Выбрать главу

Dziewczynka ucichła.

Jak dotąd sesja okazała się znacznie bardziej udana niż pierwsza, którą Laura przeprowadziła poprzedniego dnia. Tym razem Melanie odpowiadała wyraźnie i bez zwłoki. Po raz pierwszy od spotkania w szpitalu przedwczorajszej nocy Laura miała pewność, że córka jej słucha, reaguje, i ten postęp wprawił ją w podniecenie.

– Czy czasami każą ci siadać na tym krześle? – powtórzyła. Z zamkniętymi oczami dziewczynka zacisnęła małe piąstki, zagryzła wargę.

– Melanie?

– Nienawidzę ich.

– Czy każą ci siadać na tym krześle?

– Nienawidzę ich!

– Czy każą ci siadać na tym krześle?

Łzy wypłynęły spod powiek dziewczynki, chociaż usiłowała je powstrzymać.

– T – tak. Każą mi… siadać… boli… tak bardzo boli.

– I podłączają cię do maszyny biosprzężenia zwrotnego obok krzesła?

– Tak.

– Po co?

– Żeby mnie uczyć – odpowiedziało dziecko szeptem.

– Żeby cię uczyć czego? Melanie drgnęła.

– To boli! Kłuje! – krzyknęła.

– Nie siedzisz teraz na krześle, Melanie. Tylko stoisz obok. Nie czujesz wstrząsów. Nic nie kłuje. Wszystko w porządku. Słyszysz mnie?

Udręka znikła z twarzy dziecka.

Laura musiała dalej ciągnąć sesję, chociaż robiło jej się niedobrze, kiedy zadawała ból Melanie – ponieważ po drugiej stronie tego bólu, zakopane pod tymi koszmarnymi wspomnieniami kryły się odpowiedzi, wyjaśnienia, prawda.

– Kiedy każą ci siadać na tym krześle, kiedy… zadają ci ból, czego oni próbują cię nauczyć, Melanie? Czego masz się nauczyć?

– Kontroli.

– Kontroli czego?

– Moich myśli – odpowiedziała dziewczynka.

– Oni chcą, żebyś co myślała?

– Pustkę.

– Co to znaczy?

– Nicość.

– Chcą, żebyś oczyściła swój umysł. Czy tak?

– I nie chcą, żebym czuła.

– Co czuła? – Cokolwiek.

Laura spojrzała na Dana. Marszczył czoło i wydawał się równie zdumiony jak ona.

– Co jeszcze widzisz w szarym pokoju? – zwróciła się do Melanie.

– Zbiornik.

– Czy każą ci wchodzić do zbiornika?

– Nago.

Potężne emocje zawierały się w tym jednym słowie „nago”, więcej niż zwykły wstyd i strach, głębokie poczucie całkowitej bezradności i bezbronności, które rozdarło serce Laury. Chciała natychmiast przerwać sesję, obejść stół i chwycić córkę w ramiona, przytulić ją mocno. Ale jeśli istniała nadzieja na ocalenie Melanie, musieli wiedzieć, przez co przeszła i dlaczego, a na razie nie mieli innego sposobu, żeby zdobyć potrzebne informacje.

– Kochanie, chcę, żebyś weszła na te szare stopnie i zanurzyła się w zbiorniku.

Dziewczynka zakwiliła i gwałtownie pokręciła głową, ale nie otwarła oczu i nie wyrwała się z transu, w który wprowadziła ją matka.

– Wejdź na stopnie, Melanie. – Nie.

– Musisz robić, co ci każę.

– Nie.

– Wejdź na stopnie.

– Proszę…

Dziewczynka była przerażająco blada. Drobne kropelki potu wystąpiły jej na czole wzdłuż linii włosów. Ciemne kręgi wokół oczu zrobiły się jakby jeszcze większe i ciemniejsze. Zmuszanie dziecka, żeby ponownie przeżywało niedawne tortury, było straszliwie trudne.

Trudne, lecz konieczne.

– Wejdź na stopnie, Melanie.

Wyraz cierpienia wykrzywił rysy dziewczynki.

Laura usłyszała, jak Dan Haldane porusza się niespokojnie na skraju łóżka, ale nie spojrzała na niego. Nie mogła oderwać oczu od córki.

– Otwórz klapę zbiornika, Melanie.

– Bo… boję się.

– Nie bój się. Tym razem nie będziesz sama. Będę z tobą. Nie pozwolę, żeby coś złego się stało.

– Boję się – powtórzyła Melanie.

Te dwa słowa brzmiały w uszach Laury jak oskarżenie: Nie obroniłaś mnie wcześniej, matko, więc dlaczego mam wierzyć, że teraz mnie obronisz?

