Выбрать главу

– Kiedy ona śpi albo wpada w katatonię, staje się bezbronna, prawda? – zgadywała Laura. – W jakiś sposób staje się bardziej bezbronna. Może… może To nawet wyczuwa, kiedy ona śpi, i wtedy po nią przychodzi. Przecież wczorajszej nocy w motelu, kiedy spała, w pokoju zrobiło się zimno i coś przyszło, prawda? A wczoraj wieczorem w domu, kiedy radio było… nawiedzone i kiedy ten wir pełen kwiatów wyłamał drzwi, ona miała zamknięte oczy i… nie spała, ale pogrążyła się w katatonii głębiej niż zwykle. Pamiętasz, Earl? Miała oczy zamknięte i jakby nie zdawała sobie sprawy z tego całego zamieszania. A To w jakiś sposób wiedziało, kiedy osłabła jej czujność, i przyszło, ponieważ była bezbronna.

0 to chodzi? Dlatego nie mogę dopuścić, żeby zasnęła?

– Tak – skłamał Dan. – Częściowo. A teraz naprawdę muszę iść, Lauro.

Chciał dotknąć jej twarzy. Chciał ucałować kąciki jej ust i pożegnać się czule, do czego nie miał prawa. Więc tylko poprosił Earla:

– Pilnuj ich dobrze.

– Jakby były moje własne – obiecał Earl.

Dan wysiadł z samochodu, zatrzasnął drzwi i pognał przez smagany deszczem parking do nieoznakowanego sedana, którego zostawił po drugiej stronie restauracji. Zanim uruchomił silnik i włączył wycieraczki, Earl już wyjechał z parkingu i włączył się w powolny ruch na śliskiej jezdni.

Dan nie wiedział, czy jeszcze kiedyś ich zobaczy.

Delmar, Carrie, Cindy Lakey…

Znienawidzony, niezapomniany, prześladujący go w koszmarach cykl porażek przesunął się przez jego myśli po raz chyba stutysięczny.

Delmar, Carrie, Cindy Lakey… Laura, Melanie.

Nie.

Tym razem nie dopuści do klęski.

Zresztą był chyba jedynym gliniarzem w mieście – jedynym człowiekiem w promieniu tysiąca mil – dostatecznie zafascynowanym morderstwem i mordercami, dostatecznie obeznanym z ich wynaturzoną psychologią i zachowaniem, żeby znaleźć drogę do sedna tej dziwacznej sprawy; może jedynym, który miał szansę na jej rozwiązanie. Wiedział o morderstwie więcej niż większość ludzi, ponieważ myślał o tym więcej niż inni i ponieważ morderstwo odegrało taką ważną rolę w jego życiu osobistym i zawodowym. Rozważania nad tym tematem już dawno doprowadziły go do przygnębiającego wniosku, że w każdym człowieku tkwi potencjalny morderca, więc nie dziwił się, kiedy wykrywał ten potencjał u najmniej podejrzanych osób. I teraz również nie dziwiły go podejrzenia, które nabrały jeszcze bardziej konkretnych kształtów w ciągu ostatnich kilku godzin, chociaż Laurę i Earla na pewno wprawiłyby nie tylko w zdumienie, ale wręcz w przerażenie.

Delmar, Carrie, Cindy Lakey.

Łańcuch porażek kończył się tutaj.

Wprawdzie Dan ze wszystkich sił starał się zachować optymizm, ale odjeżdżał spod restauracji w nastroju równie ponurym jak szary, deszczowy, beznadziejny dzień.

Film Spielberga wszedł na ekrany kilka tygodni przed gwiazdką, a prawie trzy miesiące później wciąż cieszył się dostateczną popularnością, żeby zapełnić w połowie wielką salę w dzień powszedni. Teraz, na pięć minut przed początkiem projekcji, widzowie rozmawiali ściszonymi głosami, śmiali się i poprawiali na krzesłach w radosnym wyczekiwaniu.

Laura, Melanie i Earl zajęli trzy miejsca po prawej stronie sali, w połowie przejścia. Melanie siedziała pomiędzy Laurą a Earlem i wpatrywała się w ogromny pusty ekran z twarzą bez wyrazu, nieruchoma, milcząca, złożywszy bezwładne ręce na kolanach, ale przynajmniej nie spała.

