Выбрать главу

Tolbeck wrzeszczał teraz ile sił w płucach, lecz nie słyszał własnego głosu przez straszliwy ryk antygrawitacyjnej lawiny. Głazy wzlatywały ponad granią i spadały wokół niego z ogłuszającym świstem. Odłupane od nich kamienne drzazgi kaleczyły go do krwi, lecz nie został zmiażdżony, jak się spodziewał. Dwa, trzy, dziesięć głazów runęło na ziemię wokół niego i spiętrzyło się nad jego głową, ale trafiły go tylko odłamki rozpryskujące się przy upadku.

Potem głazy znieruchomiały.

Tolbeck czekał, wstrzymując oddech z przerażenia.

Stopniowo ponownie dotarło do niego zimno. I wiatr.

Pomacał dookoła i odkrył, że ściana głazów otoczyła go ze wszystkich stron i zamknęła się nad jego głową niczym prymitywny grobowiec. Były za ciężkie, żeby je odepchnąć. Grobowiec miał szpary, mnóstwo szpar, i kilka przepuszczało promienie księżycowego blasku. Wiatr świszczał, jęczał i zawodził w szczelinach, ale wszystkie były za małe, żeby pomieścić Tolbecka.

Podsumowując, chociaż wciąż miał dostęp do świeżego powietrza, został pogrzebany żywcem.

Na chwilę ogarnęła go zgroza, potem jednak przypomniał sobie, co stało się z McCaffreyem, Hoffritzem i innymi, a wówczas ten rodzaj śmierci wydał mu się niemal miłosierny. Zimno znowu sprawiało mu ból, jakby szczur o lodowych zębach szarpał mu trzewia i wgryzał się w kości. Ale to szybko minie. Po kilku minutach odrętwienie powróci, tym razem na dobre. Krew zaczynała już odpływać w głąb ciała, dalej od przemarzniętej skóry, żeby jak najdłużej chronić żywotne organy. Dopływ krwi do mózgu również zmniejszy się do minimum i nadejdzie senność. Tolbeck zaśnie i nie obudzi się więcej. Nie tak źle. Nie tak źle w porównaniu z tym, co zrobiono Erniemu Cooperowi i innym.

Odprężył się, pogodzony ze śmiercią, gotów przyjąć ją spokojnie teraz, kiedy wiedział, że nie będzie zbyt bolesna.

Tylko wiatr mącił ciszę zimowej nocy.

Z ogromnym znużeniem Tolbeck zwinął się w kłębek w grobowcu i zamknął oczy.

Coś chwyciło go za nos, ścisnęło i wykręciło tak mocno, że łzy trysnęły mu z oczu.

Zamrugał, zamachał rękami, uderzył puste powietrze.

Coś szarpnęło go za ucho. Coś niewidzialnego.

– Nie – poprosił.

Coś dźgnęło go w prawe oko, poczuł rozdzierający ból i zrozumiał, że został oślepiony.

Psychogeist prześliznął się przez szpary i przyłączył się do niego w prowizorycznym grobowcu z zimnych jak lód kamieni.

Jednak nie czekała go lekka śmierć.

Laura obudziła się w nocy i nie wiedziała, gdzie jest. Lampa z przechylonym abażurem rzucała słabe bursztynowe światło, tworzyła dziwaczne i straszne cienie. Laura zobaczyła drugie łóżko. Spał na nim Dan Haldane, całkowicie ubrany.

Motel. Ukrywali się w pokoju motelowym.

Wciąż zamroczona, z wysiłkiem rozwierając powieki, odwróciła się i spojrzała na Melanie. Wtedy zrozumiała, co ją obudziło. Temperatura powietrza spadała, a Melanie szamotała się słabo pod przykryciem, pochlipywała i pojękiwała ze strachu.

Wewnątrz pokoju znajdowała się teraz… obecność, coś więcej lub mniej niż człowiek, lecz niezaprzeczalnie obce, rzeczywiste, choć niewidzialne. W półśnie Laura wyraźniej wyczuwała istotę niż wtedy, kiedy dwukrotnie wtargnęła do jej kuchni albo gdy wcześniej nawiedziła ten sam pokój motelowy. Tuż po przebudzeniu wciąż jeszcze kierowała nią podświadomość, znacznie bardziej otwarta na taką fantastyczną percepcję niż świadomy umysł, który przez porównanie przypominał konserwatywnego i czujnego niewiernego Tomasza. Wprawdzie Laura nadal nie miała pojęcia, czym jest ten stwór, ale wyczuwała, że przepłynął przez pokój i zawisł nad Melanie.

