odszukał siostrę wcześniej, żadne gesty ani słowa nie przekonałyby jej, żeby porzuciła profesję prostytutki; w żaden sposób nie mógł jej uchronić przed spotkaniem z tym zboczonym klientem. Wyrzuty sumienia dręczyły go niezasłużenie. Po prostu kolejny przykład jego kompleksu Atlasa: chciał dźwigać cały świat na własnych ramionach. Rozumiał siebie; potrafił nawet śmiać się z siebie i czasami mawiał, że skoro tak skwapliwie brał na siebie winę, powinien był urodzić się Żydem. Ale zdolność wyśmiewania samego siebie bynajmniej nie umniejszała jego poczucia odpowiedzialności.

Toteż kiedy sen pozostawał irytująco niedostępny, Dan często wracał myślami do Delmara, Carrie i Cindy Lakey. W ciemności dumał nad ludzką skłonnością do morderstwa, obliczał, ile razy nie zdołał ocalić ludzkiego życia, i prędzej czy później zaczynał rozważać koncepcję, że matka umarła przez niego, ponieważ komplikacje przy porodzie spowodowały jej śmierć. Szaleństwo. Lecz już sam temat przyprawiał go o lekkie szaleństwo. Fakt śmierci. Fakt morderstwa. Fakt, że w głębi każdego mężczyzny i kobiety kryje się popędliwy dzikus. Nigdy nie umiał pogodzić się z tymi niepodważalnymi faktami. Uparcie wierzył, że życie jest cenne, a człowiek – szlachetny albo przynajmniej stworzony do szlachetności. Od Delmara przez Carrie do Cindy Lakey: zwykła nocna kolejność wspomnień. Zapuściwszy się tak daleko, często docierał aż na skraj otchłani irracjonalizmu, rozpaczy i poczucia winy, i czasami – nie często, lecz czasami – wstawał, zapalał światło i pił, dopóki nie upił się do nieprzytomności.

Delmar, Carrie, Cindy Lakey.

Jeżeli nie zdoła uratować obu McCaffrey, dopisze ich nazwiska do tej listy i odtąd procesja niechcianych wspomnień będzie dłuższa: Delmar, Carrie, Cindy Lakey… Melanie i Laura.

Wtedy nie będzie mógł dłużej z tym żyć. Wiedział, że jest tylko samotnym gliniarzem, zwykłym człowiekiem jak każdy inny, nie żadnym Atlasem czy rycerzem w lśniącej zbroi, lecz jakaś cząstka jego duszy chciała, żeby został tym rycerzem; i właśnie ta cząstka – naiwny marzyciel, szlachetny głupiec – nadawała wartość życiu. Gdyby kiedyś utracił tę cząstkę, nie dałby sobie rady. Właśnie dlatego musiał chronić Laurę i Melanie zupełnie jak własną rodzinę. Przywiązał się do nich i gdyby teraz pozwolił im umrzeć, również by umarł – przynajmniej w sensie psychicznym i emocjonalnym.

Delmar, Carrie, Cindy Lakey… procesja dobiegła końca i wreszcie Dan odpłynął w sen, kołysany cichymi oddechami Laury i Melanie niczym szumem odległego morza.

Sheldon Tolbeck wybiegł z chaty na białą łąkę, na śnieg miejscami sięgający kolan. Górskie zbocze wydawało się podwójnie zlodowaciałe, od ostrego mrozu i zimnego księżycowego blasku. Uciekając przez noc, Sheldon wydychał pióropusze pary i wzbijał fontanny śniegu, które płynęły za nim jak duchy, podobne do ektoplazmy w fantasmagorycznym świetle księżyca.

Z chaty dobiegały wrzaski Renseveera, które niosły się daleko w mroźnym powietrzu i odbijały echem w odległej dolinie. Czysta atmosfera i szczególne ukształtowanie terenu sprawiały, że echo odbijało się powtórnie i jeszcze raz, i jeszcze raz, niczym chór potępieńczych wrzasków. Ta ohydna kakofonia brzmiała tak przeraźliwie, jakby drzwi samego piekła rozwarły się tutaj na wysokościach. Wrzaski dodatkowo wystraszyły Tolbecka, który pędził tak, jakby diabły deptały mu po piętach.

Miał na sobie buty, ale nie włożył kurtki i początkowo zimny, przenikliwy wiatr zadawał mu ból. Po chwili jednak, kiedy w szaleńczym pędzie przemierzał rozległą łąkę, wiatr zmienił się w tysiące igieł wstrzykujących silny środek znieczulający. W odległości pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu jardów od chaty zdrętwiały mu twarz i ręce. Ostry mróz przenikał pod flanelową koszulę i dżinsy. Po stu jardach stracił czucie w całym ciele jak pod wpływem nowokainy. Wiedział, że to miłosierne odrętwienie potrwa najwyżej kilka minut; zwykły szok, nic więcej. Wkrótce ból powróci i zimno zaatakuje jak krab, który wgryza się w kości i wyrywa kawałki szpiku lodowymi kleszczami.

Nie wiedząc, dokąd ucieka, kierowany nie rozsądkiem, lecz czystym przerażeniem, przebrnął przez zaspę nawianą na obrzeżu łąki i znalazł się w lesie. Potężne jodły, sosny i świerki wznosiły się nad nim. Fosforyczny blask księżyca docierał do podłoża lasu tylko przez kilka nieregularnych prześwitów w olbrzymich, gęstych koronach drzew. Tam, gdzie księżycowe promienie przebiły się przez gałęzie, przypominały blade snopy reflektorów i wszystko w tych smugach nikłej poświaty wydawało się nieziemskie, nierealne. Gdzie indziej las otulała ciemność o rozmaitych odcieniach, od smolistej czerni, poprzez granat i purpurę, do węglowej szarości.