Chociaż w ciemnościach trudniej byłoby obserwować dziewczynkę, Laura niecierpliwie wyczekiwała na chwilę, kiedy światła zgasną i zacznie się film, ponieważ w świetle czuła się obnażona, bezbronna i wystawiona na spojrzenia tych wszystkich obcych ludzi. Wiedziała, że niepotrzebnie martwi się, że ktoś niepowołany zobaczy ich tutaj i sprowadzi kłopoty. FBI, sprzedajni policjanci oraz Palmer Boothe i jego pomocnicy na pewno bardzo chcieli ją znaleźć, co znaczyło, że prowadzili poszukiwania w mieście, a nie chodzili do kina. Tutaj było bezpiecznie. Najlepszym schronieniem na świecie okazało się zwykłe kino w deszczowe popołudnie.

Ale przecież niedawno doszła do wniosku, że nigdzie na świecie nie jest już bezpiecznie.

Dan zdecydował, że w przypadku Palmera Boothe’a najskuteczniejsze będzie działanie na siłę, na bezczelnego i z zaskoczenia. Prosto z restauracji pojechał więc do budynku „Journala” na Wilshire Boulevard, zaledwie kilka przecznic na wschód od punktu, w którym Beverly Hills ustępują przed potężnymi ośmiornicowymi mackami miasta Los Angeles. Nie wiedział nawet, czy Boothe jest jeszcze w mieście, nie mówiąc o biurze, ale od czegoś musiał zacząć.

Zaparkował w podziemnym garażu pod budynkiem i wjechał windą na osiemnaste piętro, gdzie wszyscy dyrektorzy komunikacyjnego imperium „Journala” – które obejmowało dziewiętnaście innych gazet, dwa czasopisma, trzy rozgłośnie radiowe i dwie stacje telewizyjne – mieli swoje biura. Winda otworzyła się na westybul z pluszowymi meblami, grubym do kostek dywanem i dwoma oryginalnymi olejami Rothki na ścianach.

Mimowolnie będąc pod wrażeniem faktu, że te dwa obrazy w prostych ramach stanowiły dzieła sztuki wartości czterech do pięciu milionów dolarów, Dan nie potrafił wśliznąć się w rolę Detektywa – Postrachu Zabójców tak gładko i kompletnie, jak sobie zaplanował. Niemniej posłużył się swoją legitymacją i autorytetem, żeby ominąć uzbrojoną ochronę oraz chłodno uprzejme i maksymalnie sprawne recepcjonistki.

Grzeczny młody człowiek, wyglądający na sekretarza zarządu, kierownika stażystę albo ochroniarza – albo na wszystkich trzech naraz – zjawił się na wezwanie recepcjonistki. Poprowadził Dana długim korytarzem, tak cichym, jakby znajdował się w przestrzeni kosmicznej pomiędzy odległymi gwiazdami, a nie w środku ruchliwego miasta. Korytarz kończył się w kolejnej sali recepcji, luksusowo wyposażonej komorze dekompresyjnej przed sanctum sanctorum samego komandora gwiazdolotu, Palmera Boothe’a.

Młody człowiek przedstawił Dana pani Hudspeth, sekretarce Boothe’a, po czym odszedł. Pani Hudspeth była przystojną, elegancką siwowłosą damą w śliwkowym dżersejowym kostiumie i pastelowej bluzce ze śliwkową kokardą na szyi. Chociaż wysoka, szczupła, dystyngowana i najwyraźniej dumna ze swojej pozycji, była również szybka i sprawna; ten rzeczowy aspekt jej osobowości przypomniał Danowi niejaką Irmatrudę Gelkenshettle.

– Och, poruczniku – powiedziała – tak mi przykro, ale pana Boothe’a nie ma w tej chwili w budynku. Rozminął się pan z nim tylko o pięć minut. Musiał jechać na spotkanie. Jest dzisiaj strasznie zajęty, zresztą jak co dzień, pan rozumie.

Dan zaniepokoił się słysząc, że Boothe pracuje jak zwykle. Jeśli jego teoria była słuszna, jeśli prawidłowo odgadł tożsamość Tego, Palmer Boothe powinien drżeć o własne życie, powinien uciekać albo zabarykadować się w podziemiach ufortyfikowanego zamku, najlepiej w Tybecie czy w Alpach szwajcarskich, czy w jakimś innym odległym, trudno dostępnym zakątku świata. Jeżeli Boothe uczestniczył w spotkaniach i podejmował decyzje jak co dzień, to oznaczało, że się nie bał, a skoro się nie bał, widocznie teoria Dana na temat szarego pokoju była błędna.

– Koniecznie muszę porozmawiać z panem Boothe’em. To pilna sprawa. Można nawet powiedzieć, że to kwestia życia lub śmierci – powiedział do pani Hudspeth.

– No, oczywiście on również bardzo chciałby z panem porozmawiać – zapewniła pani Hudspeth. – To wyraźnie wynikało z jego wiadomości.