Nagle Laura nabrała przekonania, że za chwilę na jej oczach córka zostanie pobita na śmierć. W panice, podobnej do grozy z sennego koszmaru, zaczęła podnosić się z łóżka. Dygotała, każdy jej oddech zamieniał się w parę. Lecz zanim jeszcze odrzuciła koce, powietrze znowu się ociepliło i córka ucichła. Laura zawahała się, popatrzyła na dziecko, rozejrzała się po pokoju, lecz zagrożenie – jeśli jakieś istniało – chyba minęło.

Nie wyczuwała już wrogiej istoty.

Dokąd odeszła?

Dlaczego pojawiła się i znikła po kilku sekundach?

Laura ponownie wśliznęła się pod koce i położyła się twarzą do Melanie. Dziewczynka była straszliwie wycieńczona, chuda i wątła.

Stracę ją, pomyślała Laura. To przyjdzie po nią prędzej czy później i zabije ją, jak zabiło innych, a ja nie będę mogła nic zrobić, żeby To powstrzymać, bo nawet nie rozumiem, skąd To przychodzi ani dlaczego To chce Melanie, ani czym To jest.

Przez chwilę kuliła się żałośnie na posianiu, okryta nie tylko kocem i prześcieradłem, lecz również rozpaczą. A jednak z natury nie poddawała się łatwo niczemu i nikomu, więc stopniowo przekonała samą siebie, że rozum rządzi światem i każde zjawisko, nawet najbardziej tajemnicze, można zbadać i zrozumieć, jeśli zastosuje się logiczne podejście i zdrowy rozsądek.

Rano postanowiła ponownie wypróbować na Melanie terapię regresji hipnotycznej, tym razem jednak zamierzała nacisnąć mocniej niż za pierwszym razem. Istniało niebezpieczeństwo, że dziewczynka zmuszona do odtwarzania traumatycznych wspomnień kompletnie się załamie, zanim zdoła sobie z nimi poradzić, lecz podjęcie ryzyka było konieczne, jeśli chciała uratować życie dziecka.

Czym są drzwi do grudnia? Co się za nimi kryje? I jaka potworna istota przez nie przechodzi?

Zadawała sobie te pytania raz po raz, aż wypełniły jej umysł niczym powtarzane w nieskończoność zwrotki kołysanki i pociągnęły ją w dół, w mrok.

Kiedy nadszedł świt, Laura spała głęboko i śniła. We śnie stała przed ogromnymi żelaznymi drzwiami, a nad drzwiami wisiał zegar i tykat, gdy wskazówki przesuwały się do północy. Już tylko sekundy pozostały, nim wszystkie trzy wskazówki nałożą się na siebie (tyk), a wtedy drzwi się otworzą (tyk) i coś żądnego krwi skoczy na nią (tyk), ale nie miała czym zabarykadować drzwi i nie mogła się odsunąć, mogła tylko czekać (tyk), a potem usłyszała skrobanie ostrych pazurów po drugiej stronie drzwi i wilgotny mlaszczący dźwięk. Tyk. Czas uciekał.

CZĘŚĆ CZWARTA. TO

CZWARTEK 8.30 – 17.00

33

Laura siedziała przy stoliku pod oknem, gdzie poprzedniego wieczoru rozmawiała z Danem. Melanie zajęła miejsce po przeciwnej stronie stołu. Dziewczynka znajdowała się pod hipnozą; cofnęła się w czasie. Pod każdym względem prócz fizycznego powróciła do domu w Studio City.

Na dworze nie padał deszcz, lecz zimowy dzień był bez – słoneczny i ponury. Nocna mgła nie odpłynęła. Za motelowym parkingiem ruch uliczny ledwie było widać przez szarą kurtynę.

Laura zerknęła na Dana Haldane’a, który przysiadł na skraju łóżka.

Kiwnął głową.

Laura ponownie odwróciła się do Melanie i zapytała:

– Gdzie jesteś, skarbie? Dziewczynka zadygotała.

– Loch – powiedziała.

– Czy tak nazywasz szary pokój?

– Loch.

– Rozejrzyj się po pokoju.

Z zamkniętymi oczami, w transie Melanie powoli obróciła głowę w lewo, potem w prawo, jakby oglądała inne miejsce, gdzie teraz rzekomo stała.

– Co widzisz? – zapytała Laura.

– Krzesło.

– To z elektrycznymi kablami i elektrodami? – Tak.

– Czy czasami każą ci siadać na tym krześle? Dziewczynka zadrżała.

– Spokojnie. Nie bój się. Nikt cię teraz nie skrzywdzi, Melanie.