Tolbeck chwiejnie brnął przed siebie z wyciągniętymi ramionami. Wpadał na drzewa. Potykał się o kamienie i wystające korzenie. Niespodziewanie zjechał do rowu, upadł na twarz, wstał, ruszył dalej. Oczy przyzwyczajały mu się do ciemności dość powoli i nie widział dobrze terenu przed sobą, jednak maszerował w szybkim tempie i często podbiegał parę kroków, ponieważ wrzaski Renseevera ucichły przed paroma minutami – co oznaczało, że teraz on stał się zwierzyną. Potknął się i boleśnie upadł na kolana. Wstał. Poszedł dalej. Przedarł się przez skute lodem zarośla, które trzeszczały, drapały, kłuły i szarpały. Szedł dalej. Zawadził o nisko zwieszoną gałąź sosny, która rozerwała mu skórę na głowie; krew spływająca po twarzy wydawała się gorąca jak ukrop. Szedł dalej.
Znalazł się w szerokiej, płytkiej kotlinie, której dno pokrywały kamienie, suche gałęzie, nieliczne kępki zwarzonych mrozem krzaków i muł naniesiony z ostatnim deszczem, zanim jesień przeszła w zimę. Było tutaj trochę lodu, niewiele śniegu w miejscach, gdzie przepuściły go zbite korony drzew, lecz na ogół szło się łatwiej niż poza kotliną. Maszerował tak przez kilkaset jardów, aż kotlina zwęziła się i urwała w pobliżu grzbietu grani.
Wdrapując się na krótki stromy stok, gdzie drzewa rosły rzadziej, czepiał się zarośli i złomów granitu, częściowo oblepionych śniegiem, częściowo obmiecionych do czysta przez wiatr. Dłonie tak mu zmarzły i zesztywniały, że nie czuł zadrapań i siniaków, których niewątpliwie dorobił się podczas wspinaczki.
Wreszcie na szczycie grani wyczerpanie pokonało panikę. Tolbeck osunął się bezwładnie na ziemię, niezdolny do dalszej ucieczki.
Drzewa rosły rzadko, wiatr ponownie go odnalazł, zewsząd otaczał go śnieg i blask księżyca. Tolbeck przez chwilę daremnie usiłował złapać oddech, potem wczołgał się pod osłonę najbliższego granitowego głazu. Skulił się w cieniu i spod przymkniętych powiek spoglądał w głąb parowu, który pozostawił za sobą, z ponurym wyczekiwaniem wpatrując się w niższe, nieoświetlone zbocza.
Jedynym dźwiękiem był wiatr, który szumiał w iglastych gałęziach drzew i szeptał wśród skał na grani. Oczywiście to nie znaczyło, że psychogeist go nie ścigał. Może właśnie wyłaniał się spomiędzy drzew i zbliżał się bezgłośnie.
Wszystko trwało w bezruchu, tylko czasami kłąb śniegu zawirował na grani i gałęzie sosen zakołysały się na wietrze. Tolbeck wbił wzrok w ciemność na dnie kotliny, chociaż rozumiał, że wypatrywanie wroga jest głupie i bezsensowne, gdyż jeśli psychogeist nadejdzie, on go nie zobaczy. Psychogeist nie miał substancji, tylko nieskończoną moc. Nie miał kształtu, tylko siłę. Nie miał ciała, jedynie świadomość i wolę… i maniakalne pragnienie zemsty, krwi.
Nie wykryje go, dopóki psychogeist nie zaatakuje.
Jeśli go odnajdzie, Tolbeck nie zdoła się obronić.
A jednak nie chciał się poddać, nigdy się nie poddawał i teraz też nie mógł pogodzić się z beznadziejną sytuacją. Drżąc z zimna i zabijając ręce, przywierając do bezpiecznej granitowej formacji, Tolbeck badał wzrokiem las w dole i wytężał słuch, żeby wyłapać każdy dźwięk nie wywołany wiatrem – i powtarzał sobie w kółko, że stwór nie przyjdzie, nie znajdzie go, nie rozedrze na strzępy.
Bezruch oznaczał mniej ciepła w organizmie i już po paru minutach mróz wbił niezliczone szpony w ciało. Tolbeck zadygotał nieopanowanie, zęby mu zaszczekały i odkrył, że nie może do końca rozprostować zgiętych palców, nie okrytych rękawiczkami. Skórę miał nie tylko zimną, ale wysuszoną, wargi mu pękały i krwawiły. Cierpienie tak go przytłoczyło, że nie mógł powstrzymać łez, które zbierały się na wąsach i szczecinie brody, gdzie szybko zamarzały.
Całym sercem żałował, że spotkał na swojej drodze Dyla – na McCaffreya i Willy’ego Hoffritza, żałował, że w ogóle widział ten szary pokój i dziewczynkę, którą nauczono znajdować drzwi do grudnia.