– Otwórz klapę, Melanie.

– Jest tam – powiedziała dziewczynka drżącym głosem.

– Co tam jest?

– Wyjście.

– Wyjście skąd?

– Ze wszystkiego.

– Nie rozumiem.

– Wyjście… ze mnie.

– Co to znaczy?

– Wyjście ze mnie – powtórzyła roztrzęsiona Melanie. Laura doszła do wniosku, że na razie za mało wiedziała, żeby wykorzystać ten zwrot w przesłuchaniu. Jeśli zacznie naciskać, dziecko będzie tylko udzielało coraz bardziej surrealistycznych odpowiedzi. Przede wszystkim musiała wprowadzić Melanie do zbiornika i sprawdzić, co tam się stało.

– Klapa jest przed tobą, skarbie. Dziewczynka milczała.

– Widzisz ją?

– Tak – przyznała niechętnie.

– Otwórz klapę, Melanie. Przestań się wahać. Otwórz ją teraz.

Z bezsłownym protestem, który jakoś zdołał wyrazić lęk, ból i odrazę w kilku zniekształconych, nieartykułowanych sylabach, Melanie uniosła ręce i chwyciła drzwi, które w transie były dla niej bardzo rzeczywiste, chociaż niewidoczne dla Laury i Dana. Pociągnęła, a kiedy się otwarły, objęła się ramionami i zadygotała jak od zimnego przeciągu.

– To… ja… otwarłam je.

– Czy to te drzwi, Melanie?

– To… klapa. Zbiornik.

– Ale to są również drzwi do grudnia?

– Nie.

– Czym są drzwi do grudnia?

– Wyjściem.

– Wyjściem skąd?

– Z… ze… zbiornika.

Zaskoczona Laura wzięła głęboki oddech.

– Zapomnij o tym na razie. Na razie chcę tylko, żebyś weszła do zbiornika.

Melanie zaczęła płakać.

– Wejdź do środka, kochanie.

– Bo… boję się.

– Nie bój się.

– Mogę… – Co?

– Jeśli wejdę do środka… mogę…

– Co możesz?

– Zrobić coś – odparła dziewczynka bezbarwnym głosem.

– Co możesz zrobić?

– Coś…

– Powiedz mi.

– Strasznego – dokończyła Melanie tak cicho, że prawie niedosłyszalnie.

Niepewna, czy prawidłowo zrozumiała, Laura zapytała:

– Myślisz, że coś strasznego ci się stanie? Ciszej:

– Nie.

– No więc… – Tak.

– Czyli jak? Jeszcze ciszej: – Nie… tak…

– Kochanie? Brak odpowiedzi.

Grymas na twarzy dziecka nie oznaczał już wyłącznie strachu. Inna emocja ściągnęła jej rysy, podobna do rozpaczy.

– No dobrze – podjęła Laura. – Nie bój się. Spokojnie. Powoli. Jestem z tobą. Musisz wejść do zbiornika. Musisz wejść do środka, ale nic ci się nie stanie.

Napięcie odpłynęło z twarzy Melanie. Dziewczynka osunęła się na krześle. Nadal miała ponurą twarz. Gorzej niż ponurą. Oczy zapadły się niemożliwie głęboko, zupełnie jakby wwiercały się w czaszkę; łatwo było sobie wyobrazić, że po kilku minutach zostaną tylko dwa puste oczodoły. Skóra była biała jak maska wyrzeźbiona z mydła, wargi niemal równie bezkrwiste jak skóra. Dziecko wydawało się niezwykle kruche – nie stworzone z ciała, krwi i kości, lecz z najcieńszej bibułki i najdelikatniejszego pudru – jakby mogło rozsypać się i ulecieć z wiatrem, gdyby ktoś przemówił głośniej albo machnął ręką w jego stronę.

– Może posunęliśmy się dostatecznie daleko jak na jeden dzień – odezwał się Dan Haldane.

– Nie – zaprzeczyła Laura. – Musimy to zrobić. To najszybszy sposób, żeby się dowiedzieć, co te dranie z nią wyrabiały. Mogę przeprowadzić ją przez wspomnienia, nawet bardzo bolesne. Robiłam to już przedtem. Jestem w tym dobra.

Lecz kiedy Laura spojrzała przez stół na swoje blade, wymizerowane dziecko, zakręciło jej się w głowie i musiała powstrzymać falę mdłości. Melanie wyglądała jak martwa. Spoczywała bezwładnie na krześle, z zamkniętymi oczami, wiotka i bez życia; twarz przypominała zimne oblicze trupa, rysy zastygły w ostatecznym, bolesnym grymasie śmierci.