– Melanie, co się dzieje, kiedy przechodzisz przez drzwi do grudnia? – zapytał Dan.
W transie dziewczynka nie słyszała żadnych głosów prócz własnego i matki, więc Laura powtórzyła pytanie.
– Co się dzieje, kiedy przechodzisz przez drzwi do grudnia? Melanie zaczęła się krztusić. Nie jadła jeszcze śniadania, więc nie miała czym zwymiotować, ale dostała suchych torsji tak gwałtownych, że przeraziły Dana. Trzymał ją i czuł, jak każdy spazm wstrząsa całym ciałem dziewczynki, jakby miał rozerwać ją na kawałki.
Laura nadal obejmowała dłońmi twarz córki, teraz jednak rozluźniła uścisk. Przytrzymywała Melanie i jednocześnie pieściła, wygładzała zmarszczki cierpienia, przemawiała czule do dziecka.
Wreszcie Melanie przestała się szamotać, zwiotczała, i Dan włożył ją w ramiona matki.
Dziewczynka pozwoliła się objąć i beznadziejnie smutnym głosem, który zmroził serce Dana, powiedziała:
– Nienawidzę ich… wszystkich… taty… innych…
– Wiem – szepnęła uspokajająco Laura.
– Zadają mi ból… tak bardzo boli… nienawidzę ich!
– Wiem.
– Ale… ale najbardziej ze wszystkich…
Laura usiadła na podłodze i wzięła córkę na kolana.
– Najbardziej ze wszystkich? Kogo nienawidzisz najbardziej ze wszystkich, Melanie?
– Siebie – odparła dziewczynka.
– Nie, nie.
– Tak – potwierdziła dziewczynka. – Siebie. Nienawidzę siebie… nienawidzę siebie.
– Dlaczego, kochanie?
– Bo… bo to robię – zatkało dziecko.
– Co robisz?
– Przechodzę… przez drzwi.
– I co się dzieje?
– Przechodzę… przez… drzwi…
– I co robisz po drugiej stronie, co widzisz, co tam znajdujesz? – pytała Laura.
Dziewczynka milczała.
– Maleńka? Brak odpowiedzi.
– Mów do mnie, Melanie. Nic.
Dan pochylił się, żeby obejrzeć twarz dziecka. Odkąd znaleziono ją wędrującą po ulicy nago, dwie noce wcześniej, spojrzenie miała odległe i nieprzytomne, teraz jednak jej oczy były jeszcze bardziej obce i puste niż przedtem. Nawet nie wyglądały jak oczy. Zaglądając w nie, Dan pomyślał, że przypominają dwa owalne okna otwarte na niezmierzoną otchłań, równie pustą jak zimny przestwór kosmosu w centrum wszechświata.
Siedząc na podłodze w pokoju motelowym i obejmując córkę, Laura zapłakała bezgłośnie. Wargi jej zadrżały i wygięły się w podkowę. Kołysała córeczkę w ramionach i łzy płynęły jej z oczu, toczyły się po policzkach. Całkowite milczenie podkreślało intensywność jej cierpienia.
Wstrząśnięty wyrazem jej twarzy, Dan chciał wziąć ją w ramiona i kołysać tak samo, jak kołysała córeczkę. Zdobył się jedynie na to, żeby położyć jej rękę na ramieniu.
Kiedy Izy Laury zaczęły wysychać, Dan powiedział:
– Melanie mówi, że nienawidzi siebie za to, co zrobiła. Jak myślisz, co chce przez to powiedzieć? Co ona zrobiła?
– Nic – odparła Laura.
– Widocznie uważa, że coś zrobiła.
– To powszechny syndrom w takich przypadkach, prawie we wszystkich przypadkach maltretowania dzieci – oświadczyła Laura.
Chociaż mówiła raczej cicho i spokojnym tonem, Dan słyszał napięcie i strach ukryte tuż pod powierzchnią. Wyraźnie dokładała wysiłków, żeby opanować emocjonalny zamęt wywołany coraz gorszym stanem Melanie.
– Tyle w tym wstydu – podjęła. – Nawet sobie nie wyobrażasz. Wstyd dosłownie je przytłacza, nie tylko w przypadkach seksualnego napastowania, ale także przy dręczeniu innego rodzaju. Często maltretowane dziecko nie tylko wstydzi się swojej krzywdy, ale wręcz czuje się winne, jakby w jakiś sposób na to zasłużyło. Widzisz, te dzieci są zdezorientowane, zdruzgotane swoimi przeżyciami. Nie wiedzą, co czuć, wiedzą tylko, że zdarzyło im się coś złego, i przez jakąś pokrętną logikę zaczynają oskarżać siebie zamiast dorosłych, którzy je skrzywdzili. W końcu nauczono je wierzyć, że dorośli są mądrzejsi i wiedzą lepiej, że dorośli zawsze mają rację. Boże, nie uwierzysz, jak często one nie rozumieją, że są ofiarami, że nie mają powodów do wstydu. Tracą wszelkie poczucie własnej wartości. Nienawidzą siebie, ponieważ obwiniają się za rzeczy, których nie zrobiły i którym nie mogły zapobiec. A jeśli nienawidzą siebie dostatecznie mocno, zamykają się w sobie… odchodzą coraz dalej… i terapeuta napotyka ogromne trudności, kiedy próbuje sprowadzić je z powrotem.