Kto by pomyślał, że eksperymenty mogą tak dalece wymknąć się spod kontroli albo że taki stwór wyrwie się na wolność?
Coś poruszyło się w dole.
Tolbeck gwałtownie wciągnął lodowate powietrze, aż zapiekło go w gardle i zabolało w płucach.
Coś trzaskało, tupało, szeleściło.
Jeleń, pomyślał. W tych górach są jelenie.
Ale to nie był jeleń.
Nadal klęczał skulony pod osłoną skały w nadziei, że jeszcze zdoła się ukryć, chociaż wiedział, że sam siebie okłamuje.
Coś zagrzechotało w dole. Niesamowity odgłos zbliżał się, potężniał. Jakiś mały, twardy przedmiot odbił się od klatki piersiowej zaskoczonego Tolbecka i stuknął o zamarzniętą ziemię.
Zobaczył, jak przedmiot odtoczył się dalej i znieruchomiał w blasku księżyca. Kamyk.
Z dołu złośliwy, obłąkany psychoupiór rzucił w niego kamieniem.
Cisza.
Bawił się z nim.
Więcej grzechotania. Kamień trafił go ponownie, dwa razy, niezbyt mocno, ale mocniej niż za pierwszym razem.
Zobaczył, jak kolejny pocisk spada na ziemię u jego stóp: biały kamyk wielkości fasoli. Grzechotanie wydawały kamyki, które toczyły się po zboczu kotliny, podskakiwały, spadały i odbijały się od większych kamieni.
Psychogeist namierzył go bezbłędnie.
Tolbeck chciał uciekać. Nie miał siły.
Rozejrzał się dziko w lewo i w prawo. Nawet gdyby znalazł w sobie siłę, nie miał dokąd uciekać.
Spojrzał na nocne niebo. Gwiazdy błyszczały zimno i ostro. Nigdy jeszcze nie widział nieba tak groźnego.
Zdał sobie sprawę, że się modli. Modlitwa Pańska. Nie modlił się od dwudziestu lat.
Nagle rozległ się donośny hurgot, nawałnica rozpędzonych kamieni, dziesiątki, setki małych kamyczków, szczęk – brzdęk – stuk – puk – szuru – buru – łubudu, które narastało i bębniło jak grad na betonowym parkingu. Potem kaskada skalnych odłamków wyrzyganych z ciemności wzleciała ponad grzbietem grani, fale pocisków ledwie dostrzegalnych w bladym świetle księżyca, które bombardowały Tolbecka, odbijały się od czaszki, siekły twarz, ramiona i całe ciało. Żaden z kamyków nie osiągnął prędkości kuli, żaden nie rozpędził się nawet w połowie wystarczająco, żeby zabić, ale wszystkie zadawały ból.
Teraz to nie wyglądało jak rzucanie kamieniami, tylko jakby siła grawitacji zmieniła kierunek na zboczu, przynajmniej w stosunku do małych kamieni, ponieważ runęły całymi strumieniami, Jezu, setki kamieni, a on tkwił pośrodku tej karzącej rzeki. Podciągnął kolana. Osłonił głowę ramionami. Próbował wcisnąć się głębiej w granitową niszę, gdzie szukał kryjówki, ale kamienie go znalazły.
Od czasu do czasu trafiały go odłamki zbyt wielkie jak na kamienie. Małe głazy. Niektóre nie takie małe. Wydawał okrzyk za każdym razem, kiedy walnął go taki głaz, ponieważ to było boleśniejsze niż cios pięścią.
Krwawił, był posiniaczony i chyba miał złamany lewy nadgarstek.
Twarda muzyka na grani, mordercza perkusja zmieniła brzmienie: werbel lecącego w górę gradu kamyków przerywały głośniejsze trzaski i łomoty. Te hałasy wydawały skalne odłamki odbijające się od zbocza, żeby na niego spaść. Coś, czego nawet nie widział, zamierzało go ukamienować i już przestał się modlić, tylko krzyczał. Lecz nawet jego wrzaski nie zagłuszały odległego i przerażającego łoskotu prawdziwych głazów, wtaczających się nieubłaganie na wierzchołek grani.
Wydawało się, że całe zbocze poniżej ruszyło z posad i pędziło w górę, jakby kataklizm wyrwał je z ziemskiej skorupy, ponieważ sąd ostateczny skazał planetę na obdarcie z szat i właśnie tutaj rozpoczynało się wykonanie tego surowego wyroku. Ziemia zadrżała od serii gwałtownych wstrząsów przenoszonych przez granitowe podłoże, jakby każdy podskok każdego nadciągającego głazu wytwarzał ilość energii odpowiadającą eksplozji granatu.