Melanie wydawała się teraz całkowicie nieprzytomna. Zwisała bezwładnie w objęciach matki, milcząca, niemal bez życia.
– Więc myślisz, że kiedy ona mówi, że nienawidzi siebie, bo zrobiła coś strasznego, w rzeczywistości obwinia się za to, co jej zrobiono.
– Bez wątpienia – odparła stanowczo Laura. – Widzę teraz, że jej poczucie winy i nienawiść do siebie są jeszcze silniejsze niż w większości przypadków. W końcu była maltretowana… torturowana!… prawie przez sześć lat. I przeżyła wyjątkowo intensywną, niesamowitą udrękę psychiczną, znacznie bardziej destruktywną niż wszystko, czego doświadcza przeciętne dziecko – ofiara.
Dan rozumiał słowa Laury i wierzył, że jest w nich sporo prawdy. Ale przed chwilą, kiedy słuchał Melanie, zaświtała mu potworna myśl i nie mógł jej odpędzić. Szokujące, przerażające podejrzenie głęboko zapuściło swe macki. Na pozór wcale nie miało sensu. Wydawało się absurdalne, niemożliwe. A jednak…
Pomyślał, że wie, czym jest To.
Żadnym ze stworów, które wyobrażał sobie wcześniej. Znacznie gorszym od wszelkich dotychczasowych pomysłów rodem z koszmarnego snu.
Popatrzył na dziewczynkę z mieszaniną współczucia, litości i zimnego, twardego strachu.
Chociaż Laura wykonała wszystkie niezbędne czynności, żeby wyprowadzić Melanie z głębokiej hipnozy, stan dziewczynki nie uległ zmianie. W transie i poza transem pozostała praktycznie oderwana od rzeczywistości. Nie mogli z niej wydobyć więcej informacji.
Laura wydawała się niemal fizycznie chora ze zmartwienia. Dan jej nie potępiał.
Przenieśli Melanie na jedno z nieposłanych łóżek, gdzie leżała nieruchomo jak katatoniczka, podniosła tylko lewą dłoń do ust, żeby ssać kciuk.
Laura zadzwoniła do szpitala, gdzie pracowała i skąd wzięła okolicznościowy urlop, żeby sprawdzić, czy nie pojawiły się jakieś nagłe wypadki wymagające jej interwencji, i upewniła się we własnym gabinecie, że sekretarka przekazała wszystkich jej prywatnych pacjentów innym psychiatrom na czas jej nieobecności. Potem, ponieważ jeszcze nie brała prysznicu, obiecała, że będzie gotowa za pół godziny albo czterdzieści pięć minut, weszła do łazienki i zamknęła za sobą drzwi.
Dan siedział przy małym stoliku i zerkając od czasu do czasu na Melanie, przeglądał książki autorstwa Alberta Uhlandera, które poprzedniego dnia wyniósł z domu Rinka. Wszystkie siedem tomów traktowało o okultyzmie: „Nowoczesny duch”, „Nawiedzenia”, „Dwanaście zdumiewających przypadków”, „Voodoo dzisiaj”, „Życie mediów”, „Rurociąg Nostradamusa”, „Eksterioryzacja”, „Przypadek projekcji astralnej” i „Dziwne siły w nas”. Jedną wydał Putnam, jedną Harper & Row, a pozostałe pięć ku zdziwieniu Dana ukazało się nakładem John Wilkes Press, niewątpliwie kontrolowanego przez Przedsiębiorstwa Johna Wilkesa, do których należał również dom, gdzie mieszkała obecnie Regina Savannah Hoffritz.
W pierwszej chwili uznał książki w barwnych obwolutach za śmiecie, pełne bzdur skierowanych do tych samych ludzi, którzy wiernie czytali wszystkie numery „Fate” i wierzyli w każde wydrukowane tam słowo, którzy wstępowali do klubów ufologicznych i głosili, że Bóg jest astronautą albo niebieskim ludzikiem wzrostu dwóch stóp o oczach jak spodki. Lecz przypomniał sobie, że coś nieludzkiego ścigało osoby związane z eksperymentami w szarym pokoju, coś pewnie bardziej zrozumiałego dla regularnych czytelników „Fate”, nawet z zaśmieconymi umysłami, niż dla ludzi podobnych do Dana, którzy zawsze traktowali wyznawców okultyzmu z protekcjonalną wyższością lub jawną pogardą. A teraz, kiedy zobaczył sesję terapii regresji hipnotycznej z Melanie, stworzył własną teorię, równie fantastyczną jak rzeczy opisywane na łamach „Fate”. Człowiek uczy się całe życie.